04.09.2009

Na założenie firmy każdy moment jest dobry

Budowanie wartości kapitału poprzez rozwój własnej firmy wydaje się skuteczniejsze od inwestycji w akcje i wszystkie możliwe lokaty. Trzeba mieć tylko pomysł. Tylko czy aż?

Krótko okresowo własna firma może mieć niższą rentowność niż akcje podczas hossy, jednak w długim okresie rozkręcony biznes jest bezpieczniejszy i mniej podatny na koniunktury od giełdy. Pojawia się więc pytanie - inwestycja w akcje, założenie firmy na własną rękę, a może licecja franczyzowa na spawdzony już pomysł na biznes. Co jest lepsze?

Własna firma trafia w niszę

Jeśli czujesz, że masz doskonały, niepowtarzalny pomysł na firmę - np. wymyśliłeś jakąś usługę, której nikt jeszcze nie świadczył lub nowy produkt potrzebny wszystkim - warto zaryzykować założenie własnej firmy bez oglądania się na franczyzę. Pierwsze z brzegu przykłady nowatorskich pomysłów, które okazały się hitami: wyszukiwarka Google, portal Nasza-Klasa, napój energetyzujący Red Bull, bary z jedzeniem wegetariańskim pokazują, że ciągle jest miejsce na oryginalny pomysł zarówno w branżach starej, jak i nowej gospodarki. Choć oczywiście wymyślenie złotodajnego pomysłu zdarza się rzadko. No i oczywiście - wymyślić to jedno, a wdrożyć pomysł - to drugie. Pewną trudnością jest tu kapitałochłonność nowych pomysłów, często wymagają dużych nakładów w pierwszym okresie. Jeśli nie ma się wystarczająco dużo gotówki, można spróbować dotrzeć do funduszy inwestycyjnych, tzw. inkubatorów biznesowych, które specjalizują się w ocenie i dokapitalizowaniu nowych firm. W takim przypadku trzeba się jednak liczyć z oddaniem części własności funduszowi inwestycyjnemu.

Dodatkowo przedsiębiorca decydujący się na zupełnie własny biznes musi cechować się wyjątkową cierpliwością, dużą większą niż w przypadku biznesów franczyzowych, gdzie maksymalny poziom obrotów można osiągnąć już po roku pracy. Przykłady tzw. złotych strzałów wskazują, że nawet najlepsze pomysły na biznes np. wspomniany Red Bull nabierają rozpędu powoli, przyspieszając dopiero ok. 10 roku działania firmy. Marka Red Bull powstała w 1987 roku i nie była znana powszechnie do 1997 roku. Austriacki przedsiębiorca nie stworzył przy tym nic nowego - napój energetyzujący opiera się na lekko gazowanym toniku zdrowotnym z Tajlandii. Jak pisze Al Ries w książce "Upadek reklamy i wzlot public relations" jest to dowód, że nie trzeba wymyślić czegoś absolutnie nowego, aby stać się bogatym i sławnym. Trzeba rozpoznać potencjalne potrzeby konsumentów, wynaleźć nazwę marki i dostać się z nią pierwszemu do umysłów klientów.

Są kraje, np. Japonia, gdzie o pomysł na biznes jest jakby łatwiej. Niedawno z powodzeniem na japoński rynek weszła guma, której żucie - jak reklamuje producent - poprawia wygląd biustu. Guma ma również zwalczać oznaki starzenia się, wspomagać krążenie i redukować stres. Może warto więc przemyśleć założenie firmy za granicą? Japończycy co roku wydają na zdrowotne produkty upiększające około 30 milionów złotych. Chętnie też kupują wszelkie nowinki. Innymi "superpomysłami" cieszącymi się dużym zainteresowaniem w Japonii były domowe namioty tlenowe, słuchawki masujące mózg seriami dźwięków, czy też batoniki z pyłem wulkanicznym, mającym - według producenta - właściwości czyszczące przewód pokarmowy.

Złoty strzał Polaka-cwaniaka

Wielu Polaków specjalizuje się w biznesie, który nosi znamiona sprytu na granicy etyki biznesowej, a wielu wręcz szuka tylko takich pomysłów. Jako naród handlowy uwielbiamy na przykład wszelkie pośrednictwo, przy którym człowiek się nie napracuje, a zarobi. Jako redakcja nie zachęcamy do robienia akurat takich biznesów, ale nie możemy nie zauważyć, że czasem ich dochodowość jest zadziwiająca. Sprytne pomysły na biznes mają zazwyczaj krótkoterminowy charakter i po zaspokojeniu popytu kreatywni biznesmeni szukają nowego kokosowego biznesu. Przykłady? Prywatny eksport coca coli z Polski do Anglii. Okazuje się, że opłaca się zerwać polskojęzyczne etykietki z butelek coca-coli, wydrukować masowo etykiety angielskie, zastąpić polskie i z nowymi etykietami sprzedać colę w strefie Euro. Cały koszt wymiany jednej nalepki to 5 eurocentów. Dlaczego to się opłaca? Coca-Cola jest w Polsce dwa razy tańsza niż w Anglii czy Skandynawii (różnica wynika z niższych kosztów produkcji w Polsce). Np. dwulitrową butelkę coli można kupić w polskim sklepie za 4,5 zł, a w Anglii już za 1,8 euro (ok. 7,4 zł). Zakładając nawet odjęcie kosztów transportu i zastosowanie dyskonta do ceny coli w Anglii, biznes i tak ma rentowność na poziomie 25-35 proc. Taka sprzedaż nie jest nielegalna, w końcu przepływ towarów w Unii jest wolny, produkt oryginalny, a Coca-Coli w Polsce nie zależy na ściganiu procederu, bo przecież sprzedaż jej rośnie.

Dla odmiany przykład kreatywności spoza Polski, żeby nie było, że model sprytnego biznesu to tylko polska specjalność. Jak donosi jeden z portali, pewien irlandzki biznesmen ogłosił w prasie, że ma do sprzedania super wibrator, model pięciobiegowy, za to bardzo tanio - mniej więcej za połowę ceny podobnych modeli. Oferta do wyczerpania zapasów. Wysyłka miała nastąpić po wpłaceniu wyznaczonej sumy na konto bankowe. Wpłynęło około 10 tysięcy zamówień. Wtedy do wszystkich zamawiających biznesmen wysyłał list, że niestety zapas się wyczerpał, więc chciałby zwrócić pieniądze, dlatego załącza czek do realizacji w banku. A na czeku było dokładnie napisane, kto zamawiał, podano adres oraz informację, że jest to zwrot pieniędzy za zakup super wibratora....tu następował wyczerpujący opis katalogowy. Biznesmen słusznie liczył na to, że klienci będą krępowali się iść do banku, w sumie po niewielką kwotę. Miał tylko 3% zwrotów. A pod względem prawnym był nie do ruszenia.

Szyld wasz, biznes nasz

Jeśli jednak żadnego cudownego pomysłu nie uda nam się wymyśleć, a czujemy się na siłach poprowadzić firmę, w banku zaś czeka uzbierany kapitał, warto rozważyć prowadzenie biznesu opartego na jednym z konceptów franczyzowych. Wybór jest ogromny - ponad 700 ofert na rynku obejmuje wszystkie możliwe branże, kwoty inwestycji wahają się od kilku tysięcy złotych do kilku milionów. Główną zaletą franchisingu jest to, że kupujemy sprawdzony pomysł, na którym ktoś wcześniej już zarobił, dzięki czemu mamy większe poczucie bezpieczeństwa. Choć oczywiście nie powinno nas to uśpić - pracy w firmie franczyzowej jest tyle samo, co w każdej innej. Franchising nie kończy się na kupnie prawa do używania marki i znaku towarowego sieci, ale polega na normalnym biznesowym planowaniu i codziennym realizowaniu założonej strategii. To dobry pomysł dla wszystkich, którzy odnajdują się w hierarchii, kiedy mają pewien zakres wolności, ale nie brzydzą się kontroli i wskazówek dawcy licencji.

To co jest lukrem franchisingu, to znana marka, która nagania nam klientów, codzienne doradztwo franczyzodawcy oraz marketing w skali makro np. reklamy w TV, na które stać sieć, a nigdy osamotnioną firmę. Biorca licencji powinien zostać gruntownie przeszkolony oraz otrzymywać ciągły przekaz know-how. Niestety, nie ma nic za darmo - biorca musi przekazać franczyzodawcy tzw. opłatę wstępną za udzielenie licencji i potem przez cały czas trwania kontraktu wpłacać na rzecz dawcy pewien procent swoich obrotów. Wybór, czy zainwestować we franczyzę, czy w zupełnie własną firmę, czy może nastawić się na złoty strzał, jak zwykle zależy od inwestora: od poziomu jego motywacji, zamożności i charakteru - zwłaszcza od umiejętności czekania na zysk.

Arkadiusz Słodkowski, PROFIT system