13.06.2017

Życiowa zmiana

Dobry produkt i zespół pracowników – oto recepta na sukces franczyzobiorcy Lodolandii. Choć Krzysztof Kulwas przyznaje, że na początku miał pewne obawy...

Krzysztof Kulwas od dawna pracował na swoim. Razem z żoną Iloną przez trzy lata prowadzili sklep z odzieżą dziecięcą, oprócz tego zajmowali się też sprzedażą artykułów ogrodowych i gospodarstwa domowego. W pewnej chwili pomyśleli, że dobrze byłoby jeszcze bardziej zdywersyfikować dochody i zapewnić sobie dodatkowy zastrzyk gotówki. – Mój brat był na targach franczyzy i tam zainteresował go koncept Lodolandia – opowiada Krzysztof Kulwas. – Okazało się, że firma ma bardzo atrakcyjne warunki współpracy, franczyzodawcy są życzliwi, naprawdę zależy im na tym, by franczyzobiorca odniósł sukces. Brat się zdecydował, a ja pomagałem mu w uruchomieniu biznesu. Widziałem, jak dobrze się rozwija – po krótkim czasie brat prowadził już dwa punkty. Pomyśleliśmy wtedy z żoną, że też spróbujemy.

Krzysztof Kulwas, franczyzobiorca Lodolandii Fot. Lodolandia

Gdy otwierałem pierwszy punkt z lodami, nie spodziewałem się, że ten biznes tak się rozkręci. Dziś pozwala nam to zarobić na spokojne życie, utrzymanie rodziny, nie musimy martwić się o przyszłość swoich dzieci.
Krzysztof Kulwas, franczyzobiorca Lodolandii

Od grudnia 2015 roku małżonkowie zaczęli przygotowania do uruchomienia lodowego biznesu. Dzięki temu, że w pełni wyposażoną przyczepę gastronomiczną wzięli w leasing, na starcie musieli wpłacić tylko 10 proc. jej wartości. 1 kwietnia 2016 roku przyczepa stanęła na parkingu obok marketu Kaufland, w 13-tysięcznym miasteczku. – Ktoś mógłby uznać, że to zbyt mały rynek – mówi franczyzobiorca Lodolandii. – A jest wręcz przeciwnie. Lokalizacja zapewnia duży ruch – oprócz Kauflandu jest tu cały kompleks handlowy, który przyciąga wielu klientów, tuż obok mieści się dworzec autobusowy. Nie mamy też dużej konkurencji. A poza tym mieszkańcy małych miast też są spragnieni dobrej jakości produktów, a właśnie takie lody im serwujemy.
Krzysztof Kulwas nie ukrywa jednak, że na początku miał pewne obawy. – Martwiła nas kwestia comiesięcznych kosztów utrzymania przyczepy, opłat za najem powierzchni itd. – przyznaje. Szybko się jednak okazało, że obawy były na wyrost...

Lody ruszyły

Przez pierwsze tygodnie Krzysztof Kulwas pracował w punkcie osobiście, razem z żoną. – Jeśli mam czegoś wymagać od pracowników, to najpierw sam muszę się tego nauczyć – podkreśla. – Dopiero gdy zdobędę praktykę, mogę wyszkolić personel, by pracował tak, jak bym sobie tego życzył.

Zdaniem franczyzobiorcy Lodolandii, dobór odpowiednich pracowników to jedna z podstaw dobrego funkcjonowania każdego biznesu. – Wiadomo, że powinni być uczciwi, rzetelni. Ważna jest również kultura osobista, życzliwe podejście do klientów, zarówno dorosłych, jak i dzieci – wylicza Krzysztof Kulwas. – Pierwszą umowę z nowym pracownikiem zawsze podpisuję na miesiąc. Jeśli w tym okresie się nie sprawdzi, już jej nie przedłużam. Ale o dobrych pracowników dbam. Nie oszczędzam na pensjach, bo wiem, że zadowolenie personelu przekłada się na jego pracę, a co za tym idzie – na zadowolenie klientów. Lodowy interes kręcił się na tyle dobrze, że trzy miesiące po otwarciu pierwszego punktu franczyzobiorca uruchomił kolejny, tym razem 80 km dalej, również przy kompleksie handlowym. Obie przyczepy pracowały do końca września. – Zamykaliśmy je ze sporym strachem – przyznaje Krzysztof Kulwas. – Obawialiśmy się, że ktoś zajmie nasze lokalizacje, które są naprawdę bardzo atrakcyjne.
Wtedy Sweet Gallery, franczyzodawca Lodolandii, zaproponował franczyzobiorcom koncepty całoroczne – Kołacz na Okrągło oraz Bafra Kebab.

Zimowa alternatywa

Krzysztof Kulwas zdecydował się na obydwa nowe koncepty gastronomiczne. – Jeśli chodzi o kołacze, nie znalazłem w promieniu 50 km takiego produktu – opowiada. – Punkt nie potrzebował nawet żadnej akcji promocyjnej, klienci wkrótce sami zaczęli go reklamować, opowiadając znajomym.
Z kebabem było nieco inaczej. To bardzo popularne w Polsce danie, a więc i konkurencja była większa. – Klientów pozyskiwaliśmy wolniej – przyznaje franczyzobiorca. – Zajęło nam to dwa miesiące wytężonej pracy, prowadzenia akcji reklamowej, informacyjnej. Pomógł nam fakt, że mamy naprawdę dobry produkt. Klienci przekonali się do niego i zaczęli do nas wracać.

Udało się też to, czym państwo Kulwasowie martwili się najbardziej – nie stracili dobrych lokalizacji. Nawet lepiej – przyzwyczaili klientów do faktu, że w tych miejscach zawsze zjedzą coś dobrego. Od 1 kwietnia tego roku ponownie uruchomili punkty z lodami (w tym roku mają ich już trzy). – Kebab też pozostał i obie przyczepy sąsiadują ze sobą w tej lokalizacji, połączone ogródkiem ze stolikami i parasolami – mówi Krzysztof Kulwas.
Jeśli chodzi o Kołacz na Okrągło, to licencjodawca daje franczyzobiorcom kilka możliwości współpracy. Można zdecydować się na całoroczną sprzedaż kołaczy i wybrać dostosowaną do tego przyczepę. Ale można też kupić przyczepę, która jest równocześnie przystosowana do sprzedaży i lodów, i kołaczy. Krzysztof Kulwas wybrał tę drugą opcję i teraz – gdy zaczął się sezon wiosenno-letni, sprzedaje w niej lody. Po zakończeniu sezonu lodowego ponownie wprowadzi do sprzedaży kołacze.

Na jedną kartę

Widząc, jak dobrze rozwija się franczyzowa działalność, Krzysztof Kulwas zdecydował, że postawi wszystko na jedną kartę – zrezygnowali z żoną z dotychczasowych biznesów i jesienią ubiegłego roku zamknęli swoje sklepy. – Doszliśmy do wniosku, że powinniśmy skupić się na jednej rzeczy i zająć się tym naprawdę dobrze – tłumaczy franczyzobiorca. – Oczywiście, trochę szkoda było rezygnować z biznesu, który był przecież częścią naszego życia. Ale mam świadomość, że za jakieś 3-4 lata i tak sytuacja zmusiłaby nas do takiego kroku. Konkurencja wielkich sieci, hipermarketów jest zabójcza dla drobnych sklepikarzy. To był ostatni dzwonek, aby się przebranżowić.
Krzysztof Kulwas nie żałuje swojej decyzji. Owszem, ma sporo pracy, ale dzięki temu, że zbudował zespół zaufanych pracowników, może być spokojny o dobre funkcjonowanie biznesu. Zresztą trudno byłoby mu codziennie być w każdym punkcie, bo dwa najbardziej skrajne są od siebie oddalone o 160 km. – Choć oczywiście trzeba wszystko nadzorować, bez tego żadna firma się nie rozwinie – podkreśla. – W kontroli punktów pomaga mi m.in. system monitorowania zainstalowany w przyczepach. Krzysztof Kulwas przyznaje, że otwierając pierwszy punkt z lodami, nie spodziewał się, że ten biznes tak się rozkręci. – Dziś pozwala nam to zarobić na spokojne życie, utrzymanie rodziny, nie musimy martwić się o przyszłość swoich dzieci – podsumowuje franczyzobiorca.