05.10.2017

Firma gra w zielone, czyli zarabiamy na konopiach

Z hektara konopi siewnych można uzyskać cztery razy więcej papieru niż z hektara lasu. Gdyby pomysł na biznes Ewy Gryt wypalił w pierwszej planowanej formie, efektem byłyby zyski i korzyści dla środowiska...

Historia przedsiębiorczej Ślązaczki to klasyczny dowód na to, że chcieć, to móc, nawet jeśli rzeczywistość rynkowa wywraca nasze plany do góry nogami. W tej opowieści jest też jednak drugoplanowy bohater – konopie, które ze względu na swoje właściwości są nie tylko fascynującym okazem botanicznym, lecz także perspektywicznym surowcem dla biznesu. Nie tylko tego dużego.
Ewa Gryt chciała opracować technologię bezodpadowej produkcji celulozy na cele papiernicze. Dzięki dotacji unijnej w wysokości 7,5 mln zł udało jej się uruchomić laboratorium i rozpocząć prace badawcze. Jednak szybko okazało się, że pogoń za najważniejszym celem wymagać będzie zejścia z pierwotnie obranej ścieżki. – Zaczęliśmy zataczać kręgi w obszarach, z których wcześniej nie mieliśmy nic wspólnego. Przede wszystkim okazało się, że nie jesteśmy w stanie z rynku pozyskać wystarczającej ilości surowca. Dlatego musieliśmy sami zaangażować się w kwestię upraw, wydzierżawić teren, zasiać, zająć się zbiorem – opowiada Ewa Gryt, założycielka firmy General Hemp Marketing.

Zbiór konopi indyjskich

Uprawa konopi włóknistych nie jest wymagająca. Co innego zbiór – do tego trzeba już specjalistycznych maszyn. Zwykły kombajn trzeba przerobić w określony sposób, kupić odpowiedni zestaw dostawek, co wiąże się z kosztami rzędu 180 tys. euro. Jeden kombajn jest w stanie w sezonie przerobić uprawę wielkości 150 ha. Z jednego hektara można zebrać 7-15 ton słomy konopnej. Jej cena w skupie krajowym sięga 340-380 zł za tonę.

Pomysł, by w przemyśle papierniczym głównym surowcem uczynić konopie, brzmi jak ekologiczna idylla. Konopie użyte do produkcji papieru są z jednej strony znacznie bardziej wydajne od drzew, a z drugiej mają tę cechę, że są roślinami sezonowymi. Drzewa zaś, nim staną się przydatnym surowcem, muszą rosnąć całymi dekadami. Na dodatek substancje wykorzystywane do bielenia papieru konopnego są nieszkodliwe dla środowiska, czego nie da się powiedzieć o chlorze wykorzystywanym w produkcji papieru drzewnego.

I pewnie już dawno szelest codziennej gazety przestałby z wyrzutem przypominać o łoskocie kolejnych walących się drzew, gdyby tylko przestawienie istniejących fabryk na nowy surowiec nie wiązało się z zasadniczymi trudnościami.
– Przemysł nie sięga po konopie, bo nie ma odpowiednich maszyn. Konopie mają bardzo długie włókna, a maszyny stosowane do wyrobu papieru są przystosowane do włókien krótkich. One po prostu nie są w stanie przyjąć takiego materiału. I w zasadzie trudno wymagać od producentów, żeby teraz pozbyli się kupionych za duże pieniądze maszyn i zainwestowali w nowe tylko dlatego, że pojawiła się nowa technologia. A mówimy o kosztach rzędu 300-400 mln euro na stworzenie jednej linii produkcyjnej – tłumaczy Ewa Gryt.

Nowe rozdanie

Ewa Gryt i jej wspólnicy stanęli przed wyzwaniem: celulozę należało przygotować w taki sposób, by jakościowo była podobna do celulozy drzewnej.
– Mówiąc wprost, trzeba było ją trochę zepsuć, by upodobnić ją do drzewnego konkurenta – mówi Ewa Gryt.
Prace nad „psuciem” celulozy powiodły się – udało się zredukować materiał do poziomu surowca uzyskiwanego z drzewa. Ale wtedy pojawiła się kolejna bariera – wysokich kosztów oczyszczania ścieków powstających w procesie produkcji.
– Ciągle pracujemy nad technologią, która byłaby opłacalna w skali przemysłowej – mówi Ewa Gryt.
Jednostka badawcza działała, ale jednorazowy zastrzyk funduszy unijnych nie wystarczył, by nieprzerwanie utrzymywać ją przy życiu. Założyciele musieli więc wymyślić sposób na to, jak nie przerywając prac technologicznych, zapewnić sobie stałe źródło przychodów.
– Konopie, oprócz słomy, czyli surowca do produkcji celulozy, dają też nasiona i kwiaty. To wszystko można wykorzystać, by w pełni zagospodarować możliwości, jakie rodzi ta roślina. Postanowiliśmy pójść w tę stronę, w ten sposób wchodząc na obszary, które były nam wcześniej zupełnie obce – wspomina Ewa Gryt.

Wspólnicy postanowili zabrać się do produkcji suplementów medycznych na bazie konopi. Pomysł perspektywiczny, choć kontrowersyjny. O ile bowiem medykamenty czy artykuły spożywcze wyrabiane z konopi mają wielce dobroczynny wpływ na zdrowie, to same konopie wciąż funkcjonują w powszechnej świadomości jako rośliny zakazane.
– Problem polega na tym, że konopie siewne (włókniste) są mylone z indyjskimi. Te pierwsze zawierają minimalną ilość THC, substancji psychoaktywnej, która z kolei w wysokich stężeniach występuje w konopiach indyjskich. W konopiach siewnych jest natomiast więcej kanabidiolu (CBD), posiadającego właściwości lecznicze – wyjaśnia Ewa Gryt.

Firma pod lupą inspektora

Inauguracja sklepu internetowego i hurtowni DobreKonopie.pl była więc jednocześnie rynkowym „sprawdzam”: czy Polacy są gotowi na to, by kupować wyroby z rośliny o reputacji zepsutej przez daleką krewną?
Okazało się, że tak. W Polsce jest duża grupa osób, które znają lecznicze właściwości konopi i stosują wytwarzane na jej bazie suplementy. Zaczęliśmy od dystrybucji produktów zagranicznych, teraz zaczynamy już wprowadzać coraz więcej naszych własnych. Stworzyliśmy markę ekstraktów i olejków o nazwie Cannabis Sativa, co po łacinie oznacza konopie siewne – mówi Ewa Gryt.

Biznes ruszył, ale jego właściciele wciąż nie mają pewności, czy nie zatrzyma go machina administracyjna. Choć Główny Inspektorat Sanitarny dopuścił produkty DobrychKonopi.pl do obrotu, to jego przedstawiciele twierdzą, że w każdej chwili mogą one zostać wycofane. Wszystko z powodu niespójnego prawa. Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii dopuszcza obrót kwiatami konopnymi o zawartości THC w suszu nieprzekraczającej 0,2 proc., ale już ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia mówi o zupełnym zakazie obecności THC w środkach spożywczych.
– W większości krajów europejskich ta kwestia jest już dawno uregulowana, u nas ciągle nikt się tym nie zajął – ubolewa Ewa Gryt.

Nie zamierza jednak biernie czekać na urzędnicze decyzje, tylko działa. Dystrybucja produktów idzie pełną parą przez internet. Coraz częściej marką DobreKonopie.pl interesują się lekarze i placówki medyczne, stosujące suplementy z konopi w rozmaitych terapiach, w tym w zwalczaniu nowotworów. W tej chwili pod marką Cannabis Sativa powstają produkty pochodzące z przerobu kwiatów, ale jej twórcy już pracują nad linią produkcyjną, która pozwoli również na przetwarzanie nasion. Nie wykluczają też stworzenia własnej sieci detalicznej – być może we franczyzie.

Konopie na licencji

W tym akurat DobreKonopie.pl nie byłyby pionierami. Na polskim rynku rozwija się już bowiem pochodzący z Czech koncept franczyzowy Konopna Farmacja. W sklepach sieci można kupić dermokosmetyki, produkty spożywcze i suplementy diety – wszystko oczywiście na bazie konopi. W ofercie są kremy, mydła, a nawet makarony wytwarzane z tej rośliny.
Franczyzobiorcy, którzy zechcą spróbować swoich sił w handlu wyrobami z konopi, muszą liczyć się z inwestycją na poziomie 65 tys. zł brutto.
W tej kwocie zawiera się opłata wstęp na, a także koszt remontu i wyposażenia sklepu. Jako franczyzodawcy przygotowujemy dla franczyzobiorcy lokal pod klucz, gotowy do odbioru. Jednak to franczyzobiorca musi zaproponować lokalizację – tłumaczy Tadeusz Szczepaniak, franczyzodawca marki Konopna Farmacja. – Dodatkowo partner powinien dysponować kwotą 20 tys. zł na pierwsze zatowarowanie sklepu.

Optymalna powierzchnia lokalu w sieci Konopna Farmacja wynosi 20 m2. Placówkę franczyzową można otworzyć w mieście powyżej 100 tys. mieszkańców. Obecnie w sieci działa osiem sklepów licencyjnych: w Płocku, Nowym Targu, Rybniku, Olsztynie, Gdańsku, Gdyni oraz Krakowie (dwa punkty). Franczyzodawca prowadzi też własny sklep w Katowicach. Jak twierdzi, miesięczne zyski sięgają tam 7-10 tys. zł.
– Trudno jednak szacować, na jakie zyski może liczyć potencjalny franczyzobiorca. To zależy od lokalizacji, ale przede wszystkim od zaangażowania właściciela. Nie można otworzyć sklepu i czekać, aż klient sam do nas przyjdzie. Niezbędne są intensywne działania marketingowe. Szczególnie sprawdzą się ulotki i reklama w lokalnych stacjach radiowych. W dzisiejszych czasach trzeba też aktywnie prowadzić profil na Facebooku i być obecnym w mediach społecznościowych. Tylko w ten sposób można dotrzeć z ofertą do szerokiego grona klientów – tłumaczy franczyzodawca.

Prowadzenie sklepu Konopna Farmacja nie wymaga uzyskania specjalnych pozwoleń. Niezbędne jest natomiast dokonanie zgłoszenia do sanepidu, ze względu na fakt, że w asortymencie są również produkty spożywcze.

Konopna Farmacja, mimo swojej nazwy, w świetle prawa nie ma nic wspólnego z apteką – produkty dostępne w punktach sieci nie są lekarstwami. Właśnie dlatego producenci z branży, w tym DobreKonopie.pl, przestrzegają, by o ich wyrobach mówić i pisać nie inaczej jak o suplementach medycznych. Ale to akurat najmniejsze zmartwienie graczy na konopnym rynku...