15.06.2018

Pochwała dobrych nastrojów

Szklanka w połowie pusta czy w połowie pełna? W biznesie trzeba być optymistą.

Chyba tak to już jest, że każdy polski rząd dostaje na trochę prezent od koniunktury gospodarczej. Bonusową amunicję, którą można nabić PR-owe działa. Poprzedni miał pamiętną „Zieloną Wyspę”, kiedy Polsce jako jedynemu krajowi w Unii udało się uniknąć recesji w czasie globalnego kryzysu. Obecny – w momencie gdy wyborcze słupki zaczęły wyglądać dlań nieco mniej różowo – dostał prezent w postaci świetnych danych makroekonomicznych za pierwszy kwartał 2017 roku. Okazało się, że PKB urósł od stycznia do marca o 4 proc. Ostatni raz wyższe tempo wzrostu GUS podał w czwartym kwartale 2015 roku.

Grzegorz Morawski, redaktor portalu Franchising.pl i miesięcznika Fot. PROFIT system/Marek Relich

Przypomnijmy sobie, jak to było jeszcze na początku dekady, kiedy przez wszystkie przypadki odmienialiśmy słowo „kryzys” i zastanawialiśmy się, czy wszyscy nie pójdziemy z torbami.
Grzegorz Morawski, redaktor „Własny Biznes FRANCHISING”

Jak to zwykle bywa przy okazji publikacji kwartalnych danych o PKB, w eterze głosy zachwytu mieszają się z głosami krytyki. Entuzjaści wskazują na poprawę sytuacji w budownictwie, które zaczęło się odkuwać po marnym 2016 roku. Realiści przypominają, że wynik udało się osiągnąć w dużej mierze dzięki korzystnemu kalendarzowi. Bo raz, że w styczniu i w marcu było więcej dni roboczych niż w tych samych miesiącach rok wcześniej. A dwa, że Wielkanoc wypadła w tym roku w kwietniu, a nie jak w 2016 – w marcu. To znaczy, że wszelkie ekonomiczne efekty przerwy świątecznej zobaczymy dopiero w danych za drugi kwartał. No i jest oczywiście jeszcze główny nurt krytyki, mówiący o tym, że rośniemy, bo więcej jemy, a nie dlatego, że inwestujemy. Wyższa konsumpcja nie jest zaś pochodną rosnącej produktywności, tylko programu 500 plus i podniesionej płacy minimalnej.

Szalę pewnie przeważyłyby argumenty za tym, że polska gospodarka ma więcej problemów niż powodów do radości. Działania rządu teraz nakręcają koniunkturę, ale w dłuższej perspektywie odbiją się budżetowi czkawką. Kolejne pomysły ustawodawcy powodują, że biznes działa w atmosferze ciągłej niepewności. Podatek handlowy – będzie, nie będzie? Zakaz handlu w niedziele – będzie, nie będzie? Źle się inwestuje, gdy wokół zbyt wiele znaków zapytania.

No i w takim oto czasie z gazet krzyczą do nas te GUS-owskie 4 proc. wzrostu. Co z tym zrobić? Cieszyć się, robić biznes i ryzykować? Czy raczej nie podniecać się i czekać? Sam jestem daleki od entuzjazmu, ale mam propozycję. Przypomnijmy sobie, jak to było jeszcze na początku dekady, kiedy przez wszystkie przypadki odmienialiśmy słowo „kryzys” i zastanawialiśmy się, czy wszyscy nie pójdziemy z torbami. Dziś cieszymy się rekordowo niskim bezrobociem, a wtedy naprawdę nie wyglądało to wesoło, nawet jeśli na tle Europy nie było tak źle.

W ekonomii funkcjonuje pojęcie samorealizującej się prognozy. Najlepszy przykład to sytuacja, w której ktoś puszcza na rynku plotkę, że dany bank ma kłopoty i niedługo będzie niewypłacalny. Słysząc to, klienci masowo ustawiają się w kolejce do bankomatów i – rzeczywiście! – doprowadzają bank do upadku. Na szczęście mechanizm działa też w drugą stronę. Jeśli słyszymy, że jest dobrze, to z nadzieją patrzymy w przyszłość – również tę gospodarczą. Pozytywne myślenie to pożywka koniunktury. Myślmy pozytywnie.