28.06.2004

Sexy bitch

Sprzedawczynie w sklepach Tally Weijl muszą nosić koszulki z nadrukowanym słowem Bitch, czyli dziwka. Klienci pytają dziewczyny, ile biorą za numerek.

Pracownice kilkunastu sklepów z ubraniami szwajcarskiej firmy Tally Weijl (m.in. w Warszawie, Bytomiu, Bielsko-Białej, Rzeszowie, Łodzi i Poznaniu) dostały firmowe koszulki kilka miesięcy temu. Były na nich napisy totally sexy i sexy power. Na początku czerwca przyszła nowa dostawa kolorowych i białych bluzek na ramiączkach. Każda miała nadrukowane słowo bitch, które w języku angielskim oznacza dziwkę.

-Byłyśmy zszokowane. Przecież to nie sex shop! - oburzają się dziewczyn pracujące w jednym ze sklepów na południu Polski.

Do salonów Tally Weijl chętnie zaglądają panowie. 26-letnią Izę młody mężczyzna zapytał, ile bierze za numerek. Inni pytają: naprawdę jesteś taka odważna? Puszczają oko, uśmiechają się ironicznie.

Ekspedientki zobowiązały się do noszenia firmowych strojów w umowie o pracę. Radzą więc sobie jak mogą: na bluzki narzucają sweterki albo zakładają je przodem do tyłu. Wszystko po to, by nie było widać napisu.

Magdalena Aniszczenko, odpowiedzialna za kontakty z prasą w polskim odziale firmy Tally Weijl, jest zdumiona zarzutami: - Nie uważamy, że napis jest wulgarny. W dosłownym tłumaczeniu słowo bitch na polski to rzeczywiście suka, ale w slangu amerykańskim oznacza pewien trend życia. Określa białe dziewczyny, które bez żadnego skrępowania żyją z czarnymi chłopakami, to kultura hip-hopu - objaśnia. Dodaje, że Tally Weijl ubiera odważne dziewczyny. - Nasze klientki są półnagie, seksowne i frywolne. Koszulki, w których chodzą sprzedawczynie, świetnie się sprzedają - zapewnia.

Więcej: Agnieszka Zakrzewska, "Gazeta Wyborcza", 26-27 czerwca, 2004r.

Udostępnij artykuł

Komentarze na forum

0