27.08.2004

Za ekskluzywnie, za drogo

Palmers, producent luksusowej bielizny rezygnuje z ambitnych planów rozwoju w Polsce. W tym roku miało powstać sześć sklepów, ale zamiast tego zniknie butik w Bielsku-Białej.

Gdy w marcu 2002 r. szefowie Palmersa, producenta austriackiej bielizny, w blasku jupiterów nagradzali swojego lokalnego partnera - warszawską firmę Tarjo - przyznając jej przedstawicielstwo na nasz rynek i prawo do udzielania licencji franczyzowych, nie spodziewali się, że dwa lata później będą cichcem wycofywać się z planów podboju naszego rynku. - Chcemy otworzyć pięć, sześć sklepów w największych miastach Polski. Szczególnie zależy nam na Krakowie, Łodzi, Wrocławiu i Trójmieście - zapowiadała w roku 2002 Joanna Tarka, właścicielka, a wówczas także prezes spółki Tarjo.

Co dziś zostało z optymistycznych wizji Palmersa i Tarjo? Niewiele: cztery salony w Warszawie oraz po jednym w Poznaniu i Bielsku-Białej, który zresztą znajduje się w stanie likwidacji. - Pomysł na biznes był dobry, ale zła lokalizacja - miasto i punkt - pokrzyżowała plany. Mamy wprawdzie wiernych klientów, ale jest ich niewielu. Powód jest banalny: mieszkańców mniejszych miejscowości, takich jak nasza, nie stać na bieliznę Palmersa. Więcej nie powiem, bo mamy zakaz rozmów o naszej pracy - wyjaśnia pragnąca zachować anonimowość pracownica bielskiego sklepu.

Ta wypowiedź ujmuje dwa podstawowe problemy Palmersa w Polsce: cenę towarów oraz zasady współpracy sklepów z centralą. O ile w Warszawie biustonosz czy bokserki za 300 zł mogą znaleźć amatorów, o tyle w mniejszych ośrodkach prawie nikt nie pozwoli sobie na takie szaleństwo. Potwierdza to walcząca dopiero o klientów rzeszowska firma Szame. - Kluczem do sukcesu w naszej branży jest cena, którą trzeba dostosować do portfela klienta. Polki są skłonne wydawać na bieliznę nawet 200-300zł miesięcznie, ale nie na jedną sztukę - uważa Jowita Bojda, dyrektor Szame.

Także właściciele sklepów uważają, że Palmers jest zwyczajnie za drogi.

- Klientki pytają o bieliznę dobrą, ale tanią. Maksymalna cena, jaką są w stanie zapłacić za komplet, to 100-130 zł - mówi Krystyna Szablewska, właścicielka sklepu na ulicy Chmielnej w Warszawie.

Koniec z ekspansją w miastach regionalnych

Drugą przyczyną słabej kondycji Palmersa jest niezwykle silna pozycja firmy Tarjo. Polskie sklepy muszą stosować się do wszelkich wskazówek centrali (wystrój wnętrz, sposób obsługi klientam reklama), nie mogą też handlować bielizną innych marek. Nie wolno im też informować o prowadzonej działalności. Także warszawska centrala Tarjo nie jest skłonna do udzielania informacji o wynikach firmy. Prezes zarządu Grażyna Ostaszewska po wielu namowach ujawniła jedynie, że obecne plany mówią o otwarciu tylko dwóch nowych sklepów, i to najwcześniej w 2005 roku. Oba zostaną zlokalizowane w warszawskich centrach handlowych, a koszt uruchomienia każdego sięgnie 200 tys. złotych. Firma zdecydowanie wycofuje się z inwestycji w regionach, a likiwdacja placówki w Bielsku-Białej to pierwszy krok do "okopania się" w Warszawie. Niczego nie udało nam się także dowiedzieć w wiedeńskiej centrali Palmersa. Kristin Bojto, specjalista ds. rynków zagranicznych, stwierdziła, że Palmers jest zadowolony z inwestycji w Polsce, ale na temat likiwdacji sklepów nie chciała rozmawiać.

Więcej: Lesław Kretowicz, "Profit" wrzesień, 2004r.

Udostępnij artykuł

Komentarze na forum

0