11.01.2006

Mrówka szkodzi?

- Złożyłam zawiadomienie do prokuratury o wyłudzenie opłaty licencyjnej. Franczyzodawca mnie oszukał - mówi była franczyzobiorczyni sieci Mrówka, sprzedającej odzież dla młodzieży.

W listopadzie 2004 roku Beata Czarnecka (nazwisko zmienione) wysłała do centrali sieci Mrówka e-maila z prośbą o szczegółowe informacje dotyczące współpracy. Opisała w nim, że ma doświadczenie w prowadzeniu punktów, gdyż od kilku lat prowadzi dwa autoryzowane salony sprzedaży sieci telefonii komórkowej. Poinformowała, że poszukuje nowego pomysłu na kolejny biznes i rozważa otwarcie sklepu odzieżowego, gdyż jest wyłącznym najemcą lokalu o powierzchni 50 m2, znajdującego się przy głównej handlowej ulicy w przygranicznym miasteczku, zamieszkałym przez około 40 tys. mieszkańców.

Odpowiedź otrzymała już następnego dnia.
Zapytano mnie kiedy chciałabym otworzyć sklep, gdyż nieznany mi Pan Zbyszek chciałby to wiedzieć. Gdy podam tę informację, on do mnie przyjedzie. Zdziwiła mnie taka wiadomość, gdyż o otwarciu sklepu Mrówki myślałam wstępnie i na razie chciałam poznać tylko szczegóły współpracy – mówi Beata Czarnecka.

Rzetelnie sprawdziłam

Beata Czarnecka twierdzi, że rzetelnie sprawdziła franczyzodawcę przed podpisaniem umowy. Redakcji miesięcznika Własny Biznes Franchising Info pokazała obszerną korespondencję z centralą Mrówki, w której szczegółowo dopytuje się o warunki współpracy m.in. jaki jest system rozliczeń, jak dalece centrala ingeruje w wizualizację salonu, jaka jest częstotliwość dostaw towaru, jaka jest aktualna i planowana liczba franczyzobiorców, jak będzie wyglądać szkolenie dla pracowników itp.
Na wszelkie pytania uzyskałam szczegółową odpowiedź. Przeanalizowałam umowę z prawnikami. Wydawało mi się, że rzetelnie sprawdziłam franczyzodawcę – mówi Beata Czarnecka. – Jedyne co sobie zarzucam to zbyt małą podejrzliwość. Na spotkanie na którym podpisałam umowę z siecią byłam umówiona w siedzibie firmy. Spotkanie jednak tam się nie odbyło. Franczyzodawca wyjaśnił nam, że przeprowadzają remont i nie ma tam warunków, aby spokojnie porozmawiać. Samo to powinno już wzbudzić moją czujność. Okazało się, że wkrótce potem siedziba Mrówki na ul. Szosy Lubickiej w Toruniu przestała istnieć — dodaje. Beatę Czarnecką nie zaniepokoił również fakt, że franczyzodawca nie udostępnił jej kontaktów do innych franczyzobiorców sieci. Przystąpienie do sieci Mrówka kosztowało Beatę Czarnecką ponad 36 tys. zł. To koszt opłaty licencyjnej, jeśli biorca sieci chce otworzyć sklep o powierzchni 50m2. W tej cenie są wliczone meble do sklepu oraz wizualizacja.

Ryzykowne testy

W nr 13 Franchising Info opublikowaliśmy artykuł pt.: „Ryzykowne testy Mrówki”. Opisywaliśmy w nim testy wewnątrz firmowe, które przeprowadzał franczyzodawca sieci Mrówka. Otwierał sklepy w różnych lokalizacjach, sprawdzając ich rentowność, aż odbiło się to negatywnie na finansach firmy. W 2004 roku koszty tworzenia i likwidowania sklepów sprawiły, że przy przychodach około 5 mln zł, zysk wyniósł zaledwie 30 tys. zł.
- Nie uważam jednak tego okresu za stracony. Dzięki wielu próbom wypracowaliśmy dobry model sklepu firmowego i jeszcze bardziej wzmocniliśmy markę w dużych miastach – mówił wtedy Piotr Śmieszek, jeden z prezesów sieci Mrówka. Spółka zamierzała wówczas sprzedać franczyzobiorcom osiem własnych sklepów. Jak twierdzili przedstawiciele sieci, wszystkie były dochodowe. Ich sprzedaż prezes Śmieszek wyjaśniał w następujący sposób:
- Analizowaliśmy działalność sklepów własnych oraz franczyzowych. Przeprowadzone analizy pokazują, że spółka wymaga dokapitalizowania, aby w ciągu dwóch lat zwiększyć obroty do kwoty 40 mln zł rocznie przy rentowności między 15 a 20 proc. Poza tym pragniemy koncentrować się na produkcji nowych kolekcji. Zarządzanie sklepami rozprasza nas.
Źródłem kapitału miał być przychód uzyskany ze sprzedaży sklepów. Osoby związane z siecią twierdzą anonimowo, że źródłem dochodu miała być również opłata licencyjna pozyskana od nowych franczyzobiorców.

Już po paru dniach

Beata Czarnecka otworzyła sklep w lutym 2005 r. Pierwsze zgrzyty z centralą sieci pojawiły się już po kilku dniach współpracy. Biorczyni nie otrzymała obiecanej listy ze spisem telefonów i funkcjami osób z siedziby firmy. Nie wiedziała z kim ma się kontaktować. Dysponowała jedynie ogólnym adresem mailowym, z którego nikt nie odpowiadał.
Franczyzobiorczyni opowiada, że od początku były problemy z zamówieniem i dostawą towaru.
Zamówiłam konkretny rodzaj bluzek, a przysłali mi takie, których miałam pełne półki. Nikt mnie nie poinformował, że zamówiony przeze mnie towar jest niedostępny.

A w kwietniu...

Po dwóch miesiącach od otwarcia sklepu współpraca z Mrówką bardzo się pogorszyła. Mimo licznych terminów i wielu zapewnień, dawca licencji nie dotrzymał podstawowych założeń współpracy.
Przede wszystkim okazało się, że nie istnieje podręcznik operacyjny. Nie ma katalogu, ani żadnego systemu ułatwiającego zamówienia. Aby zamówić towar, trzeba było zadzwonić do magazynu, tam ktoś opowiadał, co jest dostępne i na tej podstawie składało się zamówienie. Powodowało to wiele nieporozumień — opowiada Beata Czarnecka. - Najgorszy jednak był brak towaru, którym dałoby się handlować. Odnoszę wrażenie, że mój sklep był taką „zapchajdziurą”, miejscem wysyłania pozostałości z magazynu – dodaje.

Była franczyzobiorczyni twierdzi, że przez pierwsze kilka dostaw, otrzymywała inny towar i w innej ilości niż zamawiała. Na każdym zamówieniu pisała, że gdyby pojawił się jakiś problem z zamówieniem to prosi o kontakt. Niestety bezskutecznie. Nikt nie dzwonił, nie pisał, po czym biorczyni znowu otrzymywała towar niezgodny z zamówieniem. Te problemy spowodowały, że najlepszy dzienny utarg jaki miała wyniósł 700 zł. Franczyzodawca przed podjęciem współpracy obiecywał średnie obroty miesięczne na poziomie 50-60 tys. zł i marżę w wysokości 60 proc. Rzeczywiste obroty jakie osiągała Czarnecka oscylowały w granicach dwudziestu kilku tysięcy.

Koniec po pięciu miesiącach

Mimo wielu obietnic składanych mi przez franczyzodawcę, sytuacja się nie poprawiła. Nie chciałam dłużej dokładać do tego interesu, dlatego w lipcu postanowiłam rozwiązać umowę z siecią — mówi Beata Czarnecka.

Była franczyzobiorczyni uważa, że niepowodzenie jej biznesu jest wyłącznie winą centrali Mrówki i nie wywiązywania się przez dawcę licencji z warunków umowy. Czarnecka zażądała zwrotu opłaty licencyjnej w pełnej wysokości i oraz częściowego zwrotu czynszu za lokal (15 tys. zł za pięć miesięcy).
Franczyzodawca nie spełnił wymagań Beaty Czarneckiej, dlatego w sierpniu złożyła wniosek do prokuratury o wyłudzenie opłaty licencyjnej.

A centrala na to...

Nowi franczyzobiorcy Mrówki do których dzwoniliśmy, nie chcieli opowiadać o współpracy z centralą. Natomiast Roman Klin, przedstawiciel sieci przyznaje, że firma znów ma przejściowe kłopoty. Twierdzi, że przyczyną jest wadliwy system franczyzowy, który został stworzony przez jego poprzednika.
W ramach opłaty licencyjnej franczyzobiorca otrzymywał od nas wyposażenie sklepu. Kwota 30 tys. zł jest zbyt niska, aby kupić meble oraz wizualizację do ponad 50 metrowego lokalu. To powodowało, że musieliśmy dokładać do każdego nowo otwieranego sklepu — mówi Roman Klin. — To jedna z przyczyn kłopotów finansowych sieci. Mieliśmy mniej pieniędzy na zakup towaru i dlatego franczyzobiorcy skarżyli się na braki w magazynie. Sytuacja poprawi się wiosną 2006 roku, gdy w pełni zacznie funkcjonować wprowadzany obecnie nowy system franczyzowy — dodaje.