18.09.2006

Zamydlone oczy inwestora

- Nie dość, że prowadzą biznes lekceważąc przepisy, to jeszcze sprzedają na niego licencje – mówi oburzony Włodzimierz Sator, były franczyzobiorca sieci Pracownia Mydła Sapo. – To bzdura – komentują Waleria Hexel i Jelena Ejduka, założycielki firmy.

Sprzedaż produktów nie dopuszczonych do obrotu na terenie Polski, na dodatek nie oznakowanych, a także wprowadzanie w błąd Urzędu Skarbowego oraz franczyzobiorców to według Włodzimierza Satora nieprawidłowości, których dopuściły się założycielki Pracowni Mydła Sapo.

Najpierw jedno, później trzy

Włodzimierz Sator myślał o założeniu własnej firmy. Gdy przeczytał o Pracowni Mydła Sapo stwierdził, że to biznes właśnie dla niego – wymagający niewielkiego kapitału, a na dodatek łatwy w prowadzeniu. Po spotkaniu z założycielkami sieci zdecydował zostać się franczyzobiorcą firmy. W sklepie Carrefour na warszawskim Bemowie otworzył w kwietniu 2005 roku stoisko z mydłami. Kosztowało go to około 15 tys. zł.

Franczyzodawca zapewniał, że każde stoisko będzie przynosić około 7-9 tys. zł przychodu miesięcznie. Tyle rzekomo zarabiały własne punkty sieci.
Moje stoisko było nierentowne, mydła sprzedawały się w niewielkich ilościach. Franczyzodawca tłumaczył, że to wina złych sprzedawczyń, więc zatrudniałem wciąż nowe – mówi Włodzimierz Sator. – To nie pomagało, wciąż przychody były niższe od szacowanych – dodaje.
Mimo to trzy miesiące później franczyzobiorca zdecydował się otworzyć dwa kolejne punkty – w warszawskich centrach handlowych Reduta i Targówek. - Miałem nadzieję, że zaczną w końcu przynosić zysk – stwierdza Sator.

Franczyzodawca sprawił, że łamałem prawo

- Okazało się, że kosmetyki Pracowni Mydła Sapo nie są dopuszczone do sprzedaży na terenie Polski – stwierdza Sator.

Kosmetyki sprzedawane w Polsce powinny być zgłoszone do Krajowego Systemu Informowania o Kosmetykach. Trzeba podać adres producenta, nazwę produktu i skład kosmetyków. Baza informacji jest stworzona dla lekarzy, aby mogli leczyć osoby, które dostały uczulenia po użyciu konkretnego kosmetyku.
-Przed otwarciem pierwszego stoiska zgłosiłyśmy się do Państwowego Zakładu Higieny. Poinformowano nas, że atest Unii Europejskiej, którym dysponujemy wystarcza, aby handlować kosmetykami w Polsce – mówi Waleria Hexel, założycielka firmy Pracownia Mydło Sapo. – Nikt nie powiedział nam, że trzeba jeszcze zgłosić kosmetyki do Krajowego Systemu Informowania o Kosmetykach.Gdy dowiedziałyśmy się, że istnieje taki wymóg, w ciągu dwóch dni dopełniłyśmy wszystkich formalności – dodaje Jelena Ejduka.

Etykietki i kasy fiskalne już są...

Wszystkie kosmetyki sprzedawane w Polsce muszą mieć też etykietę opisująca jego skład oraz sposób użycia.
Kosmetyki sprzedawane przez Pracownię Mydło Sapo ich nie posiadały – mówi Włodzimierz Sator.
To nieprawda – ripostuje Waleria Hexel. – Nie naklejałyśmy etykiet bezpośrednio na produkty, gdyż nie wyglądałoby to estetycznie. Natomiast drukowałyśmy etykiety, które franczyzobiorcy mieli obowiązek dołączać do produktów. Niestety Włodzimierz Sator tego nie robił, gdyż za etykiety trzeba było dodatkowo zapłacić – dodaje.

Były franczyzobiorca zastanawia się, dlaczego założycielki firmy nie wymagały od licencjobiorców posiadania kas fiskalnych na stoiskach. Pracownia Mydła Sapo szacuje, że każde stoisko osiąga około 7-9 tys. zł przychodu miesięcznie. Przekroczenie 40 tys. zł przychodu rocznie, zobowiązuje punkt handlu detalicznego do posiadania kasy fiskalnej. Pracownia Mydła Sapo wprowadziła je dopiero w marcu br.
-Kogoś wprowadziły w błąd na pewno. Albo franczyzobiorców, którym mówiły, że stoiska osiągają wyższe przychody niż miało to miejsce, albo Urząd Skarbowy, podając mu niższe – mówi Sator.

Jak Zabłocki na mydle?

- Postanowiłem rozwiązać umowę z franczyzodawcą, gdy okazało się, że oferta franczyzowa jest nieprzygotowana, a sam biznes przynosi straty – mówi Włodzimierz Sator. - Zażądałem zwrotu pieniędzy za towar oraz kosztów przystąpienia do sieci – w sumie ponad 15 tys. zł - dodaje. Założycielki Mydła Sapo zwróciły całą kwotę, o którą wnioskował. - Chciałyśmy rozstać się w zgodzie – mówi Waleria Hexel.

Były franczyzobiorca wciąż rości pretensje w stosunku do Pracowni Mydła Sapo. Twierdzi, że na współpracy z firmą stracił ponad 50 tys. zł. Kontakt z redakcją miesięcznika Własny Biznes Franchising Info tłumaczy chęcią ostrzeżenia przedsiębiorców przed podjęciem współpracą z nieuczciwym franczyzodawcą. Ale czy nie przesadza?
- Współpracuję z firmą od lipca 2005 roku. Prowadzę stoisko w centrum handlowym w Jankach, a także przejęłam po poprzednim franczyzobiorcy stoisko w Reducie. Miesięcznie z każdego stoiska zostaje mi około 1-1,5 tys. zł. W listopadzie i grudniu zysk wzrasta do 7 tys. zł. To dokładnie tyle, ile szacował franczyzodawca – mówi Katarzyna Joszczyk, franczyzobiorczyni Pracowni Mydła Sapo.
- Negocjuję obecnie z centrum handlowym Reduta wysokość czynszu. Przy obecnym trudno jest wypracować zadowalający zysk – dodaje.

Nadal robią swoje

Założycielki Pracowni Mydła Sapo dopełniły wszystkich formalności. Zgłosiły kosmetyki do Krajowego Systemu Informowania o Kosmetykach, wszelkie sprzedawane produkty oznakowują etykietkami. Wszystkie stoiska są już wyposażone w kasy fiskalne. Choć sprawa wygląda na wyjaśnioną, to franczyzodawczynie prawdopodobnie jeszcze długo będą musiały udowadniać, że warto zainwestować w Pracownię Mydła Sapo.

Imię i nazwisko byłego franczyzobiorcy zostało zmienione na jego prośbę.

Anna Smolińska