03.03.2009

Wyrwać gitarzystę

W nocy mam sen. Rano wchodzę na stronę szkoły Yamaha i oczom nie wierzę – przecież to mój sen, tylko w realu.

Właśnie trwały święta Bożego Narodzenia 2005 r. Swoje odwiedziny zapowiedziała nasza dobra znajoma, której nie widzieliśmy ładnych parę lat. Zaczęła się nasza pogawędka o starych Polakach. Od słowa do słowa przeszliśmy w końcu na tematy zawodowe i tu pierwszy ślad naszego pierwszego biznesu. Magda pracuje w szkole muzycznej Yamaha w Zakopanem. Opowiada nam o historii szkół, programach prowadzonych według tego systemu. Szczególne zainteresowanie wzbudziła opowiadając o programach wczesnodziecięcych, w których pracuje, o wpływie muzyki na rozwój psychoruchowy maluchów. Słuchamy jej jak zaczarowani – "Jak to? – 4 miesięczne dziecko już uczy się muzykować?". Na koniec opowieści krótka konsternacja – "a u was nie ma takiej szkoły?" ... nie ma. W nocy mam sen. Na drugi dzień wertuję strony www centrali szkół muzycznych Yamaha w Polsce oraz pozostałych szkół muzycznych funkcjonujących w kraju. Po przejrzeniu lokalizacji szkół na terenie kraju ze zdziwieniem stwierdzam, że na zachodniej ścianie Polski od Zielonej Góry do Bałtyku jest spora "biała plama" – placówki tej sieci nie ma nawet w Szczecinie!

Żona myśli równolegle

Przez dwa tygodnie myśl o otwarciu szkoły dojrzewa mi w głowie. Skąd wziąć pieniądze na otwarcie, gdzie szkołę zlokalizować, jak znaleźć nauczycieli i jak ją utrzymać w pierwszym okresie funkcjonowania. W końcu nieśmiało podpytuję żonę, co ona o tym sądzi. Okazuje się, że też o tym myślała, szczególnie o programach wczesnodziecięcych, w których mogłaby się realizować (jest nauczycielką muzyki oraz plastyki w szkole podstawowej). Dzwonimy jeszcze raz do Magdy. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że zna właścicieli szkoły w Zielonej Górze. Umawiamy się na kurtuazyjną wizytę. Po spotkaniu jesteśmy mocno "na tak". Widzimy, że oprócz strony biznesowej będziemy mogli jak najbardziej realizować się w naszym hobby – muzyce. Przyszedł czas na konkrety – dzwonię do centrali Szkół Muzycznych Yamaha z propozycją otwarcia placówki w Gorzowie. Otrzymujemy zaproszenie na spotkanie w centrali, gdzie omówiony zostaje system oraz zasady współpracy z siecią dodatkowo otrzymujemy do wypełnienia wniosek, biznesplan oraz podręcznik operacyjny. Po analizie dokumentów, zrobieniu analizy SWOT czujemy pierwsze, bardzo mocne zderzenie z rzeczywistością: konkurencji jest więcej niż się spodziewaliśmy, oprócz Państwowych Szkół Muzycznych, które pod względem ceny są bezkonkurencyjne (bo bezpłatne) mamy jeszcze co najmniej cztery oficjalne prywatne placówki, których programy pokrywają się w jakimś stopniu z naszym, że o "wolnych strzelcach", którzy udzielają lekcji prywatnych nie wspomnę. Nie możemy znaleźć w całym mieście nauczyciela gitary, nawet Państwowe Szkoły Muzyczne posiłkują się nauczycielami dojeżdżającymi np. z Poznania.

Wojna o lokal jak walka o ogień

Z lokalami też nie jest wesoło, przeważają te o powierzchni od kilkunastu do 50 m2 albo powyżej 300 m2, ceny też niekoniecznie przyjazne dla początkującego biznesmena. W końcu jest! Ładny pawilon usługowy, I-piętro, 80 m2 plus dodatkowe 140 m2 wolnej przestrzeni żeby rozwinąć skrzydła. Cena umiarkowana, dobra lokalizacja przy wielkim osiedlu mieszkaniowym i właściciel konkretny. W międzyczasie wysyłamy dokumenty do centrali. Powoli zaczyna nam się wyłaniać obraz naszej szkoły....znajduje się nauczyciel gitary i keyboard’u. Nagle dostajemy cios poniżej pasa. Właściciel pawilonu stwierdza, że jednak nie wynajmie nam pomieszczeń, bo ma już chętną na sąsiadujące z nami 140 m2, a pani, która wynajmuje kategorycznie nie zgadza się z nami sąsiadować. Niestety, interes bierze górę nad dżentelmeńską umową (nie podpisywaliśmy żadnych umów przedwstępnych) – jesteśmy bez lokalu. Znowu zaczynamy gorączkowe poszukiwania lokalu oraz środków na uruchomienie (25-30 tys. zł – tak sugeruje podręcznik operacyjny). Chodzimy jak nakręceni, rozglądamy się równolegle i za korzystnym kredytem jak i rozsądnym lokalem. Wreszcie mamy szczęście – kredyt da nam SKOK, a miejsce na naszą szkółkę znajdzie się w jednym z biurowców. Co z tego, że pamięta jeszcze czasy Edwarda Gierka – ważne żeby było ciepło, czysto i drogo nie kosztowało. Na dodatek wybór pomieszczeń mamy wielki, bo całe piętro jest wolne. Inne zalety tej lokalizacji to bliskość dużych osiedli mieszkaniowych, duży i bezpłatny parking oraz dobry dojazd środkami komunikacji miejskiej. Robimy małą korektę we wniosku, akceptacja centrali i jest! Mamy licencję!

Kręci się!

Wakacje 2006 – jedziemy całą rodzinką na szkolenia z programów wczesnodziecięcych. Szkolenia trwają cały tydzień, więc znaleźliśmy jakieś wczasowisko pod Pułtuskiem i co rano wożę żonę na zajęcia, a sam z córkami zwiedzam okolice Pułtuska i "wczasujemy się". Po szkoleniach wracamy do nieco zapuszczonych pomieszczeń biurowych. Rodzinnymi siłami odświeżamy pomieszczenia, wyposażamy w wymagane instrumentarium oraz pozostałe meble oraz kolorowe wykładziny. Dwa tygodnie przed godziną "0" organizujemy reklamę (głównie ulotki, plakaty i strona www, bo radio i telewizja lokalna są dla nas na razie za drogie). Na 1 września mamy do dyspozycji ok.80 m2 – w tym salę do programów wczesnodziecięcych, salę keyboard’ową oraz sekretariat. Programami wczesnodziecięcymi będzie zajmowała się moja żona, do nauki gry na keyboardzie oraz gitarze klasycznej mamy dwóch nauczycieli. Ja mam za zadanie prowadzić sekretariat, marketing, przygotowywać dokumentację dla biura księgowego oraz podjąć etat złotej rączki. Już kilka dni przed wrześniem biznes zaczyna się kręcić. Jest kilka telefonów z pytaniami, wstępne deklaracje. Czekamy jednak na Dni Otwartych Drzwi, które nasza sieć organizuje 9. i 10. września. Materiały reklamowe były zresztą robione właśnie z myślą o DOD. Już po DOD – jest nieźle – odwiedziło nas ok. 50 osób z tego większość jest zainteresowania.

Trochę gorsza informacja – całkiem blisko nas instaluje się konkurencyjna prywatna szkoła muzyczna ( teraz jest jeszcze bliżej, bo dzieli nas tylko 1 piętro). Pierwszy rok działalności zakończyliśmy liczbą 70 uczniów. Czas na refleksję – poszło nieźle, ale chyba byliśmy zbytnimi optymistami – koszty prowadzenia szkoły miały pokryć opłaty z nauki 30 uczniów. Teraz okazuje się, że potrzeba ich pięćdziesięciu. No ale najważniejsze że nie trzeba dokładać – budżet napięty do granic wytrzymałości.

Drugi rok działalności szkoły kończymy liczbą 120 uczniów. Tę dynamikę wzrostu zauważa nasza centrala po raz drugi honorując nas tytułem Szkoły Roku 2007/2008. Wynajmujemy dodatkowe pomieszczenia z przeznaczeniem na naukę gry na gitarze, nasz team zasila także nowy nauczyciel gitary. W trzecim roku działalności otwieramy nowe klasy: wokalu, perkusji oraz fletu prostego. Programy wczesnodziecięce rozwinęły się tak dynamicznie, że najmujemy kolejne pomieszczenie, a do naszego zespołu pedagogicznego dołącza kolejna koleżanka. W chwili obecnej kończymy trzeci rok działalności. Pracujemy z ok. 170 uczniami, 5 nauczycielami na powierzchni ponad 200 m2. Jest nieźle.

Marcin Stróżyk, ul. Paderewskiego 60/4, Gorzów Wlkp.

Udostępnij artykuł

Komentarze na forum

0

Agnieszka Kamińska

dziennikarz
Napisz do autora