28.11.2011

Kto pokocha Wokulskiego?

Czy w Polsce wypada być bogatym? Nie wypada. Chociaż akceptacja dla przedsiębiorców rośnie, to wciąż daleko im do nauczycielek WF-u i aktorów drugiego planu.

Narasta przy tym rozdarcie w społeczeństwie: rodzice nawet by chcieli, żeby ich dziecko prowadziło firmę, ale wciąż w głębi nienawidzą tych wszystkich krętaczy i Kulczyków co pierwszy milion ukradli (bo dostać takie pieniądze od ojca jest niemożliwe, który porządny ojciec ma takie pieniądze?).

Arkadiusz Słodkowski

Arkadiusz Słodkowski, wydawca miesięcznika Własny Biznes FRANCHISING

Biznesmeni mają przechlapane nie tylko w sferze społecznej, także w walce na symbole mają minimalne szanse. Polskimi bohaterami narodowymi są zazwyczaj jacyś wojskowi albo naukowcy – biznesmeni nigdy. Biznesmena, nawet gdy jest to superuczciwy i jowialny Kluska, trzeba wyprowadzić z domu pod bronią i w kajdankach, pokazać go skutego w telewizji i trzymać w areszcie, aż się może do czegoś przyzna. Niestety, nie mamy na podorędziu żadnego symbolicznego przeciwstawienia dla biznesmętów, którzy naprawdę się zdarzają. Trudno, żeby nim był Wokulski, który interesy nie dość, że robił z ruskimi, to jeszcze na wojnie, hiena jedna. Cóż jest atrakcyjnego w archetypie biznesmena z odmrożonymi na Syberii dłońmi, którego w dodatku nie chciała kobieta, mimo że była po uszy w długach? A cóż sympatycznego jest w Karolu Borowieckim, który do ziemi obiecanej szedł, depcząc ideały swojej przepolskiej i przeszlachetnej narzeczonej, a jeszcze przyjaźnił się z Niemcem i Żydem?

Dlaczego dziś, po piętnastu latach transformacji, wciąż mamy taką awersję do biznesmenów? Może choć trochę tłumaczy to fakt, że transformacja ustrojowa spowodowała, że do kierownicy kapitalizmu dorwali się ludzie, którzy jeszcze wczoraj pracowali jako sekretarze PZPR, ubecy i milicjanci. Ludzie ci byli i są odbierani jako niewiarygodni, bo wczoraj perorowali o równości klas, a dziś pracują nad powiększeniem różnic. Polski kapitalista jeszcze przez wiele lat będzie miał twarz prezesa Przywieczerskiego, uważanego za mózg afery FOZZ. Jeśli ktoś sądzi, że moje porównanie jest przesadzone, niech przypomni sobie słowo „pepik”, którym Polacy tak chętnie obrażają Czechów. Skąd wzięło się to określenie? To Czesi podczas zaborów byli pierwszymi poborcami podatkowymi w Małopolsce. Od zaborów minęło kilkaset lat, a słowo i nieufność do całego narodu pozostały.

Z drugiej strony Polak ciągle choruje na szlachetność katolicką sprzed rewolucji przemysłowej, gdzie lichwa była grzechem, a zarabianie na handlu stawiało człowieka w gorszej pozycji społecznej. Przed rewolucją przemysłową ludzie byli bogaci, bo się rodzili bogaci, a nie bo zarobili. Hierarchia społeczna była niezmienna. Dopiero w kulturze protestanckiej, która była ideowym podkładem rewolucji przemysłowej, zarabianie pieniędzy stało się dowodem na łaskę bożą. Takie podejście pozwalało zarobić każdemu, kto był obdarzony łaską, a o łasce decydował Bóg i mógł rozdać bogactwo, komu chciał. Kościół katolicki był nieco opóźniony w stosunku do protestantyzmu w akceptowaniu kapitalistycznych stosunków społecznych. Także stąd bierze się pewna część polskiej nieufności do kapitalistów. Na szczęście ostatnio Kościół katolicki sam zabrał się za zmianę wizerunku przedsiębiorcy. Zakon benedyktynów zajął się właśnie budową własnej sieci sklepów, co jest już działaniem biznesowym na sporą skalę i dobrym przykładem pomnażania talentów podarowanych przez Boga. Handel na pewno wizerunkowi Kościoła nie zaszkodzi, a na pewno pomoże biznesmenom w strząśnięciu z siebie odium krętaczy. A więc – handlujmy!

Arkadiusz Słodkowski