17.12.2012

Krucjata w imieniu natury

Lobbing na rzecz żywności modyfikowanej nasila się, ale zdaniem Agnieszki Olędzkiej, właścicielki sieci Żółty Cesarz, produkty eko nie są na straconej pozycji.

W Polsce powierzchnia upraw ekologicznych wynosi ok. 4 proc. wszystkich upraw. Dla porównania w Austrii ten odsetek sięga blisko 20 proc., a w Szwecji – 14,7 proc. Kiedy dojdziemy do podobnych wyników?
Producenci żywności ekologicznej muszą obecnie stawić czoła nasilającemu się lobbingowi ze strony zwolenników GMO, czyli żywności sztucznie modyfikowanej. W krajach Europy Zachodniej nigdy nie byłby możliwy rozwój ekologicznych upraw na taką skalę, gdyby nie aktywna polityka, subwencje i dotacje dla rolnictwa. U nas brakuje tego, więc trudno oczekiwać, by produkty ekologiczne zdominowały rynek. Pamiętajmy, że przestawienie tradycyjnego gospodarstwa na ekologiczne trwa ok. dwóch lat, a w tym czasie rolnik ponosi więcej kosztów, niż ma przychodów. Dlatego w Polsce produkcją żywności zajmują się głównie małe gospodarstwa – w ich przypadku ten proces przebiega sprawniej.

Klienci w sklepie Żółty Cesarz

Żółty Cesarz powstał w 2004 roku. Obecnie sieć liczy 7 sklepów.

Produkty „bio” często przegrywają z tradycyjnymi ze względu na wyższe ceny. Trudno to obejść, zwłaszcza w czasach kryzysu, gdy klienci liczą każdy grosz.
Warto przy tej okazji zdementować mit, że żywność ekologiczna jest zawsze droższa od konwencjonalnych produktów. Jest to prawdą jedynie w przypadku gotowych, wysoko przetworzonych artykułów garmażeryjnych. Przetwory są rzeczywiście o ok. 30 proc. droższe. Natomiast różnice w cenach są praktycznie nieodczuwalne w przypadku świeżych warzyw. Na dodatek ich „wydajność” jest znacznie wyższa, bo przecież obierając zwykłe ziemniaki często musimy odkroić niezdatne do jedzenia fragmenty, stanowiące znaczną część warzywa. Dlatego należy zadać sobie pytanie, czy wolimy kupić pozornie więcej żywności pochodzącej ze sztucznie nawożonych upraw, czy też nieco mniej, ale ekologicznej.

Z opracowań branżowych wynika, że rynek żywności ekologicznej w Polsce może rosnąć w tempie 25-30 proc. Jednak oprócz sklepów specjalistycznych, jak Żółty Cesarz, produkty eko dostępne są również w marketach, które mają znacznie większe możliwości dystrybucyjne...
Tak, ale tam klient przychodzi po tanią żywność i często jedynym kryterium zakupu w dużych marketach, w których są jedynie półki eko - jest właśnie cena. Wciąż mamy do czynienia w tym zakresie z niskim poziomem świadomości konsumentów. Ludzie myślą, że kupowanie żywności ekologicznej jest tożsame z kupowaniem jej na bazarze „od chłopa”. Tymczasem takie warzywa wcale nie muszą mieć niczego wspólnego z żywnością typu „bio”. Niestety, działamy w środowisku chaosu pojęciowego. Mam jednak nadzieje, że z czasem będzie się on porządkował.

Sieć Żółty Cesarz powstała w 2004 roku. W ciągu ośmiu lat działalności rozrosła się do siedmiu sklepów. Czy takie tempo wzrostu jest satysfakcjonujące?
W tej chwili mamy placówki w Warszawie, Gdyni, Grudziądzu, Krakowie i Toruniu. Sieć rozwija się w takim tempie, na jakie pozwala rynek. Świadomość klientów, a także niska skłonność do inwestycji przedsiębiorców powoduje, że specjalistycznych sklepów nie przybywa w Polsce zbyt wiele. Żółty Cesarz pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek, a także najszybciej rosnącą. Obecnie poza tradycyjnym kanałem sprzedaży, chcemy też spróbować dotrzeć do klientów za pośrednictwem internetu. Rozwijamy mobilny sklep czynny 24 godziny na dobę, z cenami obniżonymi o 10-15 proc. „Zielona Paczka” ze świeżymi produktami: warzywami, nabiałem, pieczywem itp. dociera do klientów następnego dnia po złożeniu zamówienia. W styczniu jeden z naszych Cesarzy na warszawskim Służewiu rozpocznie serwowanie bio-posiłków, można będzie na miejscu zjeść smaczną zupę, ciastko, napić się kawy. Rozpocznie funkcjonowanie także gabinet z poradami dietetycznymi.

(gum)

Udostępnij artykuł

Komentarze na forum

0