03.06.2013

Otwartych drzwi się nie wyważa

Ekonomiści ostrzegają, że bez innowacji za parę lat nasza Zielona Wyspa będzie porastać już tylko chwastami. Pytanie tylko, czym właściwie jest ta innowacja.

Naga, pokrwawiona kobieta spętana łańcuchami, z twarzą wykrzywioną w potwornym grymasie bólu. Scenka z filmu grozy z gatunku gore? Nic podobnego. Po prostu slajd z prezentacji prof. Krzysztofa Rybińskiego, który w ten sposób stara się zobrazować horror, jaki nas czeka, jeśli Polska nie zacznie na szeroką skalę inwestować w innowacyjność. Naukowiec, przez media ochrzczony mianem Doktora Zagłady, porównuje polskie próby inwestowania w nowoczesność do wymyślania technologii pozwalających upchnąć do słoika jeden ogórek więcej.

Grzegorz Morawski, redaktor, Własny Biznes Franchising

Grzegorz Morawski, redaktor miesięcznika Własny Biznes Franchising

Nie jest jednak jedynym tenorem chóru piewców inwestowania w nowoczesność. Wtóruje mu m.in. Jerzy Hausner, autor raportu „Kurs na innowacje”. Były wicepremier ostrzega w nim, że na imporcie technologii i maszyn z krajów wysokorozwiniętych nie zajedziemy już daleko, bo renta spóźnialskiego się wyczerpuje i musimy postarać się o autorskie innowacje. Na dodatek popełniamy grzech traktowania pieniędzy z Unii Europejskiej jak korzyści samej w sobie, podczas gdy ów kapitał powinien tylko pozwolić nam podjąć rękawicę rzuconą przez konkurencyjny międzynarodowy rynek nowych technologii.

Polskie firmy i instytucje większość pieniędzy przeznaczonych na innowacje wydają nie na tworzenie nowatorskich rozwiązań, ale na ich import. Tymczasem najwięksi innowatorzy 70 proc. środków wydają właśnie na poszukiwanie sposobów modernizacji biznesu. Trudno się jednak dziwić, bo zaniechania wynikają w dużej mierze z obaw przed nieudanymi inwestycjami. Nie ma przecież gwarancji, że każda wydana złotówka na badania pozwoli odkryć jakąś nową technologię. Z oceanu dolarów przepływającego przez Dolinę Krzemową w Stanach Zjednoczonych raptem kropla przynosi zwrot w postaci innowacji, które zmieniają losy ludzkości. Cały pic polega na tym, by zrozumieć, że ta kropla z nawiązką rekompensuje przelany ocean pieniędzy.

Jednak o ile lęk przed inwestowaniem w innowacje wydaje się wytłumaczalny, o tyle nieco dziwi tak żywa krytyka importu nowych technologii. Ekonomiści twierdzą, że powinniśmy raczej wymyślać własne rozwiązania, a nie kupować patenty z Zachodu. Tylko że nie da się wskoczyć na najwyższy szczebel rozwoju cywilizacyjnego z pominięciem pośrednich etapów. Malkontenci najwyraźniej chcą, żebyśmy wynaleźli Facebooka, nie mając dostępu do internetu, albo napisali kolejny system Windows bez użycia komputerów.

Całe to narzekanie o braku innowacyjności polskich przedsiębiorców i instytucji drażni tym bardziej, że mówi się o konieczności wymyślania nie wiadomo jakich technologii, podczas gdy wciąż jesteśmy w tyle, jeśli chodzi o wdrażanie elementarnych zdobyczy gospodarki rynkowej. Przykładem niech będzie choćby franczyza, która po 20 latach od nastania kapitalizmu w Polsce, wciąż nie doczekała się swojego miejsca w systemie prawnym i funkcjonuje jako umowa nienazwana.

Grzegorz Morawski