30.09.2012

Franczyza społeczna: kto za to zapłaci?

Zawsze, gdy do demokracji dodaje się jakiś przymiotnik, to taki twór kończy się katastrofą. Podobnie jest z franczyzą.

Na przykład społeczną. O co w niej chodzi? Większych różnic pomiędzy społeczną a klasyczną franczyzą w zasadzie nie ma. Jest patent na biznes i komórka nadrzędna obdzielająca licencjami swoich partnerów. Szkopuł tkwi w tym, że franczyza społeczna nie ma służyć do zarabiania, ale ma po prostu… służyć.

Grzegorz Morawski, redaktor, Własny Biznes Franchising

Grzegorz Morawski, redaktor miesięcznika Własny Biznes Franchising

Trochę to przypomina Monar na licencji. Społeczni franczyzodawcy rekrutują swoich pracowników spośród osób bezrobotnych, bezdomnych, bezrobotnych i niepełnosprawnych. Idea jest taka, by przywrócić ich z powrotem na łono rynku pracy i przekazać podstawowe umiejętności niezbędne do przetrwania na nim. Zysk oczywiście też ma być, ale dopiero w drugiej kolejności.

Zamysł szczytny, choć wolny rynek już nieraz pokazał, że eliminowanie bezrobocia takimi sposobami zwykle chybia celu. Już choćby i z takiego powodu, że wielu bezrobotnych zamiast pakować oficjalne statystyki, chowa się w szarej strefie. Sprowadza tym dyskusję o skuteczności takich metod do znanego z twórczości Staszewskiego zapytania: „Ile kasy dać dziadowi o zniszczonych nerkach”. Abstrahując już od dziwnego założenia, że jeśli ktoś nie umie znaleźć pracy przez długie lata, to na pewno poradzi sobie z otwarciem i prowadzeniem własnej firmy.

Franczyzę społeczną zdecydowała się wspierać nawet ONZ w ramach projektu „Zintegrowany system wsparcia ekonomii społecznej”. Mamy już nawet w Polsce pierwszy owoc programu w postaci sieci kawiarnio-księgarni o uroczej nazwie „Spółdzielnia”, tworzonej przez Regionalne Centrum Ekonomii Społecznej w Lublinie.

Lubelskiej inicjatywie życzę jak najlepiej, ale obawiam się, że cała historia skończy się podobnie jak w przypadku brytyjskiego prekursora franczyzy społecznej, firmy Aspire. Brytyjskie przedsiębiorstwo założone na początku ubiegłej dekady zajmowało się sprzedażą katalogową, zatrudniając osoby bezdomne charakterze akwizytorów.

Przez kilka lat firma otwierała kolejne franczyzy i cieszyła się publicznym uznaniem. Jej twórcy zapomnieli jednak, że rynek nie puszcza płazem błędów w zarządzaniu, nawet jeśli nie robi się biznesu dla zysku, a dla dobra innych. Zdarzały się przypadki, że pracownicy znikali nawet na kilka dni, bo akurat dochodziło u nich do ataków chorób psychicznych bądź gorszych okresów w nierównej walce z chorobą alkoholową. Najgorszy był fakt, że nawet w celu ratowania budżetu firmowego nie można było ciąć zatrudnienia, bo przecież to nie zysk, a zatrudnianie było celem samym w sobie. A cięcia były potrzebne, bo asortyment Aspire okazał się ostatecznie zbyt wąski, by trafić do szerszej grupy klientów. Ostatecznie firma padła, zostawiając swoich pracowników w punkcie wyjścia.

Firmy zakłada się po to, by zarabiać pieniądze i taki powinien być ich podstawowy cel. Wypaczanie tego fundamentu rzadko uchodzi płazem. Dlatego jeśli przerabiamy franczyzę na franczyzę społeczną, demokrację na demokrację ludową, a gospodarkę na gospodarkę centralnie planowaną, to musimy zadać sobie pytanie: kto za to zapłaci?

Grzegorz Morawski