02.01.2016

Gazeta i papieros dają zarobić

Katarzyna Małkowska postanowiła rzucić pracę w gastronomii i otworzyć salonik prasowy. Był rentowny już po dwóch miesiącach od otwarcia.

– Do wyboru sieci Eurokiosk przekonała mnie ciocia, która sam już od trzech lat prowadziła Euro-Salon Prasowy. Zastanawiałam się nad zmianą pracą, a ona była zadowolona i polecała tę franczyzę – wspomina Katarzyna Małkowska.

Katarzyna Małkowska, franczyzobiorczyni Eurokiosk Fot. Eurokiosk

Za ok. 35-40 proc. obrotu w salonie prasowym odpowiadają zabawki, torebki i inne akcesoria. To właśnie na nich realizowane są najwyższe marże, sięgające 30 proc.
Katarzyna Małkowska, franczyzobiorczyni Euro-Salonu Prasowego

Przedsiębiorcza poznanianka postanowiła dać marce szansę i wspólnie z mamą w grudniu 2013 roku objęła salonik prasowy w poznańskiej dzielnicy Winogrady. Lokal mieści się w budynku marketu Netto, co gwarantuje mu stałą bliskość klientów.
– Lokalizacja jest w tym biznesie kluczowa. To głównie dzięki niej udało nam się bardzo szybko osiągnąć rentowność. Salon zaczął zarabiać na koszty już po dwóch miesiącach od otwarcia – mówi Katarzyna Małkowska.

Własny Euro-Salon Prasowy można otworzyć w trzech formatach, o których więcej przeczytać można w artykule Tam, gdzie klient lubi czytać na portalu Lokalnabiznes.pl. Katarzyna Małkowska wybrała koncept standard, przeznaczony dla lokali o powierzchni nieprzekraczającej 15 m2. Zgodnie z szacunkami franczyzodawcy kwota inwestycji zamknęła się w ok. 40 tys. zł. Franczyzobiorca otrzymuje gotowy i wyremontowany salon prasowy, ale musi z własnej kieszeni zapłacić za towar.
– Najwięcej, bo ok. 12 tys. zł trzeba było przeznaczyć na zakup papierosów. W tej kwocie był też Lottomat, na którym nam bardzo zależało  – wspomina Małkowska.

Zgodnie z wymogami franczyzodawcy oprócz papierosów trzech wskazanych marek, franczyzobiorca musi zaopatrywać się w prasę w Ruchu, napoje zaś muszą pochodzić z koncernu Coca-Coli. Pozostały asortyment pozostaje w gestii partnera, podobnie jak marże narzucane na poszczególne artykuły.
– Za ok. 35-40 proc. obrotu odpowiadają produkty takie, jak zabawki, torebki i inne akcesoria. Zaopatrujemy się w  nie w hurtowniach samodzielnie. To właśnie na nich realizowane są najwyższe marże, sięgające 30 proc. – mówi Małkowska.

Same na swoim

Katarzyna Małkowska wraz z mamą obsługują klientów osobiście. Salonik jest otwarty przez sześć dni w tygodniu w godzinach 7-21, ale pracę zaczynają wcześniej.
– Przyjeżdżamy na miejsce godzinę przed otwarciem, żeby rozłożyć gazety na półkach. Dzielimy się w ten sposób, że ja pracuję dwa dni, a następne dwa dni w salonie jest mama. Pozostałymi dniami dzielimy się po połowie – tłumaczy właścicielka saloniku. – Myślimy o zatrudnieniu pracownika, ale mamy obawy, by zaufać osobie z zewnątrz...

Wśród klientów salonu prasowego jest wiele osób starszych, które mieszkają na pobliskich osiedlach. Dla punktu z prasą dojrzały klient to żyła złota – w przeciwieństwie do młodzieży wciąż chętnie czyta drukowane gazety, a w dodatku zostawia trochę grosza kupując upominki dla wnuczków.
– Najwyższe obroty notujemy na początku tygodnia, w poniedziałki sięgają one od 5,5 tys. do 6,5 tys. zł. Środy i czwartki są pod tym względem gorsze, w tych dniach w kasie zostaje 4-4,5 tys. zł – opowiada Małkowska.

Choć po odliczeniu kosztów w rękach właścicielek co miesiąc zostaje satysfakcjonująca kwota, to już myślą o objęciu kolejnej placówki. Niedawno pojawiła się taka możliwość, ale do realizacji planów nie doszło – wspólniczki nie miały akurat środków na zatowarowanie nowego lokalu.
– Czekam na kolejną okazję – mówi Małkowska.