18.02.2016

Biznes, biznes, pokaż rogi

Dziennikarze bardzo lubią grę słów, ale w przypadku tego biznesu tytuł „pełzające zyski” byłby bardziej niż daleki od prawdy. Hodowcy ślimaków zarabiają raz w roku, ale dobrze.

Jest taka scena w komedii „Pieniądze to nie wszystko”, w której grana przez Stanisławę Celińską pani Ala odmawia propozycji pracy przy „obłupywaniu krewetek” mówiąc, że do robali nie pójdzie, bo ma swoją godność.  Ten kadr nie tylko nieźle oddaje ducha czasu (potransformacyjny krajobraz gospodarczy lat 90.), ale też przypomina, jaką drogę przebyliśmy jako konsumenci w ostatnich kilku dekadach. Potrawy, które kiedyś stanowiły zupełną egzotykę, ba, nawet czasem budziły obrzydzenie, dziś święcą triumfy i uchodzą za szczyt gastronomicznej mody.

Ślimak na pniu Fot. FreeImages.com

Franczyzobiorcy Polish Snail Holding sprzedają wyhodowane ślimaki franczyzodawcy po z góry ustalonej cenie. Waha się ona od 11 do 18 tys. zł za tonę.

Obok wspomnianych owoców morza do takich potraw zaliczyć można z pewnością ślimaki. Fakt, prawdopodobnie na polskich stołach nigdy nie będą one gościć tak często, jak np. śledzie, ale już teraz pojawiają się nie tylko na półkach supermarketowych i  w hodowlach polskich przedsiębiorców. A stamtąd jadą w świat. Francuzi, koneserzy gatunku, zorientowali się niedawno, że 90 proc. ślimaków na ich rynku pochodzi z Polski. Powoli, powoli zrobił się z tego prężny biznes. I wygląda na to, że urośnie jeszcze bardziej, bo jeden z największych branżowych graczy postanowił podzielić się swoim przepisem na sukces z franczyzobiorcami.

Ślimakowy koncern

Polish Snail Holding to grupa, która w swojej strukturze ma niemal cały przekrój produktów I usług związany z hodowlą i sprzedażą ślimaków. W jej skład wchodzi dział produkcyjny, w którym przetwarza się skupowane ślimaki na luksusowe dania, laboratorium badania jakości mięsa, własna hodowla, a także jednostka odpowiedzialna za szkolenia hodowców. Ta ostatnia ma coraz więcej pracy, bo pod szyldem Polish Snail Holding od niedawna rozwija się sieć franczyzowa, do której należą partnerskie hodowle. Współpracują one z PSH na zasadzie umów kontraktacyjnych na skup wyhodowanego tuczu ślimaka.
– Franczyzobiorcy nie muszą posiadać regularnych gospodarstw rolnych. Trzeba natomiast dysponować pomieszczeniem wielkości co najmniej 15 m2, które należy przygotować według określonych wytycznych, zapewnić odpowiednie nawodnienie, energię elektryczną i stworzyć właściwy mikroklimat – tłumaczy Paweł Piskorski, współwłaściciel Polish Snail Holding.

Ze względu na specyfikę pomieszczenia hodowlanego punkty współpracujące z PSH powstają głównie w lokalizacjach wiejskich i podmiejskich. Stworzenie hodowli nie wymaga zdobycia specjalnych pozwoleń, wystarczy zgłosić działalność do Powiatowego Inspektoratu Weterynarii.  Franczyzodawcy szacują, że na start trzeba wydać min. 6 tys. zł. Zazwyczaj partnerzy decydują się na nieco większą inwestycję. Wykładając ok. 20 tys. zł można kupić materiał genetyczny (czyli ślimaki do rozrodu) ważący 10 ton.
– Partnerzy kupują ślimaki do rozrodu z naszego banku materiału genetycznego. Franczyzobiorcy muszą zadbać o jak najlepsze warunki w swojej hodowli, o czym mówimy podczas szkoleń – zarówno teoretycznych, jak i praktycznych – tłumaczy Piwowarski.  – Sezon trwa od marca do września. Później hodowcy przywożą ślimaki do naszej centrali. Co ważne, skupujemy od nich po z góry ustalonej cenie.

Hodowla zgodna z zaleceniami

Istota współpracy polega na tym, że hodowca co roku kontraktuje określoną ilość ślimaków, którą zobowiązuje się dostarczyć franczyzodawcy po określonej cenie.  Sięga ona od 11 do nawet 18 tys. zł za tonę. Biorąc po uwagę dolny limit, przy 10 tonach przychód może wynieść 110 tys. zł. Warto jednak pamiętać, że to utarg nie jednego miesiąca, a całego sezonu. Poza tym oprócz wstępnej inwestycji hodowca ponosi też koszty utrzymania hodowli.
– Łącznie mogą one sięgnąć ok. 60 tys. zł – mówi Paweł Piwowarski.

Prosty biznes? I tak, i nie. Zdaniem franczyzodawców wszystko zależy od tego, na ile hodowcy przestrzegają zaleceń, które są im przedstawiane podczas szkoleń.
– Zdarza się, że ktoś coś wyczyta w internecie albo usłyszy od kolegi i próbuje zmieniać nasze standardy. To często kończy się tak, że nie realizuje dostawy w zadeklarowanej wielkości – mówi Piwowarski.

O ile w pierwszym roku taka pomyłka nie ma poważnych  konsekwencji, to już w kolejnych latach może wiązać się z koniecznością zapłaty kar umownych. Niektórzy hodowcy deklarują nawet, że po sezonie wrócą do centrali ze ślimakami ważącymi dwukrotność początkowego stanu. Sam początkowy materiał genetyczny trzeba uzupełniać co cztery lata.

Franczyzodawca twierdzi, że polski rynek ma jeszcze znaczny potencjał do zagospodarowania. Ślimaki zakupione od polskich hodowców mają różne przeznaczenie – nie tylko spożywcze, ale też i farmakologiczne. Zapotrzebowanie na surowiec rośnie, więc o ślimaczeniu się nie ma mowy.
– Obecnie współpracujemy z około 100 hodowcami we franczyzie. W 2016 roku chcielibyśmy powiększyć tę liczbę o kolejne 50 – zapowiada Piwowarski.