24.07.2016

Zysk nie tonie

Trwają wakacje, a to idealny czas na wodne szaleństwa. Kiedy jachty, deski surfingowe, kite’y i skutery wodne pływają na błękitnych akwenach, my sprawdzamy, czy rekreacja na wodzie to tylko niezła zabawa, czy może też dobry biznes.

Polacy coraz chętniej pakują walizki i wyjeżdżają, by zażyć wypoczynku nad wodą. Od kilku lat rośnie liczba urlopowiczów, którzy decydują się spędzić wolne dni w kraju. To szansa dla przedsiębiorców, którzy postanowili zarobić, dbając o wakacyjną rekreację rodaków.

Zabawa na jachcie

Wojciech Kowalik od kilku lat organizuje jachtowe wyprawy po Morzu Śródziemnym. Jak twierdzi, koszty wypoczynku pod żaglami na polskich akwenach są porównywalne do tych, z jakimi spotkamy się u wybrzeży Chorwacji. Za tygodniowy czarter jachtu na Mazurach zapłacimy w granicach 1,5 tys. zł. Za rejs z Tangeru w Maroku do Las Palmas 1,2 tys. zł.

Mekka surferów

Na początku lat 90. na polskie jeziora i zatoki morskie przebojem wdarły się sporty kojarzone wcześniej z niedostępnym blichtrem kapitalizmu. Najpierw rzesze sympatyków zjednał sobie windsurfing. Z czasem jednak deska z żaglem zaczęła ustępować popularnością koncepcji śmigania po falach w cieniu dmuchanego latawca. Dziś wciąż więcej osób pływa na desce windsurfingowej, ale kitesurfing szybciej zdobywa nowych zwolenników.
– Popularność szkoleń kite’owych można w pewnym stopniu wytłumaczyć faktem, że do wypożyczenia latawca potrzebne są specjalne uprawnienia, które są zbędne w przypadku deski z żaglem – tłumaczy Marta Zygmunt ze szkoły wind- i kitesurfingu Surf Point. – Latawce wybiera przede wszystkim młodzież. Kurs, którego zaliczenie umożliwia samodzielne wypożyczanie sprzętu, trwa 10 godzin i kosztuje ok. 1 tys. zł.

Zakup własnego zestawu do kitesurfingu (deska i latawiec) wiąże się z wydatkiem rzędu 5-6 tys. zł. Wypożyczenie go na godzinę kosztuje 60 zł. Do szkół i wypożyczalni sprzętu udaje się zatem większość osób, które pragną rozpocząć swoją przygodę z lotami na falach. Niewielu jest śmiałków, którzy bez żadnego doświadczenia odważą się stanąć na desce z latawcem przypiętym do bioder. Tacy zazwyczaj nie są w stanie oderwać dmuchanej czaszy od powierzchni wody. A jeśli już im się uda, to często kończą przygodę z uszkodzonym sprzętem bądź, co gorsza, ciałem.

Przedsiębiorcy pragnący zarabiać na adeptach sportów wodnych mogą w sezonie liczyć na zainteresowanie sporej grupy klientów. Swojej szansy mogą szukać, wybierając zbiorniki wodne w okolicach dużych miast, które gwarantują choćby weekendowy napływ żądnych przygód urlopowiczów. Prawdziwą mekką kite- i windsurfingu w środkowej Europie jest jednak Zatoka Pucka.

Ze względu na fakt, że to bardzo płytki akwen, świetnie nadaje się do nauki sportów wodnych – mówi Marta Zygmunt.

Dlatego wzdłuż Półwyspu Helskiego w ostatniej dekadzie szkoły wind- i kitesurfingu powstawały jak grzyby po deszczu. Pełno ich zwłaszcza na kempingach. Nie oznacza to jednak, że wprawny przedsiębiorca nie ma szans dołączyć do tego konkurencyjnego towarzystwa. Hel ma przecież grubo ponad 30 km...

Klar na pokładzie, a w prawie – niekoniecznie

Amerykański finansista John Pierpont Morgan mawiał, że jeśli musisz zapytać o cenę jachtu, to znaczy, że cię na niego nie stać. Na szczęście rosnąca popularność rekreacji na wodzie sprawiła, że rozrywka, która jeszcze przed laty wydawała się luksusem dla wybranych, dziś jest w zasięgu portfela nawet średnio oszczędnych studentów. Oczywiście, nie chodzi o kupno własnej łodzi, lecz o skorzystanie z bogatej oferty szkół żeglarstwa i firm specjalizujących się w czarterowaniu jednostek pływających.
Sezon żeglarski w Polsce rozpoczyna się już w kwietniu i trwa mniej więcej do połowy października – mówi Aneta Sitkiewicz ze Szkoły Żeglarstwa MORKA. – Przynajmniej, jeśli chodzi o praktykę na wodzie, bo kursy teoretyczne trwają cały rok.

Na szkolenia żeglarskie i rejsy z MORKĄ, która ma siedzibę w Kaliszu, ale organizuje kursy i rejsy zarówno na śródlądziu, jak i na morzu, kursanci przybywają z całej Polski.
Obserwujemy też coraz większe zainteresowanie zagranicznych klientów, zwłaszcza z Niemiec. Przyjeżdżają do nas, bo tego rodzaju usługi w Polsce są o wiele tańsze niż na Zachodzie – tłumaczy Sitkiewicz.

Czy warto spróbować swoich sił jako organizator kursów żeglarskich? Bariery wejścia na rynek nie wydają się zbyt wysokie. Na pozór wystarczy wyczarterować jachty, pozyskać usługi instruktorów i wraz z kursantami wybrać się na mazurski rejs. Szkoleniem może bowiem zająć się każda firma, która realizuje program dydaktyczny Polskiego Związku Żeglarstwa i zatrudnia instruktorów posiadających uprawnienia nadawane przez Związek. Szkopuł tkwi w egzaminie na patent, który stanowi największą gratkę dla kursantów. Dzięki niemu będą mogli później samodzielnie wypożyczać jachty.

Stopy zwrotu pod kilem

Znacznie większe profity może przynieść organizowanie rejsów zagranicznych. Tym tropem poszedł Wojciech Kowalik, który od kilku lat organizuje jachtowe wyprawy po Morzu Śródziemnym. Jak twierdzi, koszty wypoczynku pod żaglami na polskich akwenach są porównywalne do tych, z jakimi spotkamy się u wybrzeży Chorwacji. Wyższa cena takiego wyjazdu wynika z kosztów dotarcia na południe Europy. Za tygodniowy czarter jachtu na Mazurach zapłacimy w granicach 1,5 tys. zł. Rejs z Tangeru w Maroku do Las Palmas na Kanarach z firmą Wojciecha Kowalika, Sextant-Sailor, kosztuje 1,2 tys. zł.
Rejsy turystyczne to zupełnie inny biznes niż szkoła żeglarstwa – ich celem nie jest szkolenie załogi. Mają one przynieść przyjemność z żeglugi. Osoby chcące wziąć udział w takiej wyprawie nie muszą mieć żadnych uprawnień, bo jachtem kieruje odpowiednio wykwalifikowana osoba – mówi Kowalik, który na swojej łodzi sam pełni funkcję skippera, czyli żeglarza prowadzącego rejs.

Przyznaje, że to niełatwy kawałek chleba. Przede wszystkim trudno sobie wyobrazić, by do tej roboty wziął się ktoś, kto nie ma doświadczenia z żeglugą morską. W wielu rejsach uczestniczą osoby, dla których łódź Kowalika jest pierwszą, na której postawili stopę. Szczury lądowe wymagają dokształcenia.
– Każdy rejs zaczynam od przekazania załodze teoretycznych i praktycznych reguł prowadzenia jachtu. Ja i moi instruktorzy uczymy zasad bezpieczeństwa i przepisów obowiązujących na wodzie – mówi Kowalik.

Zanim jednak wraz z załogą odbiją od brzegu, muszą zaopatrzyć się w paliwo, żywność i wodę pitną. Tej ostatniej musi wystarczyć na 4-5 dni na wypadek, gdyby łódź zmuszona była pozostać na pełnym morzu przez dłuższy czas.
– Większość osób, która świadczy takie usługi, pasjonuje się żeglarstwem. To ludzie, którzy znają się na rzeczy i wiedzą, z jakimi zagrożeniami może wiązać się taki rejs. Dlatego jacht i załoga podlegają ubezpieczeniu, a trasa jest dopasowywana do pogody i umiejętności załogi – mówi Kowalik.

Kapitan musi lubić ludzi. Przyjdzie mu w końcu spędzać czas w bliskości nieznanych wcześniej osób, a jachtowa codzienność wiąże się z dzieleniem między siebie niedużej przestrzeni.
Właściwie to tylko raz zdarzyło się, że nie mogłem się dogadać z jednym z członków załogi – wspomina Kowalik. – Większość moich klientów to ludzie w wieku do 40 lat, z reguły osoby wykształcone, często przedsiębiorcy. Z wieloma z nich nawiązałem bliższą znajomość. Zaprzyjaźnieni klienci chętnie wracają.

Żeglarze, którzy decydują się na otwarcie własnej firmy oferującej rejsy turystyczne, to doświadczone wilki morskie. Obycie na różnych akwenach i międzynarodowych portach daje ich biznesowi know-how, o którym początkujący mogą tylko marzyć. Wprawieni żeglarze wiedzą, w którym porcie warto zimować łodzie, która przystań świadczy najlepsze usługi serwisowe, gdzie najlepiej zaopatrywać się w żywność i paliwo. To bezcenna wiedza, ale zdobyć ją można tylko przez lata praktyki.

Biznesowe realia z czasem pokazują przedsiębiorcy, co w jego firmie funkcjonuje należycie, a jakie sprawy wymagają zmian. Doświadczenie na rynku „wodnej rekreacji” stało się też udziałem Marka Wiącka, właściciela wypożyczalni skuterów wodnych A.H. Amigo. Na początku swojej działalności jego firma była jedną z wielu wypożyczalni ulokowanych nad Zalewem Zegrzyńskim, gdzie tłumy warszawiaków spędzają wolny czas w słoneczne weekendy. Z czasem okazało się, że konkurencja wymaga wymyślenia czegoś więcej.
– Sezon na skutery wodne trwa krótko, od maja do września. Wypożyczalnie są zmuszone płacić  wysokie czynsze dzierżawy terenu, a pogoda jest kapryśna. Ci, którzy naprawdę znają się na tym sporcie, są zwykle zamożni i kupują własny sprzęt. Nad Zegrzem często zdarzało się, że klienci przychodzili wypożyczyć skuter, będąc „na podwójnym gazie” – mówi Marek Wiącek. – To wszystko skłoniło mnie do zmiany koncepcji biznesowej. Nadal prowadzę wypożyczalnię, ale przeniosłem się do lokalu w Piasecznie. Udostępniam skutery wodne wraz z przyczepami samochodowymi. Klienci odbierają sprzęt z wypożyczalni i w umówionym terminie odwożą go z powrotem. Oszczędzam na kosztach dzierżawy i nie muszę całego czasu spędzać nad wodą.

Ludzie biznesu, którzy dysponują nieco większym kapitałem, mogą też rozważyć budowę własnej przystani żeglarskiej. Inwestycja tego rodzaju wymaga jednak wielomilionowych nakładów związanych z budową obiektów turystycznych i dzierżawą gruntu, a poza tym wiąże się z koniecznością pozyskania wielu rozmaitych zezwoleń. O tym, jak bardzo mogą one zatruć życie inwestorom, przekonał się żeglarski mistrz olimpijski, Mateusz Kusznierewicz.

Sportowiec przed kilkoma laty postanowił wraz ze wspólnikiem wybudować kompleks rekreacyjno-sportowy nad Jeziorem Karińskim w Swornychgaciach pod Chojnicami. Inwestycja, która pochłonęła ponad 35 mln zł, miała promować gminę i stać się jednym z większych polskich centrów żeglarskich przed Euro 2012. „Przystań Kusznierewicza” otwarto w połowie 2009 roku, ale radość właścicieli trwała krótko. Powiatowy Nadzór Budowlany zarzucił inwestorom, że nie wystąpili o pozwolenie na budowę pomostu, którego... jeszcze nie zaczęli budować. Jakby tego było mało, niedługo potem swoje zastrzeżenia zgłosiła Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, twierdząc, że podczas budowy przystani wycięto trzciny, które stanowiły miejsca bytowania i lęgu chronionych gatunków ptaków. I niespecjalnie interesowały ją tłumaczenia inwestorów, że niedługo przedtem to samo miejsce było namiętnie rozjeżdżane przez samochody podczas rajdów terenowych.

Z pewnością mniejsze biznesy, takie jak szkoły żeglarskie i wypożyczalnie sprzętu wodnego, nie są skazane na tułaczkę w aż tak gęstym labiryncie przepisów prawnych. Niezależnie jednak od wybranej działalności, lepiej zawsze dwa razy rozważyć szanse na wcielenie biznesplanu w życie, bo nawet na najlepszej koncepcji można wyjść, nie przymierzając, jak Zabłocki na mydle. Innymi słowy, spłukanym.