19.07.2016

Mamuśka zwija franczyzę

Firma Mamuśka The Cheesecake Shop odkupuje cukiernie od franczyzobiorców. W Polsce sieć nie będzie już rozwijać się we franczyzie. Co zawiodło?

Mamuśka The Cheesecake Shop do tej pory w Polsce równolegle rozwijała sieć cukierni franczyzowych i własnych. Franczyzobiorcy mogli otwierać albo lokale nastawione tylko na sprzedaż, albo połączone z kawiarnią. Ostatnio sieć liczyła blisko 20 punktów. Czemu franczyzodawca zdecydował o rezygnacji z franczyzy?
– Nasze punkty franczyzowe nie były prowadzone tak, jak życzył sobie właściciel marki – mówi Łukasz Banaszak ze spółki Tatuś, masterfranczyzobiorcy Mamuśka The Cheesecake Shop. – Na przykład produkty różniły się wyglądem w poszczególnych placówkach.
Franczyzodawca zdecydował, że odkupi od franczyzobiorców ich placówki i przekształci je w jednostki własne. W tej chwili ten proces już dobiega końca.
– Spośród siedmiu franczyzowych cukierni pozostała do wykupienia jeszcze tylko jedna – dodaje Łukasz Banaszak.
Punkty mają nadal funkcjonować w tych samych miejscach. Niewykluczone jednak – jak nas poinformowano – że firma zdecyduje się na zmianę logo.

Pracownica cukierni trzymająca tort Fot. Mamuśka The Cheesecake Shop

Mamuśka Cheesecake Shop to jedna z najstarszych franczyz na naszym rynku. Firma ma swoje korzenie w Australii, gdzie w 1991 roku polscy imigranci, bracia Konopaccy, uruchomili sieć franczyzowych ciastkarni.

Mamuśka Cheesecake Shop to jedna z najstarszych franczyz na naszym rynku. Firma ma swoje korzenie w Australii, gdzie w 1991 roku polscy imigranci, bracia Konopaccy, uruchomili sieć franczyzowych ciastkarni. W 1998 roku koncept trafił do Polski, gdzie masterfranczyzobiorcą została właśnie spółka Tatuś. Na polskim rynku marka borykała się m.in. z problemem nieuczciwej konkurencji (firma zarzucała jednemu z konkurentów skopiowanie pomysłu na biznes).
Oprócz Polski i rodzimej Australii (gdzie działa ponad 200 ciastkarni) koncept rozwija się też m.in. w Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii. Wszędzie poza Polską franczyza nadal będzie funkcjonować. Dlaczego u nas sie nie sprawdziła?

Trzeba umieć zarządzać

Podstawą franczyzy jest utrzymywanie w całej sieci tych samych standardów i zapewnienie tej samej jakości – i produktów, i usług. To na franczyzodawcy spoczywa obowiązek, by tego dopilnować. Owszem, zdarza się trafić na nieodpowiedniego franczyzobiorcę, ale trzeba mieć wyjątkowego pecha, by nagle wszyscy biorcy okazali się partaczami. Jak mówi Wojciech Goduński, właściciel firmy Wojtex, franczyzodawca kilku marek gastronomicznych (m.in. pizzerie Biesiadowo, kawiarnie Coffeeloffee, lodziarnie Mangatto) – wszystko jest kwestią odpowiedniego zarządzania.
– Niektóre sieci, najczęściej małe albo początkujące, szukają oszczędności, ograniczając dział kontroli. Ale to są niemądre oszczędności. Taka polityka nie pozwoli franczyzodawcy długo przetrwać – uważa Wojciech Goduński.
Jego zdaniem, w przypadku gastronomii jednym z gwarantów tego, że we wszystkich punktach sieci produkty będą tej samej jakości, jest centralne zaopatrzenie, które zapewnia wszystkim lokalom produkty tego samego rodzaju i jakości. Ale nie zapewni już np. że we franczyzowym lokalu do pizzy czy ciasta trafi dokładnie tyle danego produktu, ile jest określone w podręczniku operacyjnym.
– Kontrole, sprawdzające utrzymywanie standardów w lokalach, są niezbędne – podkreśla Wojciech Goduński. – My mamy kilkuosobowy dział kontroli, który cyklicznie sprawdza wszystkie lokale. Oprócz tego impulsem do kontroli są reklamacje, które docierają do nas od klientów. Nie lekceważymy ich, bo to ważne sygnały. Są restauracje, do których nigdy nie mieliśmy zastrzeżeń. Ale są i takie, gdzie franczyzobiorcy próbują robić coś po swojemu, bo uważają, że wiedzą lepiej. Albo np. pizzermen ma własne pomysły na udoskonalanie pizzy. Po każdej kontroli sporządzany jest protokół. Nasi kontrolerzy są też szkoleniowcami, od razu na miejscu wskazują, co jest źle i jak można to naprawić. Staramy się nie stosować kar finansowych, dajemy czas i szansę na poprawę. Ale jeśli trzykrotnie stwierdzimy uchybienia, rozwiązujemy umowę z takim franczyzobiorcą. Niech wprowadza swoje pomysły, ale nie pod naszą marką.

Jasne zasady

Zdaniem Łukasza Jaremy, prezesa spółki Stara Pączkarnia (franczyzowe cukiernie wypiekające i sprzedające pączki), często franczyzodawcy popełniają błędy już na starcie.
– Jeśli jesteśmy przekonani o wartości naszego biznesu, mamy dopracowany koncept to wtedy weryfikacja biorców jest taka, jak powinna być: konkretnie omawiamy wszystkie warunki, nie idziemy na kompromisy – tłumaczy Łukasz Jarema. – Natomiast jeśli koncept jest niedopracowany, a licencjodawcy zależy na znalezieniu biorców za wszelką cenę, to zaczynają się problemy. Brak jest konkretnych wymagań i oczekiwań, pozostają niedomówienia, deklaracje w stylu dogadamy się, zbyt duże pole do swobodnej interpretacji. Franczyzobiorca działa więc z dużą swobodą. W którymś momencie jego poczynania są blokowane przez franczyzodawcę. Obie strony zaczynają mieć pretensje, i obie strony słusznie. Gastronomia to generalnie trudna branża, a prowadzenie sieci franczyzowej to dodatkowe wyzwanie. Nie każdy, kto jest dobrym gastronomem, jest też dobrym przedsiębiorcą.
Od franczyzobiorców Starej Pączkarni licencjodawca wymaga, by nie byli wyłącznie inwestorami, ale też osobiście angażowali się w prowadzenie biznesu.
– Sami muszą pracować w pączkarni, to nie może być dla nich tylko dodatkowe źródło dochodu – podkreśla Łukasz Jarema.