01.11.2016

Branża, która ożywa w weekend

Jak się okazuje, w soboty największy utarg notują nie tylko galerie handlowe i kluby nocne. Sobota to dzień, kiedy najczęściej organizuje się pogrzeby i stypy, a domy pogrzebowe oraz sprzedawcy zniczy i wiązanek mogą zarobić tyle, co w trakcie całego tygodnia.

To, co dla jednych jest tragedią, dla innych jest sposobem na zarabianie. Obsługa śmierci to taki sam biznes jak gastronomia czy odzieżówka. Działając w gastronomii można prowadzić fast food, restaurację typu premium albo produkować plastikowe sztućce. Tak samo jest w przypadku firm oferujących usługi pogrzebowe: jedni zajmują się kamieniarstwem albo sprzedażą zniczy, a inni prowadzą zakład pogrzebowy lub przerabiają samochody osobowe na karawany. Przewagą branży pogrzebowej jest stały, stabilny dopływ klientów. Wielu twierdzi, że specyfika branży nie pozwala jej odczuć kryzysu.

Palące się znicze Fot. PROFIT system/Pawka

Właściciele zakładów pogrzebowych mogą zarobić ok. 1 tys. zł na każdym pogrzebie. Czasami jednak rodziny nie chcą po pogrzebie zapłacić za niektóre usługi, bo twierdzą, że na przykład wiązanka kwiatów nie była taka, jaką zamawiali. Trudno wtedy zmusić klienta do zapłacenia. Podobne sytuacje zdarzają się jednak rzadko, bo rodzina zmarłego otrzymuje pieniądze na pochówek z ZUS-u, a pieniędzy darowanych mniej szkoda.

Pogrzeb jak wesele

Sarmacką zasadę: zastaw się, a postaw się stosuje się głównie przy organizacji wesel, w trakcie których goście mają zobaczyć, że gospodarze to osoby majętne. Suto zastawiony stół, drogie ozdoby i przykuwające wzrok piękne wnętrza to tylko niektóre elementy tradycyjnej polskiej biesiady. Ten sam sarmacki zwyczaj pojawia się przy innych okazjach, a jedną z nich jest pogrzeb bliskiej osoby. Oszczędzanie na pochówku bowiem to rzadkość. Często zdarza się, że jeszcze za życia oszczędzamy na własny pogrzeb.

Ludzie nie chcą obciążać rodziny kosztami związanymi z zorganizowaniem pochówku – tłumaczy dr Mariusz Kosieradzki, socjolog ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. – Z drugiej strony istnieje obawa, że zostaniemy sami. Wtedy pojawia się wizja komunalnego pogrzebu. Właśnie z tego powodu często na cmentarzach spotyka się już wykupione groby z imieniem i nazwiskiem oraz datą urodzenia. Wielokrotnie zdarza się, że są to groby wykonane z najdroższych kamieni.

Często chodzi o pokazanie, że rodzinę i samego zmarłego stać na godny pochówek. W rozumieniu niektórych godny znaczy najdroższy. Korzystają z tego zakłady pogrzebowe, które organizują pogrzeby nawet za kilkanaście tysięcy złotych i nie wynika to wcale z windowania cen, ale raczej z chęci tzw. pokazania się. Tak samo jak para młoda nie żałuje na wesele, tak rodzina zmarłego też nie zamierza oszczędzać. – Śmierć dla wierzących jest również w pewnym sensie weselem, spotkaniem z Bogiem – dodaje Mariusz Kosieradzki.

Rynek nasycony

Przedsiębiorcy, którzy chcą prowadzić własny biznes pogrzebowy, nie będą mieli łatwo. Rynek jest już opanowany przez działające firmy i nowej trudno jest wygrać z silną konkurencją.

Rozpoczęcie działalności w branży pogrzebowej w dzisiejszych czasach jest trudne, ale nie niemożliwe – mówi właściciel jednego ze śląskich domów pogrzebowych. – Zakłady pogrzebowe, które obecnie funkcjonują, to firmy założone na przełomie lat 80. i 90. Żeby zaistnieć, trzeba kupić już istniejącą. Sam zająłem się grzebaniem ludzi po rozmowie z księdzem, który stwierdził, że ludzie umierali, umierają i będą umierać, więc zleceń nigdy nie braknie.

Zdaniem doświadczonych przedsiębiorców, żeby przebić się z ofertą, trzeba mieć znajomości. Rodzina w chwili śmierci bliskiej osoby nie będzie długo zastanawiać się nad wyborem zakładu pogrzebowego i skorzysta z tej wizytówki, która akurat jako pierwsza wpadnie w jej ręce. Najczęściej kontaktem do firm pogrzebowych dysponują pielęgniarze lub laboranci w prosektorium, dlatego warto żyć z nimi w zgodzie i raz na jakiś czas wynagrodzić finansowo za polecenie naszego zakładu. Nie są to działania niedozwolone, ale dla niektórych nie do końca zgodne z zasadami etyki. Ale jeśli chce się konkurować z innymi firmami pogrzebowymi, trzeba się dostosować.

Biznes pogrzebowy to specyficzna branża. Dzisiaj nie brakuje zleceń, bo odczuwamy efekt wyżu demograficznego sprzed 60-65 lat. Umierają osoby urodzone po II wojnie światowej – twierdzi właściciel domu pogrzebowego.

Właściciel firmy pogrzebowej nie może być osobą przypadkową. Nie jest to zajęcie dla kogoś ze słabą psychiką. Często się zdarza, że trzeba pochować kilkuletnie dziecko albo własnego znajomego. Praca w branży wymaga uodpornienia się i ograniczenia do minimum okazywania swoich emocji. Trzeba też przyzwyczaić się do nietypowych zachowań klientów.

Zdarzyło się kiedyś, że syn położył się w 30 trumnach, żeby sprawdzić, w której ojciec będzie się najlepiej „czuł”. Jak się okazało, miało to swój sens, bo zmarły ważył ponad sto kilo i mogliśmy przygotować dla niego większą trumnę. Nie wszyscy informują o gabarytach chowanej osoby i wtedy bywa, że ciało trzeba wręcz upychać w trumnie – mówi pracownik domu pogrzebowego. – Innym razem rodzina przywiozła na tylnym siedzeniu samochodu zwłoki babci, której pochowanie chcieli zlecić właśnie nam. Wieźli zmarłą kilkadziesiąt kilometrów.

Najwięcej pracy zakłady pogrzebowe mają w sobotę. Wtedy odbywa się najwięcej pogrzebów i styp. Na początku weekendu firmy pogrzebowe przeżywają prawdziwe oblężenie. Polacy od wieków wierzą, że ciało nie może czekać na pochówek do poniedziałku, bo wtedy śmierć jednej osoby rodziny pociągnie za sobą kolejne.

Właściciele zakładów pogrzebowych mogą zarobić ok. 1 tys. zł na każdym pogrzebie. Czasami jednak rodziny nie chcą po pogrzebie zapłacić za niektóre usługi, bo twierdzą, że na przykład wiązanka kwiatów nie była taka, jaką zamawiali. Trudno wtedy zmusić klienta do zapłacenia. Podobne sytuacje zdarzają się jednak rzadko, bo rodzina zmarłego otrzymuje pieniądze na pochówek z ZUS-u, a pieniędzy darowanych mniej szkoda.

Mimo zmiany trendów pogrzebowych i rosnącej popularności kremacji nadal najbardziej popularne pozostaje grzebanie zmarłych.

Statystyki mówią, że więcej zmarłych kremuje się w dużych miastach – mówi Tomasz Salski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Funeralnego i współwłaściciel zakładu pogrzebowego Klepsydra. – Sądzę, że rosnące zainteresowanie kremacją to wynik zmiany poglądów – taki pogrzeb wydaje się bardziej estetyczny.

Kremacja to także oszczędność – urny są tańsze, a prochy można przewieźć własnym samochodem, zamiast wynajmowania karawanu. Poza tym w jednej urnie mogą znajdować się prochy kilku zmarłych. Przeszkodą w kremowaniu zwłok jest nadal niewielka liczba krematoriów w Polsce. Koszt zbudowania jednego wynosi co najmniej milion złotych.

Inwestorzy zagraniczni

Kiedy wydaje się, że nie da się już poszerzyć oferty świadczonych usług, warto poszukać inspiracji za granicą. Dlatego często zagraniczni biznesmeni dostrzegający lukę w którymś kraju właśnie tam próbują swoich sił. Tak było w przypadku Vincenzo Marino z Włoch, właściciela firmy NewFCA.

Polacy i Włosi są do siebie bardzo podobni. Łączy nas nie tylko to, że jesteśmy katolikami – mówi Marino Vincenzo. – Wspólny jest też sposób traktowania zmarłych i chęć utrwalania w naszej pamięci wizerunku tych, którzy odeszli. Dlatego zdecydowałem się rozpowszechnić w Polsce sztukę fotoceramiczną, która u was nie jest jeszcze tak znana jak na Półwyspie Apenińskim.

Początki fotoceramiki to XIX wiek. Inaczej nazywana fotografią nagrobkową stała się bardzo popularna, głównie we Francji. Jednak w tamtych czasach tylko najbogatsze rodziny mogły sobie pozwolić na taką formę utrwalenia pamięci bliskich. Fotografię nakładaną na porcelanę wypala się w piecu przy zachowaniu odpowiedniej temperatury – ok. 900 stopni Celsjusza. Od 1975 roku zaczęto wypalać kolorowe zdjęcia. Praca była mozolna, bo wszystkie czynności wykonywano ręcznie.

Dzisiaj jesteśmy w stanie zrealizować zlecenie w ciągu jednego dnia – twierdzi Marino Vicenzo. – Miesięcznie wyrabiamy średnio 2-3 tys. ceramicznych wizerunków. Wydatek, z jakim trzeba się liczyć, to co najmniej 90 zł za zdjęcie czarno-białe i 160 zł za zdjęcie kolorowe.

Kilka lat temu we Włoszech wprowadzono administracyjny zakaz budowy monumentalnych pomników, które zajmowały zbyt dużą powierzchnię Zdaniem włoskich urzędników cmentarz to nie miejsce pokazywania zasobności portfela. Ograniczenia związane z wielkością stawianego pomnika okazały się korzystne dla firmy NewFCA. Ludzie zaczęli częściej składać zamówienia – nie tylko na zwykłe ceramiczne zdjęcia. Modne stały się całe tablice, na których zdjęcie stanowiło wyłącznie niewielką część. Pozostałe elementy to na przykład rzeźby Chrystusa, świętych oraz ornamenty zdobiące całą tablicę.

Zakładam, że to, co sprawdziło się na włoskim rynku, na stałe również wpisze się w obraz polskiego cmentarza – mówi Vincenzo Marino. – Fotoceramika to swoiste zwieńczenie pomnika. Zdarzali się klienci, którzy jeszcze za życia robili sobie zdjęcia na nagrobek. Pewien pan specjalnie wybrał się nad wodospad Niagara, żeby sfotografować się na jego tle.

Small biznes

1 listopada to nie tylko święto pamięci o naszych bliskich, lecz także święto sprzedawców zniczy, wieńców i innych cmentarnych „gadżetów”. Na przełomie października i listopada sprzedaje się prawie 300 milionów zniczy.

Sprzedaż przycmentarna jest zajęciem sezonowym – twierdzi Maria Sipak, która prowadzi sklep od ponad 10 lat. – Oprócz we Wszystkich Świętych, wysokie obroty notujemy jeszcze w Wielkanoc. Polacy częściej wówczas niż w Boże Narodzenie odwiedzają groby bliskich. Najgorzej jest w dni powszednie, kiedy ruch zamiera.

Ceny zniczy wahają się od 1,5 zł do 50 zł, a wiązanki od 15 do kilkuset złotych. Im większe miasto, tym więcej zapłacimy za ozdobienie grobu. Prawdziwym dramatem dla sprzedawców są tzw. hieny cmentarne, które kradną z nagrobków znicze, kwiaty i rzeźbione części pomnika. Takie zachowania sprawiają, że kupujący rezygnują z droższych pomników i innych ozdób w obawie przed kradzieżą i wandalizmem. Zarządcy niektórych cmentarzy, w tym poznańskiego Miłostowa, zdecydowali się na instalację systemu monitoringu. Ma to zapobiec kradzieżom, a pośrednio wpłynie na wyższe dochody sprzedawców, bo klienci kupią na grób droższe wiązanki i znicze.

Waldemar Makowski prowadzi swoją firmę w Tomaszowie Mazowieckim. Zajmuje się wytłaczaniem napisów na nagrobkach. To praca cechująca się dużą sezonowością, martwy okres to miesiące zimowe, bo nikt wtedy nie stawia pomników.

Rodziny czekają na wiosnę. Dopiero wtedy napływają zlecenia, które uzbierały się od listopada – mówi Waldemar Makowski. – Moja praca przypomina zajęcie grafika, a nieodłącznym narzędziem jest komputer i ploter. Klienci mają czasem bardzo wyszukane pomysły dotyczące ozdobienia kamieni. Bywa, że przychodzą i opowiadają mi swoją wizję, a ja ją potem za pomocą programu graficznego urzeczywistniam – dodaje.

Dodatkowo niezbędna do wykonywania nagrobkowych napisów i ozdób jest maszyna do piaskowania, która kosztuje co najmniej 5 tys. zł. Urządzenie wyrzuca pod ciśnieniem piasek wytłaczający w kamieniu płytkie zagłębienia w kształcie, jaki został wcześniej naklejony na płytę. Naklejkę drukuje ploter na podstawie wykonanego projektu graficznego. Wytłoczony kształt można malować lub ozdabiać złotem. W tym celu 24-karatowe złoto z niewielkich plastrów wciera się w przygotowane zagłębienia.

Zdobienie kamieni za pomocą piaskarki kosztuje mniej więcej 500 zł – informuje Makowski. – Natomiast cena napisu złożonego z mosiężnych liter mocowanych na grobie zależy oczywiście od długości słów. Za jedną literą trzeba zapłacić 1,5 zł, w większym mieście, na przykład w Łodzi litera kosztuje już 3 zł.

Limuzyną w ostatnią drogę

Zakład pogrzebowy nie może istnieć bez karawanu pogrzebowego, który zawiezie trumnę ze zwłokami w miejsce pochówku. Znane marki samochodowe nie zajmują się na szeroką skalę produkcją karawanów. Pozostaje zatem przerobienie pojazdu.

Jeśli chodzi o zabudowy pogrzebowe, to należy rozróżnić dwa rodzaje przeróbek: samochody, w których dokonuje się tylko adaptacji wnętrza, oraz przeróbki samochodów typu kombi – wymienia Jerzy Babiel, właściciel firmy Bautex wykonującej zabudowy. – Wszystkie samochody pogrzebowe podlegają przepisom sanitarnym i komunikacyjnym, a w dowodzie rejestracyjnym musi znajdować się zapis: „pojazd specjalny pogrzebowy”.

Oznacza to, że wykonania niezbędnych przeróbek nie można zlecić fachowcowi, jeśli ten nie posiada odpowiednich uprawnień. W wypadku nowego samochodu firma zabudowująca musi posiadać homologację Ministerstwa Infrastruktury, która dotyczy konkretnej marki auta i modelu. Prawo do wykonywania tego typu przeróbek w samochodach używanych mają za to pozostali przedsiębiorcy działający w branży.

Karawan powinien spełniać szereg norm, w tym musi m.in. być oznakowany, mieć zmywalną podłogę, być dezynfekowany w określonych przez Sanepid okolicznościach oraz mieć odizolowany przedział trumienny od części pasażerskiej.

Wnętrze pojazdu wykonuje się głównie z materiałów zmywalnych, takich jak laminat, a także ze stali nierdzewnej – wyjaśnia Jerzy Babiel. – Poza tym trumna musi być zabezpieczona w trakcie jazdy odpowiednim urządzeniem, dlatego trzeba zainstalować specjalne pasy. Wykonanie wszystkich przeróbek może trwać od dwóch dni do nawet czterech tygodni w zależności od pojazdu i zmian, które trzeba wprowadzić.

Koszt wykonania zabudowy pogrzebowej wynosi co najmniej 4,5 tys. zł.

Branża się lansuje

Raz na dwa lata przedstawiciele branży pogrzebowej spotykają się na Targach Funeralnych Memento. Dwudniowe spotkanie gromadzi wystawców świadczących szereg usług, w tym producentów trumien, chłodni, urn, karawanów pogrzebowych, a nawet firm zajmujących się sprzedażą odzieży dla zmarłych.

W trakcie targów ok. 2 tys. zwiedzających i kilkudziesięciu wystawców może wymienić się doświadczeniami i kontaktami – mówi Tomasz Salski. – Oprócz zwiedzania poszczególnych stoisk, zainteresowani mogą wziąć udział w szkoleniach, na przykład florystycznym lub w zakresie balsamowania zwłok.

Spotkania branżowe to także okazja do zapoznania się z nowościami oferowanymi przez inne firmy. O ile od kilku lat na rynku powszechnie dostępne są sprowadzane z Chin grające znicze i nagrobki w cenie 2 tys. zł, o tyle oferta amerykańskich zakładów pogrzebowych w zakresie kremacji nie jest jeszcze znana. Amerykańskie firmy przyjmują zlecenia na dość oryginalny sposób żegnania się ze zmarłymi. Trudno tu jednak mówić o żegnaniu się, kiedy po kremacji prochy poddawane są obróbce termicznej, a w konsekwencji zamieniają się w noszony na szyi diament. Za taką usługę trzeba zapłacić od 2 do 20 tys. dolarów. Równie efektowną usługą jest zamawianie obrazu powstałego z farby zmieszanej z prochami. Zleceniodawca może zażyczyć sobie dowolny temat obrazu, który będzie się kojarzył ze zmarłą osobą.

Koszt udziału w targach pogrzebowych wynosi ok. 65 euro za 1 m2 stoiska.

Cena zależy od rodzaju zabudowy, jej lokalizacji w hali targowej oraz typu stoiska – wyjaśnia Tomasz Salski. – W Polsce działa ponad 2,5 tys. przedsiębiorców pogrzebowych, a tego typu targi to szansa zaistnienia i poznania oferty konkurencji.

Zarabianie na umieraniu to niełatwy biznes, nawet dla doświadczonych przedsiębiorców. Najłatwiej zaistnieć w branży, przejmując firmę po rodzicach. Jak w każdym interesie ważny jest stały klient. W przypadku firm pogrzebowych takim klientem będą rodziny zadowolone ze współpracy przy okazji pochówku swoich bliskich. Lojalność takich klientów jest bardzo wysoka. Ważna jest też atmosfera, jaka panuje na lokalnym rynku. Do nierzadkich należą wojny między zakładami pogrzebowymi. Podpalenia i zastraszanie to tylko niektóre ze sposobów pozbycia się konkurencji. Ale skoro między firmami panuje tak silna rywalizacja, to znaczy, że gra jest warta świeczki.

Udostępnij artykuł

Komentarze na forum

0