<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<feed xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" xml:lang="pl-pl">
    <title>Biznes style - Franchising.pl</title>
    <subtitle>Pomysły na własny biznes</subtitle>
    <updated>2012-03-27T00:00:00+01:00</updated>

    <icon>http://franchising.pl/favicon.ico</icon>
    <logo>http://franchising.pl/usr/images/logo.png</logo>

    <author>
    <name>Franchising.pl</name>
    <uri>http://franchising.pl/</uri>
    <email>redakcja@franchising.pl</email>
    </author>

    <generator uri="http://iworks.pl/" version="0.3.1">iworks 2 profitsystem frontend generator</generator>

    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/" />
    <id>http://franchising.pl/feed/moja-firma/biznes-style/</id>
    <link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://franchising.pl/feed/moja-firma/biznes-style/" />
    <rights>(c) 2005-2011 Profit System Sp. z o. o.</rights>

                        <entry>
    <title>Narzędzie pracy i gadżet w jednym</title>
    <id>http://franchising.pl/6823/narzedzie-pracy-gadzet-jednym/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6823/narzedzie-pracy-gadzet-jednym/" />
    <updated>2012-03-27T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Mieczysław Jastrun pisał, że technika nie zastąpi braku wyobraźni. Słowa poety to mądra przestroga, ale nie oszukujmy się – trudno dziś spotkać człowieka biznesu, który byłby wolny od słabości do technicznych nowinek. </p>
    <img src="http://images.franchising.pl/560/856/internet_komputer_s.jpg" alt="Użytkownik komputera pisze na klawiaturze." />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Mieczysław Jastrun pisał, że technika nie zastąpi braku wyobraźni. Słowa poety to mądra przestroga, ale nie oszukujmy się – trudno dziś spotkać człowieka biznesu, który byłby wolny od słabości do technicznych nowinek. </strong></p><p>Niektóre urządzenia rzeczywiście ułatwiają codzienną pracę, inne dodają użytkownikom blichtru i pozwalają im dostrzec błysk zazdrości w oczach kontrahentów. Niezależnie od tego, czy chcemy ułatwić sobie życie, czy kierują nami snobistyczne pobudki, warto zerknąć, co jest obecnie na rynkowym topie.</p>

<h4>Apple rozdaje karty</h4>
<p><i>– Dzisiaj najcenniejszy jest czas. Nowatorskie rozwiązania technologiczne są zawsze pewnym luksusem, ale jeśli używamy ich z korzyścią dla czasu, to nie powinniśmy z nich rezygnować. Zaoszczędzony czas  można poświęcić na kreatywne rozwijanie firmy</i> – mówi Marcin Konieczny, dyrektor ds. PR Partner Team, firmy zarządzającej sieciami salonów komputerowych Divicom oraz Open IT.</p>

	<p>Struktura sprzedaży sprzętu elektronicznego w tych sieciach pozwala wyłonić jednoznacznego lidera wśród producentów najpopularniejszych urządzeń dla przedsiębiorców. Równych sobie nie mają produkty spod znaku amerykańskiej korporacji Apple Inc., kierowanej przez menedżerską legendę – Steve'a Jobsa. Mistrz marketingowego picu od kilku lat zaskarbia sobie coraz większą rzeszę fanów i klientów, podważając hegemonię rynkową Microsoftu. </p>

	<p>Niekwestionowanym numerem jeden na półce z przenośnymi komputerami osobistymi jest MacBook Air. Pierwszy raz na rynku pojawił się w 2008 roku, a niedawno do sklepów trafiła jego trzecia wersja. Cóż niezwykłego jest w tym urządzeniu? Odpowiedź jest prosta – chodzi o jego wymiary. Komputer ma 11- bądź 13-calowy ekran przy grubości 17 milimetrów. Taki „zeszyt” zmieści się wszędzie: do aktówki, plecaka, damskiej torebki. Oczywiście, coś za coś – atrakcyjną linię komputera udało się osiągnąć pokaźnie, ograniczając zawartość jego wnętrza. Najbardziej uciążliwy  może okazać się brak stacji dysków CD/DVD. Bez obaw jednak, zewnętrzny dysk na USB można dokupić. </p>

	<p>Firma Apple rozdaje karty również wśród dostępnych na rynku telefonów. Jednym ze sztandarowych produktów koncernu stał się iPhone, którego najnowsza wersja należy już do czwartej generacji tego sprzętu. Kupując smartfon iPhone 4, otrzymujemy zarówno telefon, kamerę wideo, urządzenie z dostępem do sieci, jak i do iPoda, czyli  odtwarzacza plików dźwiękowych Apple. O ile jednak Apple ceniony jest za atrakcyjną stronę wizualną swoich produktów i bardzo intuicyjny intefejs użytkownika, o tyle iPhone 4 ergonomią nie grzeszy. Niedawno na stronach producenta pojawiły się materiały instruktażowe, jak należy ten sprzęt prawidłowo... trzymać. Okazało się bowiem, że nieumiejętny chwyt wielofunkcyjnego telefonu prowadzi do przykrycia anten umieszczonych w obudowie. Na szczęście braki techniczne gadżet nadrabia swoim wyglądem. Wystarczy, że znajdziemy dla niego stałe miejsce na półce z ulubionymi rzeczami – o żadnych usterkach nie będzie mogło być mowy, za to nasze otoczenie zyska atrakcyjną ozdobę. </p>

<h4>Gadżety dla moli</h4> 
<p>Skoro mamy już na czym przygotowywać ofertę dla naszych klientów, a także weszliśmy w posiadanie  niebanalnego telefonu, możemy zacząć się rozglądać za dodatkowym wyposażeniem. Jeśli sporo czasu spędzamy w podróżach służbowych, warto rozważyć zakup e-czytnika. Urządzenia te wykonane są w technologii e-papieru, dzięki czemu wyświetlacz nie promieniuje własnym światłem, jak np. popularne LCD, przez co nie obciąża wzroku. Niestety, ten sam atut przeradza się w dyskomfort, kiedy nie mamy wystarczającego źródła światła. To tak, jakby chcieć czytać książkę w ciemnym pokoju. Jednym z najpopularniejszych na rynku czytników jest Kindle firmy Amazon, która za jego pośrednictwem oferuje dostęp do pokaźnej bazy swoich e-booków. </p>

<h4>Biznes lubi mini</h4>
<p>Żaden prawdziwy gadżeciarz nie zadowoli się tylko telefonem, komputerem i tabletem, nawet jeśli wszystkie te sprzęty wyprodukowała najmodniejsza na rynku firma, a na dodatek reprezentują najmłodsze pokolenie w swojej klasie. Prawdziwy blask technicznych nowinek kryje się tam, gdzie przeciętny użytkownik nowych technologii nawet nie próbowałby go szukać. </p>

	<p>Sekret tkwi w miniaturyzacji. Wyobraźmy sobie, że wybieramy się do klienta, by zaprezentować mu naszą usługę. Już przygotowujemy się do wyświetlenia slajdów, kiedy rzutnik odmawia posłuszeństwa. Jeśli dodatkowo prezentację przynieśliśmy na podręcznej pamięci USB, to wydawać by się mogło, że z pokazu slajdów nici. Cóż, nic podobnego, jeśli zaopatrzymy się wcześniej w przenośny projektor. Takie urządzenie proponuje firma Optoma. Minirzutnik mieści się w kieszeni, waży niewiele ponad 100 gramów i kosztuje w granicach 800 zł.</p> 

	<p>Gdy po udanym spotkaniu powrócimy do biura, warto będzie zarchiwizować zdobyte na wizytówkach dane kontaktowe naszych kontrahentów. Tu również z pomocą przybędzie nam kolejny elektroniczny gadżet. Firma DYMO, lider rynku urządzeń etykietujących, proponuje wykorzystanie systemu CardScan. Niewielki skaner wizytówek wsparty przez stosowne oprogramowanie przenosi dane kontaktowe do komputera, gdzie możemy nimi zarządzać, wysłać dalej do przenośnych urządzeń, palmtopów i smartfonów, a także wydrukować w formie etykiety drukarką LabelWriter. </p>

	<p><i>– Z badań konsumenckich prowadzonych przez Newell Rubbermaid wynika, że zapotrzebowanie na rozwiązania służące tworzeniu profesjonalnych opisów w środowisku pracy nieustannie wzrasta</i> – mówi Agnieszka Dyktyńska, trade marketing manager w Newell Rubbermaid Poland, odpowiedzialna za rozwój produktów DYMO na rynkach Europy Wschodniej. <i>– Istotne staje się także posiadanie gamy współpracujących urządzeń jako gotowego rozwiązania dla użytkownika. Przykładem może być tutaj współpraca drukarek etykiet DYMO z systemem do zarządzania kontaktami CardScan.</i></p>

<h4>Obciach i kaplica</h4>
<p>Miłośnicy  sprzętu elektronicznego na każdym kroku powinni zadawać sobie pytanie, czy stosowane przez nich urządzenia są wciąż potrzebne, czy stały się już zbytkiem luksusu. Prawda jest brutalna – przekroczenie tej subtelnej granicy może nas narazić na śmieszność. Wibrujący masażer do zmęczonych pracą przy komputerze oczu? Obuwie z wbudowanym odtwarzaczem CD? A może nakładki umożliwiające łatwiejsze korzystanie z ekranów dotykowych? Pół biedy, jeśli zakłada się je na palce, ale na nos...?</p>

<p>Jeśli masz już dosyć technologicznych nowinek, zawsze możesz kupić sobie klasyczny zegarek firmy Patek w cenie, której nie znajdziesz w żadnych katalogach. Bo jak przystało na produkty elitarnych marek, osoby, które je wybierają, nie interesuje cena. Ich po prostu na nie stać.</p>

<p>Grzegorz Morawski </p>
]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Prof. Jan Biznesmen</title>
    <id>http://franchising.pl/6657/prof-jan-biznesmen/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6657/prof-jan-biznesmen/" />
    <updated>2012-02-13T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Choć w biznesie najważniejsze jest doświadczenie, tytuł naukowy podnosi prestiż przedsiębiorcy i wpływa korzystnie na wizerunek jego firmy. </p>
    <img src="http://images.franchising.pl/7d5/311/ksiazki-s.jpg" alt="Książki, prasa, biznes" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Choć w biznesie najważniejsze jest doświadczenie, tytuł naukowy podnosi prestiż przedsiębiorcy i wpływa korzystnie na wizerunek jego firmy. </strong></p><p>Dla polskich menedżerów kluczowymi w zawodzie są umiejętności zarządzania ludźmi i wykorzystania potencjału zespołu, którym się kieruje. Kolejnymi na liście najbardziej pożądanych cech są zdolności interpersonalne, kreatywność oraz elastyczność w rozwiązywaniu problemów i obiektywność. Dobry menedżer musi być także gotowy do podejmowania ryzyka w biznesie oraz powinien mieć odpowiednie doświadczenie zawodowe. Wykształcenie znajduje się dopiero na dziesiątym miejscu najbardziej pożądanych menedżerskich cech. Potwierdzają to wyniki badań Talents Club „Polski menedżer”, zrealizowane trzykrotnie: w 2008, 2009 i 2010 roku. W ciągu trzech edycji wymieniane w ankietach wartości i ich kolejność właściwie się nie zmieniały. </p>

<p><i>– Wiedza traktowana jest przez menedżerów jako element niezbędny, ale niewystarczający do tego, aby skutecznie i efektywnie wykonywać powierzone im obowiązki. Sama wiedza techniczna czy specjalistyczna z danej dziedziny jest jednym z elementów pozwalających na objęcie danego stanowiska, jednak dla współpracowników ważniejsza jest umiejętność zarządzania ludźmi czy cechy interpersonalne korzystnie wpływające na poziom współpracy – </i>zauważa Anna Wilk, socjolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspert Talent Club.</p>

<p>Z drugiej strony prawie jedna czwarta badanych w 2010 roku legitymuje się certyfikatem ukończenia studiów podyplomowych, a w rozmowach biznesmeni chwalą się doktoratami lub dyplomami różnorodnych kursów i studiów MBA (Master of Business Administration). </p>

<p><i>– Wśród menedżerów coraz powszechniejsza staje się świadomość, że rozwój zawodowy nie jest możliwy bez podnoszenia swoich kwalifikacji i poszerzania wiedzy. Dlatego dodatkowa edukacja traktowana jest coraz częściej jako niezbędny element aktywnego zarządzania swoją karierą – </i>dodaje Anna Wilk. </p>


<table class="clearfix" id="photo"><tbody><tr><td>IMG:22296:</td><td><p class="photo_description"></p></td></tr></tbody></table>

<p>W latach 90. wielu Polaków otwierało firmy, choć niekoniecznie byli do tego przygotowani teoretycznie. Często były to osoby z wykształceniem podstawowym czy średnim albo ci, którzy po prostu rezygnowali z nauki. Nie brakuje również przedsiębiorców ze stopniami naukowymi: Leszek Czarnecki, jeden z najbogatszych Polaków, legitymuje się tytułem doktora, a Andrzej Blikle to profesor matematyk zajmujący się do niedawna produkcją pączków.</p>
 
<h4>Sprawdzone i potwierdzone</h4>

<p>Do tego, że zdobywanie wiedzy się opłaca, przekonują sami menedżerowie, m.in. Bogusław Kwarciak z agencji reklamowej Opus-B. Oprócz tego, że uzyskał tytuły naukowe, jest on czynnym pracownikiem naukowym.
	
<br /><i>– Dwa doktoraty to mocne argumenty w dyskusjach i sporach. Budzą szacunek. Oczywiście, kluczowe znaczenie w „kolekcji” ma doktorat amerykański, który ja również najbardziej sobie cenię –</i> przyznaje dr Bogusław Kwarciak.</p>

<p>	W dzisiejszych czasach, gdy wizerunek liczy się znaczniej bardziej niż kiedykolwiek, dyplom ukończenia studiów MBA czy skrót „dr” przed nazwiskiem nie tylko budują prestiż osoby, która je posiada, lecz także wpływają na wizerunek firmy. </p>

<p><i>– Legitymowanie się tytułami pomaga w biznesie. Partnerzy biznesowi doceniają większą wiedzę swoich rozmówców, a specjalizacja oraz tytuły naukowe mogą pomagać w budowaniu prestiżu i reputacji firmy – </i>wyraża swoją opinię Paweł Grząbka, dyrektor zarządzający firmy deweloperskiej CEE Property Group. </p>

<p>Podobnego zdania jest specjalista ds. public relations Dariusz Tworzydło:
<br /><i>– Z pewnością dobre wykształcenie kadry zarządzającej jest istotnym czynnikiem wyróżniającym organizację i budującym jej wizerunek. Fakt, iż prezesem zarządu jest osoba ze stopniem naukowym doktora, może pomóc, aczkolwiek nie decydują tytuły tylko wiedza, umiejętności i doświadczenie.</i></p>

<p>Programy studiów MBA czy podyplomowych związanych z biznesem zwykle kładą nacisk na praktyczne wykorzystanie teorii i modeli biznesowych. Zadania, w dużej mierze, opierają się na studiach przypadków, nad którymi studenci pracują samodzielnie lub w grupach. Jest to doskonała okazja do wymiany doświadczeń z różnych branż i obszarów biznesowych (marketing, HR, finanse i inne).</p>

<p><i>– Studia są wymagające, szczególnie, że trzeba je pogodzić z bieżącą pracą. W programie, którym biorę udział jest mało typowych egzaminów. Istotne jest jak wykorzystuje się zdobytą wiedzę do analizy i rozwiązania konkretnych problemów biznesowych – </i>opowiada Radosław Korczyński, CRM Service Leader w firmie IBM, który jest w trakcie studiów MBA na jednej z wiodących brytyjskich uczelni biznesowych.</p>

<p>Przedmiotem pracy końcowej może być działalność firmy, w której pracuje osoba studiująca. Menedżerowie analizują w ten sposób konkretne problemy, które rzeczywiście w firmie istnieją lub potencjalnie mogą zaistnieć.</p>

<h4>Trudny wybór</h4>

<p>Mimo że polscy przedsiębiorcy i menedżerowie deklarują w badaniach, że wiedza ma dla nich drugorzędne znaczenie, szukają możliwości dodatkowej edukacji. 

<br /><i>– Cały czas obserwuję rosnące zainteresowanie dokształcaniem. Szczególnie wzrosła liczba szkoleń indywidualnych, czyli najbardziej prestiżowego produktu w naszej ofercie – </i>mówi Marcin Matuszewski z firmy szkoleniowej Intelektualnie.pl organizującej szkolenia z szybkiego czytania czy zapamiętywania.</p>

<p>Studia podyplomowe to dobry pomysł dla osób, które ukończyły studia wyższe i chcą uzupełnić wiedzę o zagadnienia teoretyczne. Z kolei studia doktoranckie umożliwiają specjalizację w konkretnej dziedzinie i pracę nad nowymi rozwiązaniami, które można wprowadzać w firmie. Są one jednak bardziej praco- i czasochłonne niż studia podyplomowe. Najbardziej korzystne dla wizerunku biznesmena są studia MBA na zagranicznych uczelniach jak Wharton, Harvard lub London School of Business. Nie są one jednak dostępne dla każdego – przy rekrutacji wymagane jest kilka lat doświadczenia na stanowisku kierowniczym lub konkretne wykształcenie akademickie oraz gruby portfel. Dla osób, które chcą rozpocząć naukę we francuskiej szkole INSEAD we wrześniu 2011 lub w styczniu 2012 roku, koszt studiów wynosi 56 tys. euro. W londyńskiej London Business School czesne za studia wynosi niecałe 54 tys. euro za 15 do 21 miesięcy studiowania. </p>

<p>Joanna Sopyło</p>]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Jaki ubiór, taka firma</title>
    <id>http://franchising.pl/6656/jaki-ubior-taka-firma/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6656/jaki-ubior-taka-firma/" />
    <updated>2012-01-29T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Wizerunek jest potężną bronią. To on, wraz z osobowością i doświadczeniem, decyduje o tym, jak będziemy postrzegani w życiu zawodowym. </p>
    <img src="http://images.franchising.pl/f5e/c45/wittchen-jedrzej.jpg" alt="Jędrzej Wittchen w jednym ze swoich sklepów" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Wizerunek jest potężną bronią. To on, wraz z osobowością i doświadczeniem, decyduje o tym, jak będziemy postrzegani w życiu zawodowym. </strong></p><p>Styl to człowiek i jego osobowość, a nie wykonywany zawód. Niemniej praca na określonych stanowiskach zobowiązuje nas do zwracania ogromnej uwagi na ubiór, który wkładamy na siebie każdego dnia. Kultura osobista wymaga od nas wiedzy o tym, co wypada włożyć na rozmaite okazje. Miejmy dystans do schematycznych rad projektantów mody i stylistów – to najczęściej minimalizm i prostota, a nie ślepe podążanie za nowinkami ze świata mody pomogą nam wybrnąć z wizerunkowych dylematów. Zasadą dobrego smaku jest klasyka, ale również dopasowanie garderoby do wydarzeń, które czekają na nas w danym dniu pracy (zwyczajny dzień, delegacja, uroczystość firmowa itp.).</p>

<h4>Wygląd zgodny z zasadami</h4>

<p>Przeanalizujmy jedną z ważniejszych międzynarodowych i – dzięki temu – uniwersalnych zasad elegancji: ubieraj się odpowiednio do swojego zawodu, branży, pozycji w firmie oraz wieku. Postaraj się zawsze wyglądać tak, by pracodawca nie miał wątpliwości, że jesteś właściwą osobą na właściwym miejscu. 

<br />Kanon stroju wyznaczający wyraźne zasady służbowego ubioru kryje się pod wyrażeniem „dress code”. Wraz z ewolucją tego terminu w Polsce reguły codziennego wizerunku stały się coraz surowsze, dla odbiorcy stanowią one sygnał, że ma do czynienia z wysokimi standardami stawianymi pracownikom. „Dress code” często świadczy o wadze, jaką firma przywiązuje do obsługi klientów czy kontrahentów. Tam, gdzie brak jest wyznaczonych konkretnych reguł dotyczących codziennego wizerunku, warto pamiętać, by nasz służbowy strój był prosty i schludny. Sprane, kolorowe podkoszulki z nadrukiem, sandały, rozpięte kołnierzyki lub poluzowane krawaty – to widok kojarzący się z niedbalstwem i totalnym brakiem poczucia smaku. </p>

<table class="clearfix" id="photo"><tbody><tr><td>IMG:22295:</td><td><p class="photo_description">Jeśli ktoś piastuje wysokie stanowisko w firmie, jak Leszek Czarnecki, główny akcjonariusz Getin Holding, to nawet w upalny dzień musi występować w klasycznym ciemnym garniturze. </p></td></tr></tbody></table>

<h4>Luz – tylko dla artystów</h4>

<p>Ubiór ma w sobie tę moc, która pozwala pozytywnie wpływać na nasze relacje z ludźmi, przede wszystkim jednak określa naszą wiarygodność. Nienaganny wygląd wywiera ogromny wpływ na ocenę pracownika przez szefów. Liczne badania psychologiczne niejednokrotnie dowiodły, że na drugiego człowieka patrzymy przez pryzmat urody, dobrego stylu, elegancji. Później dopiero zwracamy uwagę na styl bycia, ton głosu i sposób wypowiedzi. Nieodpowiednim ubiorem możemy kogoś obrazić albo zrazić do siebie. Ubierać się dowolnie wypada tylko wtedy, gdy jesteśmy przedstawicielami zawodów artystycznych. W naszym stroju może pojawić się wtedy ciekawy akcent, ale i tu trzeba mieć wyczucie, ponieważ granica między tym, na co możemy sobie pozwolić, a tym, co jest źle postrzegane przez otoczenie, jest bardzo cienka. Czasem lepiej z czegoś zrezygnować, niż ryzykować śmieszność.</p>

<h4>Elegancja znaczy wiarogodność</h4>

<p>
Wyobraźmy sobie partnera zarządzającego w międzynarodowej kancelarii prawniczej, który nosi długie, związane włosy, kolczyk w lewym uchu, czerwone buty i do tego spodnie dżinsowe. Niestety, takiej osobie najprawdopodobniej niezwykle trudno będzie zdobyć zaufanie i szacunek klientów. Co więcej, naraża się ona nawet na lekceważący stosunek otoczenia.

<br />A co z pracą w agencji reklamowej? Skoro to zawód artystyczny, w kwestii stroju powinna istnieć całkowita dowolność. Nie do końca. Nie mniejszą konsternację niż prawnik w dżinsach wzbudziłby kreatywny menedżer w agencji reklamowej, przechadzający się między komputerami w eleganckim garniturze z poszetką we frontowej kieszonce marynarki, meloniku i podpierający się laską. Tzw. kreatywne zawody charakteryzują się raczej luzem w ubiorze, dopuszczalny jest nawet strój awangardowy, odważne dodatki czy oryginalne fryzury. Ale już paradujący po korytarzach firmy w dżinsach, koszulce z krótkim rękawem i bejsbolowej czapce członek zarządu poważnej firmy reklamowej wywołałby nie lada zdziwienie.</p>

<p>Przedstawiciele konserwatywnych zawodów: bankierzy, finansiści, konsultanci czy prawnicy ubrani powinni ubierać się w garnitury koloru ciemnego (rekomendowany jest granat lub grafit), jasne koszule (biała, błękitna, różowa) i ciemny, zawiązany na gustowny węzeł pod szyją krawat. Jeśli ktoś piastuje wysokie stanowisko w firmie, to nawet w upalny dzień musi występować w klasycznym ciemnym garniturze. Upał i lato nie zwalniają od wizerunkowej dyscypliny. Tylko wtedy menedżer jest, a przynajmniej sprawia wrażenie wiarygodnego reprezentanta swojej branży. Ubiór jest wyrazem szacunku w stosunku do przełożonych, wykonywanej pracy i interesantów. Dlatego odzież powinna być skromna, elegancka i dobra jakościowo. Jak mawiał G.B. Brummel, „prawdziwa elegancja polega na tym, że jest niezauważalna”. By być menedżerem, trzeba jak menedżer wyglądać. I nie oznacza to jedynie ślepego podążania za modą; istotna jest umiejętność właściwego dobierania stroju, dostrzegania zmian zachodzących w naszej sylwetce. </p>

<p>Dla mniej formalnych zawodów, takich jak branża medialna, reklamowa, dla dziennikarzy czy lekarzy, najlepszym rozwiązaniem jest styl „smart casual”. Styl ten to zlepek słów: smart – elegancki, casual – powszechny, zwykły. To nic innego jak nieformalna elegancja. Co to oznacza w praktyce? Sweter lub marynarka sportowa, jasnego koloru koszula rozpięta pod szyją na jeden lub dwa guziki, spodnie chino w kolorze khaki lub granatowym, brązowe buty. Gustownym wyborem w tym stylu są buty zamszowe, właśnie w kolorze brązowym. Strój w stylu „smart casual" jest na tyle neutralny, że pasuje do wielu branż. </p>

<p>Oba style, zarówno ten formalny, jak i casual, są idealne dla właścicieli biznesów. Mają oni większą swobodę wyboru, nie oznacza to jednak, że mogą zapomnieć o dobrym stylu i elegancji, jeśli wymaga tego okazja. Odpowiednim wyglądem wzbudzają zaufanie kontrahentów i budują pozytywne relacje ze swoimi klientami. </p>

<h4>Unikajmy przesady</h4>

<p>Każdy styl może się obronić, pod warunkiem że nie przekracza granic dobrego smaku i jest dostosowany do sytuacji. Dobry styl to dyskrecja. Nasz strój nie powinien być zbyt niedbały lub nazbyt wystudiowany. Nie ma mowy o obnoszeniu się zamożnością.</p>

<p>W tym miejscu warto przytoczyć opowieść o Maersk Mc-Kinney Møller, duńskim przedsiębiorcy i właścicielu mającej miliardowe obroty firmy spedycyjnej Maersk. W latach osiemdziesiątych znany był z tego, że przyjeżdżał do biura swoim starym ponad 10-letnim fordem fiestą i parkował go zaraz obok lśniących nowością mercedesów dyrektorów zatrudnionych w swojej firmie. Na pytanie dziennikarza, dlaczego jeździ tak starym samochodem, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: „Bo mnie na to stać”. </p>

<p>Każda przesada jest w złym stylu. Ostentacyjne obnoszenie się bogactwem – tym bardziej. Jak mawiają Brytyjczycy, „prawdziwy dżentelmen nie rozmawia o pieniądzach. Po prostu je ma”. Pamiętajmy, by swoim ubiorem nie tworzyć niepotrzebnego dystansu między sobą a pracownikami. Zastanówmy się, co zyskamy, a co stracimy, mając na sobie najdroższe garnitury, a na palcach i nadgarstkach złoto i inne symbole dobrobytu. Bogactwo to rzecz względna. Styl – nie. Pamiętajmy o tym szczególnie w relacjach z zatrudnionymi pracownikami. To oni ciężko i rzetelnie pracują na sukces naszej firmy, a zarobki niekoniecznie pozwalają im na przesadne podkreślanie atutów swojego wizerunku.</p>

<h4>Znajdź swój styl</h4>

<p>Pamiętajmy, że dobry styl to połączenie z jednej strony zasad, z drugiej – naszej osobowości. Jeżeli mamy naturę tradycjonalisty, źle będziemy czuć się w mniej formalnym stroju. I odwrotnie. Im wyższą funkcję pełnimy w firmie, tym większa ciąży na nas odpowiedzialność za promocję dobrych wzorców wobec naszych podwładnych. To kwestia odpowiedzialności lidera. Bez względu na branżę, w której pracujemy, niezwykle ważna jest harmonia i dobre proporcje. Tak jak powiedział kiedyś Brummel: „Jeżeli miałby cię oceniać stuprocentowy Anglik, to z pewnością powiedziałby, że nie jesteś dobrze ubrany: albo za sztywno, albo zbyt modnie”. </p>

<p>Michał Leopolt-Kuropatwiński
<br />Coach męskiego stylu, autor bloga BusinessInStyle.pl</p>]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Biznes w spódnicy</title>
    <id>http://franchising.pl/6600/biznes-spodnicy/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6600/biznes-spodnicy/" />
    <updated>2011-12-28T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>W wielu polskich domach to kobiety podejmują strategiczne decyzje dotyczące rodziny. Jak jest w biznesie? Czy polscy biznesmeni są podatni na sugestie bliskich im kobiet?</p>
    <img src="http://images.franchising.pl/7e8/3c0/okulary-rysunek-s.jpg" alt="ludzie w okularach, rysunek" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>W wielu polskich domach to kobiety podejmują strategiczne decyzje dotyczące rodziny. Jak jest w biznesie? Czy polscy biznesmeni są podatni na sugestie bliskich im kobiet?</strong></p><p>Gdy prezydent Bronisław Komorowski wybrał się w służbową podróż do Rzymu bez żony Anny, media nie omieszkały mu tego wypomnieć. Po śmierci Marii i Lecha Kaczyńskich nieraz mówiło się o tym, jaki wpływ na decyzje prezydenta miała pierwsza dama. Postawa Jolanty Kwaśniewskiej i jej działalność charytatywna dodawały klasy również prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Podczas kampanii prezydenckiej, oprócz oceniania kandydatów, konkursowi podlegają również pierwsze damy. Przykłady, jak żony oddziałują na mężów polityków, można byłoby wyliczać – również wymieniając pary spoza Polski. </p>

<p><i>– Jako przykład warto podać żonę George’a Busha seniora – jako osoba bardzo ciepła, rodzinna łagodziła administracyjny charakter stanowiska pierwszej damy. Zaskoczyła wszystkich, wspierając męża w dziedzinach, w których on nie miał aż takiej wrażliwości, np. w tematach społecznych czy związanych z codziennym życiem Amerykanów – </i>mówi Jolanta Pełka, image consultant w firmie Institute Business Management zajmującej się kształtowaniem wizerunku biznesmenów i szkoleniami w tym zakresie.</p>

<p>Nie inaczej jest w biznesie. Tylko że w tej dziedzinie mężowie częściej chowają żony, zamiast je pokazywać.
<br /><i>– Polscy biznesmeni zajmujący najwyższe stanowiska wciąż mają żony niepozorne. W większości przypadków żony biznesmenów są szarymi eminencjami biznesu. Żonom trzeba więc też pokazywać, że i one mają wpływ na wizerunek męża – </i>zauważa Jolanta Pełka.</p>
  
<h4>Biznesowy pantofel?</h4>

<p><i>– Jeżeli żona jest lepsza w jakiejś dziedzinie, została zauważona przez media, warto ją, a nie siebie, wystawiać na pierwszy plan – </i>sugeruje biznesmenom Jolanta Pełka.

<br />To strategia właściwa dla pewnych siebie mężczyzn, którzy nie boją się powiedzieć, że ich partnerka jest w jakimś temacie lepsza. Na szczęście w polskim biznesie takich osób można spotkać coraz więcej. 

<br /><i>– Moja żona jest w naszej firmie głównym plastykiem, a więc podlegają jej wszystkie decyzje związane z wyglądem lokalu, a także większość decyzji dotyczących opakowań, plakatów i ogólnie rozumianego wizerunku plastycznego. W tych wszystkich sprawach decyduje ona nie dlatego, że jest żoną prezesa, ale dlatego, że ma takie stanowisko i kompetencje do jego pełnienia – </i>mówi Andrzej Jacek Blikle, główny właściciel firmy cukierniczej A.Blikle. </p>

<p>Podobny układ rządzi w rodzinie państwa Bilików, którzy są właścicielami sieci Outlet Polska. Adam Bilik zajmuje się bieżącym kierowaniem firmy, natomiast żona jest odpowiedzialna za aktualną ofertę i jakość towaru. 

<br /><i>– Moje obowiązki dotyczą planowania strategii firmy i jej planów na przyszłość, co również wiąże się z bieżącą obsługą medialną i reklamową. Na mojej głowie są także wszystkie żmudne sprawy prawne i organizacyjne. W takich sprawach staram się nawet nie zawracać głowy żonie, chyba że już podając efekt moich przemyśleń – </i>mówi Adam Bilik, właściciel Outlet Polska. </p>

<h4>Rodzinne decyzje</h4>

<p>Takie układy to przede wszystkim przywilej właśnie firm rodzinnych.
<br /><i>– Myślę, że ważną rolę może odgrywać zaufanie albo zaangażowanie w biznes. Mogę sobie wyobrazić, że żona, która wspólnie z mężem rozwija firmę, chce mieć wpływ na decyzje, zwłaszcza jeśli jest udziałowcem. Partnerka może również mieć ciekawe pomysły i rozwiązania dotyczące działalności firmy, nawet jeśli nie bierze bezpośredniego udziału w jej działaniach – </i>mówi Mikołaj Koterski, z firmy Psychologiaipraca.pl, psycholog i doradca pracujący z menedżerami.</p>

<p>Potwierdzają to pozostałe przykłady.  
<br /><i>– W części dziedzin, np. w finansach czy strategii, raczej ja jestem wiodącą osobą, w takich jak HR, marketing czy komunikacja, prym zawsze wiedzie moja żona. Konsultujemy nasze pomysły i problemy i razem podejmujemy decyzje w najważniejszych sprawach. Mógłbym więc powiedzieć, że moja żona ma równie duży wpływ na moje decyzje, co ja na jej – </i>mówi Sylwester Cacek, właściciel spółki odzieżowej Redan i klubu piłkarskiego Widzew Łódź.  </p>

<p>W koncernie mięsnym PKM Duda ramię w ramię pracują mężowie i żony. Maciej Duda jest prezesem koncernu, a jego żona – Daria Duda, pełni funkcję dyrektora działu rozliczeń. Jego siostra Bogna Duda-Jankowiak, wiceprezes zarządu PKM DUDA, odpowiada za administrację, dział IT, ochronę środowiska i marketing. Od 2004 roku prowadzi również Fundację PKM DUDA im. Maksymiliana Duda. Natomiast jej mąż – Dariusz Jankowiak, pracuje w firmie jako dyrektor inwestycyjny i także jako prezes zarządu spółek rolnych wchodzących w skład grupy kapitałowej.</p>

<p><i>– Jak w każdej dużej spółce, w każdym przypadku, gdy w grę wchodzą decyzje o dużej wadze dla prowadzonego biznesu, takie jak  rozpoczęcie dużych inwestycji, akwizycje czy sprzedaż którejś ze spółek koncernu, decyzje są podejmowane kolegialne w gronie zarządu, w którego skład wchodzą także profesjonaliści niezwiązani z rodziną – </i>mówi Bogna Duda-Jankowiak. </p>

<h4>Cienie i blaski</h4>

<p>Lepiej jednak korzystać z chęci żony do dodatkowego działania lub z jej umiejętności zawodowych, bo wtedy można pławić się w odbitym od niej blasku, i nie chodzi tylko o blask urody. 
<br /><i>– Nie bez przyczyny żony polityków otwierają fundacje charytatywne. To ma pozytywny wpływ na wizerunek męża, bo pokazuje, że ani on, ani jego rodzina nie są nastawieni tylko na własny zysk – </i>tłumaczy Jolanta Pełka. </p>

<p>Przykładów na biznesowe współistnienie partnerów i partnerek, mężów i żon można znaleźć tyle, co modeli biznesowych i ciężko powiedzieć, który jest najwłaściwszy. 
<br /><i>– Trudno jest oceniać wpływ żony na decyzje biznesowe męża.  Uważam, że to indywidualna sprawa i nie ma tu reguł – </i>mówi Mikołaj Koterski.</p>

<p>Joanna Sopyło</p>
]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Astrologia biznesu</title>
    <id>http://franchising.pl/6554/astrologia-biznesu/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6554/astrologia-biznesu/" />
    <updated>2011-12-12T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Portret Żyda liczącego pieniądze powieszony w gabinecie, miniaturka słonia z podniesioną trąbą na biurku, otwarcie firmy w środę lub w sobotę – to tylko niektóre przesądy, w które wierzą biznesmeni.</p>
    <img src="http://images.franchising.pl/778/a67/wrozenie-z-reki-s.jpg" alt="Wróżby" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Portret Żyda liczącego pieniądze powieszony w gabinecie, miniaturka słonia z podniesioną trąbą na biurku, otwarcie firmy w środę lub w sobotę – to tylko niektóre przesądy, w które wierzą biznesmeni.</strong></p><p>Gdy w 2008 roku w Stanach Zjednoczonych wybuchł kryzys, analitycy giełdowi wpadli w panikę, a zaraz potem pobiegli do wróżek i astrologów pytać, co stanie się w kolejnych dniach. Im niżej spadały kursy akcji, tym szybciej rósł popyt na usługi specjalistów od wiedzy tajemnej. Maklerzy przede wszystkim pytali ich o to, jakie interesy są opłacalne, jakie nie i w co warto inwestować, a z czego lepiej się wycofać. Szybko rozwinęła się też astrologia giełdowa. Bill Meridian, analityk giełdowy, przekonuje, że istnieje zbieżność między ruchami cen akcji i zjawiskami na niebie. Porównując wykresy, sporządza horoskopy dla firm, uwzględniając m.in. datę ich założenia i rejestracji. Niewielu przyznaje się do korzystania z jego rad, ale wielu robi to w ukryciu. Jednym z nich jest Harry Weingarten, który w ciągu kilku lat pomnożył kapitał założycielski swojej firmy z 40 tys. do 3 mln dol. </p>

<p>Sytuacja w Polsce niewiele tylko różni się od atmosfery panującej za Oceanem. Jedna z polskich astrolożek, przyznaje, że gdy w Stanach Zjednoczonych zaczął się kryzys, w Polsce liczba jej klientów – przedstawicieli biznesu – zdecydowanie wzrosła.

<br />Nie inaczej jest w pozostałych częściach świata: astrologów radzili się prezydent USA Ronald Reagan, prezydent Rosji Borys Jelcyn i stojący na czele Francji François Mitterrand.
Z usług wróżki skorzystał również jeden z polskich dzienników biznesowych. Gazeta zamówiła przewidywania dotyczące losów giełdowych spółek i choć traktowano to przede wszystkim jako zabawę, gdy pierwsza tura wypadła pozytywnie, zamówiono kolejne wróżby.</p>

<h4>Żyd na sobotę</h4>

<p>Najszczęśliwszą dla biznesmenów cyfrą, według zasad chińskich, jest 6. Możliwe, że to stąd wywodzi się przesąd dotyczący otwierania punktów usługowych w soboty, czyli w szósty dzień tygodnia. Niektórzy za szczęśliwy dzień uważają również środę.</p>

<p><i> – Trudno powiedzieć, skąd się to wzięło, ale rzeczywiście się do tego stosujemy. Sobota to chyba najlepszy dzień handlowy, a środa to zapowiedź zbliżającego się weekendu, więc klienci są w lepszym humorze i łatwiej zachęcić ich do skorzystania z nowej usługi –</i> mówi Martyna Królikowska, menedżerka ds. sprzedaży sieci franczyzowej salonów epilacji No+Vello. </p>

<p>Królikowska słyszała również o konieczności powieszenia w gabinecie portretu Żyda. Powinien on wkładać pieniądze do worka, co ma symbolizować ich gromadzenie, a po kilku miesiącach powinno się obrazek zamienić na taki, na którym monety są wysypywane na stół, co oznacza bogactwo. Wśród przedstawicieli handlowych popularne jest również przekonanie, że jeżeli w poniedziałek nie udało im się nic sprzedać, wtorek będzie równie mało efektywnym dniem. </p>
	
<h4>Przesądny jak biznesmen</h4>

<p>Choć przesądów istnieje w świecie biznesu wiele, wypowiadające osoby przyznają, że raczej się do nich nie stosują. 
<br /><i>– Jak na razie i bez Żyda idzie nam dobrze – </i>mówi Martyna Królikowska z No+Vello. </p>

<p>Skąd więc biorą się informacje o tak dużym zaangażowaniu biznesmenów w planowanie rozwoju firmy zgodnie z zasadami astrologii czy innych przewidywań?
<br /><i>– Mogłoby się wydawać, że biznesmeni to wyjątkowo racjonalna grupa społeczna opierająca swoją działalność na twardej wiedzy. Jak widać, czasem odwołują się do wspomnianych zasad, ale myślę, że traktują to bardziej jako dodatkowe zabezpieczenie, robią to tak na wszelki wypadek – </i>mówi Mikołaj Koterski z firmy Psychologiaipraca.pl.<i> – Sportowcy mają swoje rytuały, które towarzyszą zawodom czy rozgrywkom, ale przede wszystkim ciężko trenują, żeby osiągnąć swoje wyniki. Podobnie jest w biznesie – jeżeli ktoś zabiera na prezentację jakiś przedmiot, bo uważa, że mu to pomoże, nie widzę w tym problemu, ale jeżeli ktoś wierzy, że tylko dzięki temu osiągnie sukces, to nie ma w tym racjonalnego uzasadnienia –</i> dodaje. </p>

<p>Łącząc systematyczną pracę i zaangażowanie z wiarą w drobne pomoce, te drugie zapewne podziałają jak samospełniające się proroctwo, a wtedy rzeczywiście będzie można traktować je jak przesądy i zgodzić się ze słowami amerykańskiego biznesmena z początku XX wieku, Johna Pierponta Morgana, że milionerzy nie korzystają z usług astrologów, ale miliarderzy tak.</p>

<p>Joanna Sopyło</p>]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Sztuka prezentowania</title>
    <id>http://franchising.pl/6464/sztuka-prezentowania/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6464/sztuka-prezentowania/" />
    <updated>2011-11-07T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Umiejętność dawania prezentów przydaje się nie tylko w codziennym życiu, lecz także w biznesie. Warto wiedzieć, co można ofiarować, by nie zostać posądzonym o brak smaku. </p>
    <img src="http://images.franchising.pl/21a/53e/galeria-prezentow-portfel-ask-s.jpg" alt="Portfel Galeria Prezentów (fot. Adam Skrzypczak)" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Umiejętność dawania prezentów przydaje się nie tylko w codziennym życiu, lecz także w biznesie. Warto wiedzieć, co można ofiarować, by nie zostać posądzonym o brak smaku. </strong></p><p><i>– Prowadzę firmę razem z żoną. Kiedy urodził nam się syn, dostawcy ubrań z całej Europy przysyłali mnóstwo podarunków. Najmniejszym był 20-kilogramowy karton wypchany nową odzieżą dziecięcą firmy Levis i Mexx. Niestety, zaledwie kilka z nich nadawało się dla niemowlaka</i> – przyznaje z uśmiechem Adam Bilik, właściciel firmy odzieżowej Outlet Polska.</p>

<p>Pozornie taki prezent wydaje się miły i świadczy o tym, że kontrahentów łączą nie tylko relacje biznesowe. Jednak patrząc z punktu widzenia biznesowej etykiety, prezent nie jest trafiony ani nawet właściwy. <i>– Nie wypada wręczać prezentów związanych z branżą, w której działa osoba obdarowana, chyba że prezent ma charakter kolekcjonerski i trafia do rąk kolekcjonera</i> – mówi Zbigniew J. Zieliński, wykładowca etykiety i protokołu dyplomatycznego.</p>

<p><i>– Nie należy też wręczać upominków z bardzo osobistych okazji, takich jak urodziny dziecka czy ślub. Wyjątkiem są imieniny lub urodziny</i> – stwierdza Lidia Tkaczyńska z firmy Longhill Business Communication.</p>

<p>Wręczenie prezentu przedsiębiorcy z okazji narodzin jego dziecka jest odpowiednie tylko wtedy, jeśli relacje z dostawcami są także pozasłużbowe.<br />
	<i>– Coś, co osobie obdarowującej wydaje się dobrym pomysłem, niekoniecznie musi być zgodne z biznesową etykietą. Pozory mylą nawet w przypadku prezentów</i> – dodaje Zbigniew J. Zieliński.<p>

<h4>Zgodnie z zasadami</h4>

<p>Kalendarz pełen jest okazji, przy których można się wzajemnie obdarowywać – do własnych celów wykorzystują je również przedstawiciele świata biznesu. Najczęściej przekazujemy prezenty w przeddzień  Bożego Narodzenia, przy okazjach prywatnych (urodziny czy imieniny) oraz biznesowych (zakończenie ważnej transakcji czy rozpoczęcie współpracy). Nie należy jednak przesadzać zarówno w ilości, jak i w wartości przekazywanych podarunków.</p>

<p>Zgodnie z zasadami savoir-vivre’u i przepisami ustawy antykorupcyjnej, istnieje wiele obwarowań dotyczących wręczania prezentów. Mimo tego można zdefiniować, czym jest prezent idealny. <br />
<i>– Najważniejsza jest jakość. Nawet bardzo drobny upominek, ale znakomitej jakości pod względem wzornictwa, materiałów i wykonania, będzie zawsze doceniony. Inne ważne cechy dobrego prezentu biznesowego to oryginalność, indywidualność i użyteczność – przedmioty użytkowe, dopasowane do charakteru pracy i stylu życia, są bardziej atrakcyjne dla klientów, czyli  skuteczniejsze w budowaniu pozytywnej relacji</i> – tłumaczy Lidia Tkaczyńska.</p>

<h4>Praktyczna teoria</h4>
<p>Teoria wydaje się prosta, ale trudno ją przełożyć na praktykę, bo upominek należy dostosować do płci, wieku osoby obdarowanej oraz do relacji biznesowych, jakie panują między obiema stronami. Najłatwiej zdać się na doświadczenie firm, które produkują upominkowe gadżety, niekoniecznie biznesowe. Beniamin Schön z Sodexo Motivation Solutions, która zajmuje się m.in. dystrybucją zestawów upominkowych Vivabox, podkreśla, że w ostatnim czasie popularne są również kupony podarunkowe czy ich nowsza wersja – karty podarunkowe załadowane na konkretną kwotę.</p>

<p>Jeżeli zależy nam na relacji z daną osobą i chcemy potraktować ją w sposób szczególny, lepiej włożyć w przygotowanie prezentu więcej wysiłku. <br />
<i>– Obecnie główny trend we wręczaniu prezentów B2B to oryginalność i nietypowość. 
Firmy szukają podarunków ciekawych, innowacyjnych i jednocześnie eleganckich, które pozwolą pozytywnie budować wizerunek wśród partnerów biznesowych</i> – ocenia Beniamin Schön.</p>
	
<p>Wcześniej warto przeprowadzić dyskretny wywiad na temat osoby, którą chcemy obdarować. Idealnie dopasowany prezent pamięta się przez długie lata. <br />
<i>– Najbardziej ucieszyła mnie teczka na dokumenty, którą otrzymałam od jednego z biznesowych partnerów. Z pozoru prezent był banalny, ale chodziło o konkretne szczegóły, które wskazywały na to, że teczka była dobrana właśnie dla mnie. Była niezwykle wygodna w użyciu, bo stabilna, i otwierała się w taki sposób, że można ją było postawić na podłodze lub krześle i jednym ruchem wydostać ze środka dokumenty. Miałam uczucie, że osoba, która wybrała tę teczkę, myślała o moich konkretnych potrzebach i upodobaniach</i> – wspomina Lidia Tkaczyńska.</p>

<h4>Liczy się opakowanie</h4>
<p>Najczęściej popełnianym przez biznesmenów błędem jest sposób wręczania prezentu i forma jego opakowania. Jeżeli podarunek ma sprawić dobre wrażenie, nie może być niechlujnie zapakowany czy wręczony bez żadnego komentarza. Warto zadbać o nadanie momentowi wręczenia prezentu stosownej oprawy. Powinny temu towarzyszyć słowa nawiązujące do okoliczności.<p>  
<p><i>– Często z braku czasu decydujemy się na dostarczenie prezentu kurierem. Taka przesyłka jest powszechnie uznawana za dopuszczalną, szczególnie w gorącym i pracowitym okresie przedświątecznym. Zanim jednak spakujemy paczkę i prześlemy podarunek za pomocą firmy kurierskiej, musimy się zastanowić, na czym nam najbardziej zależy. Jeśli chcemy, aby nasz prezent na długo pozostał w pamięci obdarowanego, to zdecydowanie polecam przekazać podarunek osobiście</i> – sugeruje Beniamin Schön z Sodexo Motivation Solutions.</p>
<p>Jeżeli nie ma innej możliwości jak przesłanie prezentu, bo osoba, do której ma trafić, znajduje się zbyt daleko, można puścić wodze fantazji i zorganizować wysyłkę w wielkim lub zabawnym stylu. <br />
<i>– Miło wspominamy prezent od naszego pierwszego dostawcy, który znał nas od samego początku, kiedy jeszcze jeździliśmy po towar z przyczepką samochodową. Po roku współpracy zamówiliśmy pierwszą pełną ciężarówkę z odzieżą jednej z marek. Gdy otworzyliśmy tylną burtę, wypadł na nas ogromny bukiet kwiatów - trzydzieści dużych róż z napisem: „Gratulacje!”</i> – mówi Adam Bilik. </p>

<h4>I dlaczego?</h4>
<p>Jeżeli zdamy sobie sprawę, dlaczego wręczamy prezent danej osobie i co ma on znaczyć dla obydwu stron, powyższe zasady nie będą się wydawać restrykcyjne. Warto postępować zgodnie z przyjętymi standardami, ale jeżeli wiemy, że druga strona zaakceptuje złamanie biznesowej etykiety, można zaryzykować. Zgodnie z zasadami biznesowego savoir-vivre'u, wręczenie kości-zabawki osobie, z którą prowadzi się interesy, jest niestosowanym prezentem. Tymczasem jeden z przedsiębiorców przyznaje, że po rozmowie, w której wspomniał, że lubi czworonogi, taką właśnie kość otrzymał. Potraktował to jako sympatyczny prezent i potwierdzenie faktu, że druga strona go słucha. Czasem warto więc łamać zasady, pod warunkiem że jesteśmy pewni reakcji odbiorcy.</p>
<p>Joanna Sopyło</p>
]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Marka to też produkt  </title>
    <id>http://franchising.pl/6456/marka-to-tez-produkt/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6456/marka-to-tez-produkt/" />
    <updated>2011-11-01T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>O butach sportowych – mówisz adidasy a fast food kojarzy ci się McDonald’s. Jak stworzyć markę zapadającą klientom w pamięć?</p>
    <img src="http://images.franchising.pl/498/0a6/nike-buty-1987.jpg" alt="Buty Nike 1987 rok" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>O butach sportowych – mówisz adidasy a fast food kojarzy ci się McDonald’s. Jak stworzyć markę zapadającą klientom w pamięć?</strong></p><p>Wielu konsumentów omija sklepy dyskontowe, bo na ich półkach stoją produkty „no name” – bez marki. Niektórzy więc nie darzą ich zaufaniem i oceniają jako dobra o niskiej jakości. Gdy jednak spojrzą na nazwę producenta zapisaną obok logo dyskontu, którym często okazuje się znana firma, szybko zmieniają zdanie. Dlaczego? O ile z nieznaną nazwą produktu nie mają żadnych skojarzeń, o tyle znany producent gwarantuje im konkretne cechy produktu – takie, jakie udało mu się przez lata wyrobić w konsumenckiej świadomości. Właśnie te cechy, skojarzenia budują siłę marki.</p>

<p><i>– Marką staje się produkt lub usługa, które w opinii wszystkich konsumentów, nie tylko użytkowników, uznane są za atrakcyjne i ciekawe. Ich postrzeganie musi wykroczyć poza granice definicji samego produktu spełniającego określone potrzeby. Za markę bardzo często uznaje się produkt rozpoznawalny, który dzięki masowej reklamie staje się popularny – </i>mówi Marcin Gieracz, założyciel i główny strateg agencji doradczej Rubikom Strategy Consultants, która zajmowała się między innymi repozycjonowaniem marki telefonii komórkowej na kartę Simplus czy stworzeniem marki odzieżowej House. </p>

<p>Doprowadzenie do tego, żeby produkt był rozpoznawalny i wywoływał pożądane przez jego producenta skojarzenia to jedno z podstawowych wyzwań właścicieli firm, a właściwie wyspecjalizowanych w tym agencji doradczych. Wszyscy chcieliby stworzyć marki, które  zostaną w pamięci klienta na długo, nawet gdy sama firma przestanie istnieć.</p>

<h4>Życie z marką</h4>
<p>
Takimi markami stały się np. stacje benzynowe CPN, chociaż gdy powstawały, nikt nie myślał w Polsce o słowie „branding”. Mimo tego, nadal niektórzy kierowcy jadąc na jakąkolwiek stację benzynową, mówią, że jadą na CPN. Czekolady E.Wedel nadal istnieją w świadomości konsumentów jako „nasze polskie”, choć zdążyły znaleźć już kilku zagranicznych właścicieli i ostatecznie trafić w ręce japońskiego koncernu Lotte. Idąc do sklepu po buty sportowe, bez względu na markę, mówimy że kupujemy adidasy, a nie nike’i czy reebooki. </p>
<p>
Zakorzenienie się tych marek w świadomości odbiorców zajęło kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Jednak bardzo konkretna wizja marki i pomoc specjalistów może sprawić, że marka szybciej zagości w świadomości klientów. </p>
<p><i>
– Trudno jednoznacznie stwierdzić, co decyduje o trwałości marki, zwłaszcza teraz, kiedy na światowym rynku każdego dnia pojawiają się nowe produkty, a inne znikają – </i>zauważa Marcin Gieracz.<i> – Coraz bardziej zaczynamy cenić marki, które oferują ponadprzeciętną wartość i dają konsumentowi konkretną korzyść albo potrafią skutecznie ją wygenerować – </i>dodaje. Jakie marki możemy zaliczyć do tego grona? <i>
– IBM, Benneton, McDonald’s, Nike, Puma, Adidas, Ford, Levi’s, Disney, Toyota, VW, Nokia, a z polskich np. PZU, PKO, Mieszko, Orbis, RMF, TVN, Onet.pl – </i>wymienia.</p>

<h4>Jak stworzyć znaną markę?</h4>

<p>Niektóre firmy czy instytucje, szeroko znane wśród odbiorców, decydują się na ogłoszenie konkursu na logo. Kilka lat temu postąpiła tak TVP, a niedawno Sejm. Aleksandra Sosnowska z Loży A5 podkreśla, że takie działania mają niewiele wspólnego z prawidłowym kreowaniem marki. Żeby uniknąć otrzymania kilkunastu tysięcy prac, trzeba się zastanowić, jakich efektów firma oczekuje. Nie można myśleć kategoriami: „Chcę mieć ładne wizytówki czy kalendarz”. Przede wszystkim, trzeba odpowiedzieć na pytanie, co jest celem firmy i jaki charakter ma mieć marka. </p>

<p><i>– Gdy tworzyliśmy strategię dla mBanku, który powstał w 2000 roku, chodziło o podkreślenie jego innowacyjności jako pierwszego banku internetowego. Kilkanaście lat temu instytucje finansowe kojarzyły się z powagą, co podkreślano np. za pomocą granatowego koloru. Klient, który przychodził do oddziału, czuł się jak petent w urzędzie. mBank miał nie mieć placówek i funkcjonować tylko w wirtualnej sieci, co wzbudzało w ludziach nieufność – </i>opisuje Aleksandra Sosnowska. </p>

<p>W związku z tym, wiadomo było, że klienci, którzy zdecydują się na ulokowanie w nim swoich pieniędzy to ludzie odważni, chętni do podejmowania wyzwań i postępowi, a więc akceptujący nieszablonowe rozwiązania. Taka też musiała być identyfikacja wizualna wchodzącego na rynek banku. </p>
<p><i>
– Stworzyliśmy logo w odważnych kolorach, które kojarzy się z kwiatem, a innym z kogutem. Jest oryginalne i tak jak mBank wyróżnia się wśród symboliki innych banków – </i>tłumaczy Aleksandra Sosnowska.  </p>

<h4>Spójnie jak w sieci</h4>

<p>Inaczej praca nad wizerunkiem wygląda w przypadku sieci, również franczyzowych. W nich szczególnie ważna jest spójność w wyglądzie firmowych punktów, samochodów, korespondencji, ale nawet w zachowaniu pracowników. Żeby jakakolwiek sieć osiągała sukces, klient, bez względu na to, czy wchodzi do sklepu w Gdyni, czy w Zakopanem, musi czuć, że zostanie obsłużony na takim samym poziomie i otrzyma produkt równie wysokiej jakości. </p>
<p>Nad jedną z sieciowych marek odzieżowych, House, pracował Marcin Gieracz z Rubikom Strategy Consultants. 
<br /><i>– House ma być marką odzieżową dla młodego hedonisty, który uwielbia bawić się i relaksować w klubach muzycznych. Wystrój miejsc sprzedaży też jest nastawiony na takie wartości, ceny dostosowane są do preferencji 20-latków. Ma być modnie, szałowo, ale pod kątem młodych, ceniących niezależność ludzi – </i>wymienia różne cechy Marcin Gieracz. </p>

<p>Dlatego sklepy House’a mają ciemne ściany jak w klubach muzycznych, a atmosfera w nich panująca wywołuje wrażenie, że wchodzi się do podziemi. W industrialnym wnętrzu gra muzyka, a na wieszakach wiszą ubrania z zabawnymi napisami i rysunkami. Młodych klientów obsługują niewiele starsi od nich pracownicy i wszystko odbywa się w atmosferze imprezy, a nie poważnych zakupów. Nawet kampanie reklamowe przełamują społeczno-obyczajowe tabu – wśród dorosłych wywołują dyskusję, ale młodym osobom, do których mają docierać, odpowiadają. To przynosi efekt. </p>
  
<p><i>– Prowadzimy badania konsumenckie ShoppingShow, które pozwalają nam sądzić, że House stał się marką. Obok Big Stara, Adidasa, Nike’a czy Reserved jest to obecnie najbardziej rozpoznawalna wśród młodych Polaków marką modową – </i>podkreśla Marcin Gieracz. </p>

<p>Ustalenie celów i potrzeby firmy pozwala przejść do kolejnych etapów. W ich trakcie przeprowadzane są badania wśród pracowników, badacze przeprowadzają wywiady, w przypadku już istniejącej firmy analizują dotychczasowe działania wizerunkowe, projektanci pracują nad wystrojem placówek firmy i nad przygotowaniem mebli czy strojów. Cały zespół liczy przeciętnie 15-20 osób, które przez kilkanaście miesięcy pracują nad projektem. W związku z tym, nie można decydować się rebranding w momencie, gdy postrzeganie marki przez odbiorców, się pogarsza, ale trzeba te procesy obserwować na bieżąco. Nie samemu, ale poprzez badania, ponieważ pracownik firmy mający z nią kontakt codziennie przez kilka lat, traci dystans i obiektywny ogląd sytuacji. Gdy jemu wydaje się, że marka wymaga zmian, klienci mogą mieć zupełnie odmienne zdanie, a modyfikacje wizerunku mogą okazać się niepotrzebne. </p>

  
<p>Joanna Sopyło</p>]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Biznes ponad granicami</title>
    <id>http://franchising.pl/6457/biznes-ponad-granicami/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6457/biznes-ponad-granicami/" />
    <updated>2011-10-18T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Wystarczy gest, zła intonacja lub niewłaściwa mina, żeby plany rozwoju biznesu za granicą pękły jak mydlana bańka. Można tego uniknąć, poznając inne kultury.</p>
    <img src="http://images.franchising.pl/a33/2e3/husaria.jpg" alt="husaria na koniu" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Wystarczy gest, zła intonacja lub niewłaściwa mina, żeby plany rozwoju biznesu za granicą pękły jak mydlana bańka. Można tego uniknąć, poznając inne kultury.</strong></p><p>Reprezentant amerykańskiej firmy pan Smith, 30-letni menedżer, przyjeżdża na targi branżowe do Pekinu. Rozmawia z przedstawicielami chińskich firm i z jednym z nich, panem Wang, nawiązuje nić porozumienia. Okazuje się, że cele ich przedsiębiorstw się uzupełniają i Amerykanin widzi, że z nowej znajomości mogłaby wyniknąć biznesowa współpraca, więc sprowadza rozmowę w tym kierunku. Chińczyk natomiast pyta o drobiazgi: o to, jak gościowi z USA podobają się Chiny, czy ma rodzinę. Amerykanin chcąc uniknąć niewygodnych pytań, przechodzi do meritum i proponuje spotkanie w siedzibie firmy Chińczyka następnego dnia. On odpowiada, że nie wie, jaki jest jego plan dnia, że musi zapytać sekretarkę. Sugeruje, że może mieć wolne popołudnie, ale może też wczesne rano. Amerykanin, nie zważając na to, sugeruje spotkanie następnego dnia o godzinie 12. Chińczyk odpowiada, że jeżeli nie będzie zajęty, spotka się z nim, co Amerykanin traktuje jako zgodę. </p>

<p>Następnego dnia pan Smith przychodzi do siedziby firmy, zgłasza się do sekretarki i dowiaduje się, że pan Wang wyszedł i nie wiadomo, kiedy wróci. Amerykanin jest zaskoczony, ale upiera się, że poczeka. Nie przewidział, że nie doczeka się spotkania z panem Wang, bo on w ogóle się z nim nie umówił. Dlaczego? Chociaż Smith o tym nie wie, Chińczyk już na targach dał mu do zrozumienia, że nie jest zainteresowany nawiązaniem kontaktów biznesowych. Amerykanin nie wiedział tego, bo nie miał również pojęcia, że zanim zacznie rozmawiać z Chińczykiem o biznesie, powinien przeprowadzić tzw. small talk, czyli rozmowę o pogodzie, o rodzinie pana Wang i samemu również opowiedzieć o swoich krewnych. Nie wiedział też, że próba wymówienia się od spotkania to, w rozumieniu Chińczyka, odmowa. Poza tym pan Smith przyjechał na pekińskie targi sam, a nie z firmowym zespołem i w dodatku ma 30 lat, więc jest zbyt młody, żeby prowadzić negocjacje. Mówiąc krótko – popełnił prawie wszystkie możliwe błędy w kontaktach z chińskimi biznesmenem.  </p>
 
<p><i>	– Chiny, obok innych krajów Azji, krajów arabskich oraz państw Ameryki Łacińskiej, zaliczają się do kultur relacji, w których podstawą jest nawiązanie przyjaznego kontaktu, a sprawy biznesowe załatwiane są w następnej kolejności. Natomiast  Amerykanie należą do kultury zadaniowej i ich częstym błędem w stosunkach z osobami reprezentującymi kulturę chińską  jest zbyt szybkie przechodzenie do interesów – </i>tłumaczy  Marta Nowicka, trenerka z firmy Global Competence, prowadząca szkolenia z zakresu różnic międzykulturowych w biznesie. </p>

<i>– Byłem świadkiem sytuacji w jednym z krajów Bliskiego Wschodu, gdzie zanim firmy zaczęły rozmowę o umowach i kontraktach, najpierw przez rok wzajemnie się poznawały –</i> stwierdza Andrzej Lewandowski, trener szkoleń międzykulturowych, właściciel firmy United Cultures. </p>

<h4>Etnoegoiści</h4>

<p>Andrzej Lewandowski wspomina przypadek biznesmena, który chciał uzyskać kredyt w jednym z polskich banków, w którym osobą decydującą o przyznawaniu pożyczek był Japończyk. Polski biznesmen był już po wstępnych rozmowach i obietnicach kredytu, gdy Japończyk zapytał, czy może odwiedzić jego firmę. Polak odpowiedział, że to niepotrzebne, zamiast np. powiedzieć: będziesz moim najmilszym gościem, ale najpierw muszę skończyć remont. W ten sposób uniknąłby szybkiej wizyty, ale nie straciłby zaufania bankowca. A tak – odmówił i z kredytem się pożegnał. </p>

<p><i>–  Zasadniczo w kontaktach międzynarodowych nie przytrafiają mi się gafy, ale raz bardzo mocno spóźniłem się na spotkanie, bo nie znałem specyficznej sytuacji lokalnej. W grudniu 2009 r., będąc w Buenos Aires w Argentynie, mieszkałem w hotelu, w samym centrum miasta, przy słynnej osiemnastopasmowej Avenida 9 de Julio. Dwa skrzyżowania dalej była Avenida de Mayo, ulica bezpośrednio prowadząca do Pałacu Prezydenckiego. 
Na 16. miałem umówione spotkanie w jednej z najbardziej elitarnych restauracji w Buenos z przedstawicielami argentyńskiego klubu River Plate. Ponieważ restauracja znajdowała się zaledwie ok. 15 min jazdy samochodem od hotelu, to zamówiłem taksówkę na 15.20. Kiedy zszedłem na dół, okazało się, że taksówki nie ma, ponieważ... ulice okalające hotel wypełnia dwudziestotysięczna manifestacja, która właśnie kieruje się pod Pałac Prezydencki. Pomyślałem, że pójdę w takim razie w przeciwną stronę i tam złapię taksówkę. Przy każdym następnym hotelu dołączało po kilka, kilkanaście osób potrzebujących taksówki. Ja swoją złapałem dopiero po kolejnym kilometrze i odbiciu z głównego traktu – </i>mówi Grzegorz Kita, prezes agencji marketingu sportowego Sport Management Polska</p>
<p><i>
– Czego wówczas nie wiedziałem o Buenos? Że w tym mieście, w centrum, codziennie muszą odbyć się przynajmniej trzy demonstracje i każda z nich idzie pod Pałac Prezydencki. Gdy dotarłem na spotkanie, partnerzy biznesowi z Buenos, którzy czekali wyrozumiale, wyjaśnili mi, że kiedy mieszkaniec stolicy Argentyny wychodzi rano na ulicę i nie widzi żadnej demonstracji, natychmiast ucieka z powrotem do mieszkania i zamyka się na cztery spusty albo pakuje i ucieka z miasta. Brak demonstracji oznacza bowiem, że widocznie doszło w nocy do przewrotu i wojsko przejęło władzę – </i>dodaje. </p>

<h4>Kultury w pigułce</h4>

<p>Co warto wiedzieć o naturze biznesowej narodów, z którymi Polacy prowadzą biznesy?<br />  
Amerykanie charakteryzują się liniowym podejściem do czasu, co oznacza, że ma on dla nich koniec i początek, a więc trzeba go jak najlepiej wykorzystać. Szybkie tempo w realizacji zadań wiąże się z dopuszczanymi przez Amerykanów błędami. Ważne są plany dnia, zwięzłość podczas wypowiedzi i prezentacji. Materiały, których dostarcza się Amerykanom, powinny być jasne i przejrzyste, a najlepiej sporządzone w punktach. 
W Stanach Zjednoczonych liczy się również prawne dopracowanie kontraktów. W grubych księgach z umowami zawarte są wszystkie sytuacje prawne, na które mogą natknąć się firmy. Nie istnieje możliwość wprowadzania w nich modyfikacji, co dopuszczają np. Chińczycy. </p>

<p>Przedstawiciele Chińskiej Republiki Ludowej charakteryzują się nawiązywaniem bliskich relacji. Dla nich liczy się człowiek, a nie firma, dlatego nierzadkie jest łączenie życia prywatnego ze służbowym. To, co nie powinno w Chinach dziwić, to częste wręczanie sobie nawet bardzo drogich prezentów. Relacje biznesowe najczęściej zaczyna się budować w restauracji, w której rachunek za wszystkich, przy pierwszej wizycie, płaci Chińczyk. Zaproponowanie podziału zapłaty będzie bardzo obraźliwe, jednak następnym razem należy zapłacić za swojego gościa i jego towarzyszy. Oprócz tego, każdy prezent wymaga odwzajemnienia, co ludziom Zachodu może kojarzyć się z korupcją. Na Wschodzie ma to jednak inne znaczenie i wiąże się z guanxi (czyt. głansi), czyli siecią znajomości, bez której robienie interesów jest niemożliwe. W Azji człowieka postrzega się przez pryzmat tego, co sądzą o nim inni, a nie tego, co on sam o sobie powie, więc reputacja budowana dzięki znajomościom to podstawa.  </p>

<h4>Polskie bratanki?</h4>
<p>
Łatwiej Polakom robić interesy w bliżej położonych krajach: Ukrainie, Rosji, Czechach, Słowacji czy Węgrzech. Nie można jednak dać się zwieść bliskości geograficznej. Przykładem są Czechy, którzy w przeciwieństwie do Polaków są najbardziej zlaicyzowanym krajem Europy, i wartości takie jak Bóg, rodzina nie mają u nich aż takiego znaczenia jak w Polsce. Poza tym, Czesi mają do siebie większy dystans niż Polacy. </p>
<p>
Rosja, podobnie jak Polska, charakteryzuje się relacyjnością w biznesie, choć nie jest ona aż tak silna jak chińska. U wschodnich sąsiadów liczą się częściej znajomości niż wiedza i budowanie relacji po pracy – przy alkoholu czy w rosyjskiej łaźni. Rosjan cechuje wysoki poziom lojalności wobec znajomych i nieufność wobec obcych. Rosjanie chętniej podejmują ryzyko i lubią, gdy ktoś walczy o swoje, więc niechętnym okiem patrzą na osoby szybko poddające się w negocjacjach. </p>

<p>
Źródło sukcesu leży w tym, żeby zrozumieć nie to, jaka kultura jest, ale dlaczego taka jest. </p>

<p>Joanna Sopyło</p>
]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Jeśli jabłko - to MacIntosh</title>
    <id>http://franchising.pl/6423/jesli-jablko-to-macintosh/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/6423/jesli-jablko-to-macintosh/" />
    <updated>2011-10-06T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Pan Bóg stworzył Adama i Ewę. A jabłko stworzył Steve Jobs. I dorzucił kilka pokoleń grzesznych gadżeciarzy.</p>
    <img src="http://images.franchising.pl/ef9/3e9/jobs-steve-apple-s.jpg" alt="Steve Jobs Apple" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Pan Bóg stworzył Adama i Ewę. A jabłko stworzył Steve Jobs. I dorzucił kilka pokoleń grzesznych gadżeciarzy.</strong></p><p>Kiedy siadamy do laptopa i przeciągamy myszką  po ekranie, gdy słuchamy muzyki z iPoda i oglądamy zdjęcia na dotykowym ekranie naszej komórki iPhone, w końcu gdy podziwiamy komputerowe animacje w filmie „Toy Story”, wtedy stajemy się dziećmi wyobraźni Steve’a Jobsa, właściciela i twórcy potęgi koncernu Apple. Steve Jobs umiał nie tylko wymyślić produkt, który usprawnia życie, ale jeszcze nasączyć go marketingowym sosem, tak aby nowego urządzenia potrzebował każdy. Myszkę, graficzny interfejs ekranu komputera, iPoda (odtwarzacz muzyki w formacie mp3), iPhone’a (multimedialna komórka z dotykowym wyświetlaczem) i ostatnio iPada – minilaptopa z dotykowym ekranem – te wszystkie urządzenia wymyślił jeden człowiek, tworząc firmę, która w 2010 roku warta była 50 mld dolarów. Od czasu premiery w 2001 roku iPoda kupiło 160 milionów osób. Tylko w pierwszym roku sprzedaży iPhona nabyło 13 milionów ludzi. Będąc genialnym wynalazcą, Steve Jobs był jednocześnie człowiekiem, którego życie od początku nie rozpieszczało. </p>

<h4>Adoptowany syn Araba</h4>

<p>Jobs to nazwisko przybranych rodziców Steve’a. Twórca koncernu Apple był bowiem biologicznym synem Joanne Simpson i Syryjczyka Abdulfattah John Jandaliego. Wkrótce po urodzeniu został adoptowany. W 1972 r. Jobs ukończył szkołę średnią w Cupertino w Kalifornii i przez jeden semestr studiował w Reed College w Portland w stanie Oregon. Studiów jednak nie ukończył; być może braki w wiedzy zemściły się potem, gdy przegrał walkę o ster we własnej firmie i został na kilkanaście lat zmuszony do jej opuszczenia.</p>

<p>Jobs był wegetarianinem. Nie uchroniło go to przed poważnymi schorzeniami układu pokarmowego. W 2004 roku poddał się operacji usunięcia nowotworu trzustki. W styczniu 2009 rozesłał e-mail do pracowników, w którym poinformował o swoim urlopie zdrowotnym. W wiadomości można było przeczytać, że jego pierwotne problemy okazały się o wiele poważniejsze, niż podejrzewał. Jobs przeszedł pomyślnie zabieg przeszczepu wątroby zajętej przerzutami raka trzustki. W styczniu 2010 roku, zaledwie pół roku po operacji, na specjalnej konferencji Jobs prezentował już ostatnie dziecko koncernu Apple – iPad – multimedialny minilaptop z dotykowym ekranem. Siłę i charyzmę Jobsa od zawsze nakręcała praca. Walkę z chorobą przegrał po 7 latach prób leczenia, 5 października 2011 roku. Do ostatniego dnia był przewodniczącym rady nadzorczej Apple. </p>

<h4>Komputery pod strzechy</h4>

<p>Fakt, że komputery osobiste są dzisiaj częścią naszej codzienności, zawdzięczamy Jobsowi i Wozniakowi. W 1977 r. zbudowali Apple II, który odniósł sukces na rynku komputerów domowych. Dzięki Apple II firma Apple stała się jednym z najważniejszych przedsiębiorstw produkujących komputery domowe.</p>

<p>To był dopiero początek. Prawdziwy podbój rynku amerykańskiego nastąpił w 1981 roku, kiedy Apple IIe, pierwszy komputer na świecie, który mógł wyświetlić kolorową grafikę, wyposażony został w prosty edytor tekstów – AppleWrite oraz arkusz kalkulacyjny. Wraz ze sprzedażą komputerów firma rosła. W 1980 roku Apple weszło na nowojorską giełdę papierów wartościowych, zatrudniało już kilka tysięcy osób. Przebojem była kolejna wzmocniona wersja Apple IIe. Ten komputer był najdłużej, bo aż 11 lat, produkowanym komputerem w historii firmy.</p>

IMG:21590:

<h4>Era Macintosha</h4>

<p>Przełomem dla Apple Computer był rok 1984 – premiera Macintosha. Prace nad tym komputerem trwały kilka lat i prowadzone były pod piracką flagą, która zawisła nad siedzibą firmy na znak, że konkurencja zostanie doszczętnie zniszczona. Aby przyspieszyć prace nad komputerem, Steve Jobs zaprosił do współpracy informatyka Billa Gatesa. Zaproponował mu, aby zaprojektował część aplikacji dla Macintosha, m.in. edytor tekstu i arkusz kalkulacyjny. Tak też się stało. Bill Gates napisał kilka programów kompatybilnych z produktami Apple`a, co nie pozostało bez konsekwencji w późniejszym okresie, gdy skopiował je na potrzeby Microsoftu.</p>

<p>Premiera Macintosha była doskonale przygotowana. Do kanonu gatunku przeszła telewizyjna reklamówka z 22 stycznia 1984 roku. Trwający minutę klip wyreżyserowany został przez Ridleya Scotta w orwellowskiej konwencji i przedstawiał upadek świata IBM, który zniszczony został przez nowy komputer. Film kosztował 900 tysięcy dolarów i doczekał się kilku nagród, m.in. Grand Prix festiwalu w Cannes w 1984 r. oraz otrzymał tytuł reklamy wszech czasów w 1997 roku. Zainstalowany w komputerze system McOS oferował wiele rewolucyjnych rozwiązań. Obraz wydrukowany z ekranu był taki sam jak na monitorze, co dotąd nie było możliwe. Macintosh 512k był sprzedawany z dwiema aplikacjami – edytorem tekstu MacWrite oraz grafiki – MacPaint, które wyznaczyły nową drogę w projektowaniu aplikacji biurowych i były później bezlitośnie naśladowane np. w MS Windows.</p>

<h4>O czym jeszcze marzysz?</h4>

<p>Kluczem do sukcesu dla Apple stało się wykreowanie świata pod znakiem jabłuszka. Steve Jobs okazał się mistrzem marketingu w świecie zdominowanym przez PC oraz Windows. Podstawowym celem reklamy Apple’a jest odwołanie się do gustów użytkowników: dobrze sytuowanych, młodych, wykształconych ludzi. Apple nie sprzedaje im tylko produktów, ale również przynależność do grupy. W reklamach iPodów koncentrowano się w nich nie tyle na urządzeniu lub jego funkcjach, co na sylwetkach rozbawionych osób na kolorowym tle. Przekaz był prosty: kup iPoda, a tak jak my będziesz cool.</p>

<p>Odważna polityka marketingowa przyniosła rezultaty. Fanów Apple’a uważa się za największą subkulturę wśród internautów, a serwisy poświęcone firmie mają miliony użytkowników, którzy są równocześnie bardzo lojalnymi klientami. Komputery Apple`a wyróżnia ciekawy design, tworzony przez specjalistów od wzornictwa przemysłowego. A nazwa „Apple”? Wymyślił ją oczywiście Steve Jobs, który w latach 70. żył w środowisku hipisów. Zainspirowała go praca przy zbieraniu jabłek w sadzie owocowym przyjaciół. Pierwszy logotyp to tęczowe, nadgryzione jabłko. Przez lata znaczek Apple’a ulegał ewolucji, aż w 1997 r. Jobs zdecydował się na porzucenie wielobarwnego znaku na rzecz jabłuszka jednolicie srebrzystego.</p>

<p>Co jeszcze mógłby wymyślić Steve Jobs? Nowy komputer, telefon, może aparat? Tego nie wiadomo, wiadomo jedynie, że byłoby nam to bardzo potrzebne…</p>

<p>Arkadiusz Słodkowski<br /> Joanna Kurda-Słodkowska</p>
]]>
    </content>
</entry>
                <entry>
    <title>Jak odpoczywają biznesmeni</title>
    <id>http://franchising.pl/4869/jak-odpoczywaja-biznesmeni/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4869/jak-odpoczywaja-biznesmeni/" />
    <updated>2009-09-10T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Pracują dużo, choć nie spędzają całych dni w firmie. Lubią podróże i pracę w ogrodzie. Ponad wszystko cenią sobie życie rodzinne. Bez niego, tak jak bez pracy, nie wyobrażają sobie życia.</p>
            ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Pracują dużo, choć nie spędzają całych dni w firmie. Lubią podróże i pracę w ogrodzie. Ponad wszystko cenią sobie życie rodzinne. Bez niego, tak jak bez pracy, nie wyobrażają sobie życia.</strong></p><p>Biznesmeni to jedna z najbardziej zapracowanych grup zawodowych. Panuje przekonanie, że właściciele firm pracują od rana do późnego wieczora, poza pracą nie widzą już świata, zaniedbują rodziny i nie mają wakacji. Biznesmeni uważani są zwykle za osoby, które bez reszty poświęciły się życiu zawodowemu i ich firmy stanowią najwyższą wartość. Czy taki jest rzeczywisty obraz polskiego biznesmena? Czy ten dość mocno zakorzeniony obraz człowieka sukcesu jest prawdziwy? Do zwierzeń o swoim dniu, pracy, hobby i czasie wolnym zachęciliśmy kilku ludzi biznesu, którzy odnieśli niewątpliwy sukces zawodowy.</p>

<h4>Prozaiczny poranek</h4>
<p>Dzień polskiego biznesmena zaczyna się zwyczajnie &#8211; pobudką między godziną 6 a 7 rano, tak by już około 8 wyjść do pracy.</p>
	
<p>&#8211; Wstaję zazwyczaj około 6 rano i idę z psem do pobliskiego lasu &#8211; opowiada Karolina Rozwandowicz, współzałożycielka i szefowa sieci pizzerii DaGrasso. &#8211; Choć nie zawsze chce mi się tak wcześnie zrywać z łóżka, nie mam wyboru. Staram się jednak nie pracować dłużej niż do godziny 16. Chyba że dzieje się coś ważnego, np. realizujemy jakiś projekt. Wówczas zdarza mi się zostać dłużej, nawet do 20. Staram się nie wychodzić później.</p>
	
<p>O godz. 8 rano do pracy wychodzi także Sławomir Rogoziński, dyrektor ds. rozwoju marki sieci Telepizza. Odprowadza dzieci do szkoły, a potem spieszy się do pracy. W firmie przebywa tak długo, jak wymagają tego sprawy zawodowe, często aż do późnego wieczora. Sporo czasu w firmie spędza także Paweł Korobacz, dyrektor sieci detalicznej jubilerskiej firmy Yes.</p>
	
<p>&#8211; Sprawy biznesowe zajmują około jedenastu godzin mojego dnia &#8211; opowiada dyrektor Korobacz. &#8211; Na życie prywatne zostaje ok. 5-6 godzin. Do pracy wychodzę między 8 a 8.30, a wracam między godz. 18 a 19.</p>
	
<p>Podobne godziny zaczynają i kończą zawodowy dzień Macieja Fedorowicza, twórcy i prezesa firmy Gino Rossi. Kamil Polikowski, dyrektor ds. franczyzy eurobanku pracuje zaś od 9 do 19. </p>

<h4>W domu muzyka, książka, ogród</h4>
<p>Po powrocie do domu biznesmeni starają się nie żyć sprawami firmy. Sławomir Rogoziński relaksuje się po pracy z żoną w cieple domowego kominka. Sporo czasu poświęca dzieciom, z którymi najchętniej czyta książki. Czasem dyrektor włącza telewizję, żeby obejrzeć najnowsze wiadomości. Biznesowa żyłka, mimo wszystko, w domu też jest obecna, bo niekiedy uwagę biznesmena przykuwają kanały specjalistyczne, np. TV Biznes. Karolina Rozwandowicz mieszka na wsi. W domu jest już po ok. kwadransie od zakończenia pracy. Gdy przekroczy próg domowych pieleszy, stara się zapomnieć o pracy zawodowej.</p>
	
<p>&#8211; To, czym się zajmuję w domu, uzależnione jest od pór roku &#8211; opowiada. &#8211; Wiosną i latem spędzam dużo czasu w przydomowym ogrodzie, robiąc np. porządki. Mam blisko las, więc gdy jest ciepło, spaceruję wśród drzew i robię zdjęcia. Gdy nie mam na nic ochoty, po prostu siedzę na tarasie, patrzę w dal i rozmyślam. Czasem jednak, gdy rozpiera mnie energia, z moim synkiem gramy w piłkę, jeździmy na rowerach, albo np. idziemy popływać na basenie.</p>
	
<p>Zimą twórczyni sukcesu DaGrasso zazwyczaj spędza czas w domu. Wówczas lubi czytać książki o projektowaniu ogrodów, biografie znanych ludzi, książki podróżnicze, rozmyśla i planuje wakacyjne wyjazdy.</p>
	
<p>&#8211; Wolny czas to oderwanie od pracy, staram się nie myśleć o aktywności zawodowej, więc rzadko oglądam telewizję, praktycznie nie czytam gazet, wolę książki &#8211; opowiada. &#8211; Lubię także posłuchać muzyki, na nowo odkryłam dokonania Kultu i Kazika, lubię też Red Hot Chili Peppers, Manu Chao, Cesarię Evorę. Dużo czasu staram się poświęcić mojemu synowi &#8211; Kubie. Zazwyczaj każdą wolną chwilę spędzamy razem np. wspólnie odrabiamy lekcje.</p>
	
<p>Muzyka to także pasja, której w wolnych chwilach oddaje się Paweł Korobacz. Dyrektor w firmie Yes lubi posłuchać rocka z lat 70., bluesa, a nawet punk rocka i new wave. Oprócz tego, w czasie wolnym oddaje się lekturze prasy, głównie tygodników i pism branżowych: Newsweeka, Polityki, Manager Magazinu, Logo czy Żagli. Biznesmen lubi także pooglądać telewizję, ale stawia na informacje. Jego ulubione kanały to TVN 24, CNN, czasem włączy TVN i państwową Jedynkę. Maciej Fedorowicz po powrocie do domu jeszcze 2-3 godziny poświęca sprawom zawodowym. Później zazwyczaj czyta prasę branżową. Nie wyobraża sobie końca dnia bez obejrzenia serwisu informacyjnego w TVN 24, czy CNBC Biznes. Po trudach pracy lubi się zrelaksować przy muzyce Astora Piazzoli oraz muzyce z lat młodzieńczych (60. i 70.). Z kolei Kamil Polikowski po powrocie do domu poświęca czas narzeczonej, czyta gazety, chodzi do fitness klubów, ogląda wiadomości w telewizji, filmy na dvd, albo gra w szachy w internecie.</p>

<h4>Weekend to relaks</h4>
<p>Po trudach całego tygodnia biznesmeni starają się w weekend zregenerować i odpocząć od pracy. Chociaż czasami zdarzają się wyjątki.</p>
	
<p>&#8211; Weekend to dla mnie przede wszystkim czas relaksu i odpoczynku &#8211; mówi Sławomir Rogoziński. &#8211; Sporadycznie zdarza się, że muszę pojawić się w pracy, gdy czuwam nad jakimś ważnym projektem.</p>
	
<p>Czasem do biura zagląda w weekendy prezes Gino Rossiego. Tłumaczy, że jest to niestety konieczne, bo branża detaliczna pracuje w soboty i niedziele, więc jest zmuszony do pracy.</p>
	
<p>&#8211; Wychodzi więc na to, że weekendy dzielę pomiędzy pracę a odpoczynek &#8211; mówi prezes. &#8211; Jednak staram się w wolne dni regenerować. Osiągam to dzięki spotkaniom ze znajomymi, gram w tenisa stołowego, brydża i tenisa ziemnego.</p>

<p>Spotkania ze znajomymi i rodzinne wyjazdy wypełniają weekendy Pawła Korobacza. Wówczas relaksuje się najlepiej. Dyrektor lubi także wizyty w kinie. Czasem jednak nie może oprzeć się pokusie i zagląda do internetu, by sprawdzić, jak idzie sprzedaż w jubilerskich salonach Yes. Za nic na świecie nie pracuje w weekendy Karolina Rozwandowicz. Dwa wolne dni stara się spędzać z synem, czytać, słuchać muzyki i pracować w ogrodzie. Frajdę sprawia jej także skrzyknięcie się na spotkanie ze znajomymi. Przyznaje, że osiem godzin w pracy w tygodniu dostarcza jej wielu przeżyć, więc od weekendu nie oczekuje szczególnych atrakcji. Rzadko wolne ma Kamil Polikowski, bo sprawy zawodowe pochłaniają także weekendy. Jednak gdy nie musi pojawiać się w pracy, najchętniej czyta książki, chodzi do kina albo spędza aktywnie czas: gra w badmintona, squasha.</p>

<h4>Wakacje &#8211; czas na hobby</h4>
<p>Maciej Fedorowicz wypoczywa trzy razy w roku. Ale nigdy nie wyjeżdża na dłużej niż na tydzień. Twierdzi, że tęskni do firmy i trudno mu rezygnować z kontaktu ze spółką na dłużej.</p>
	
<p>&#8211; Dlatego wakacje mam raz na kwartał &#8211; opowiada prezes Fedorowicz. &#8211; Zimą jeżdżę na narty w Dolomity, bywałem ostatnio dwukrotnie w Rzymie. Podczas trzeciego wyjazdu, jesiennego, obieram kierunek śródziemnomorski. W tym łagodnym klimacie ładuję akumulatory, ciesząc się słońcem przed nadchodzącą zimą.</p>
	
<p>Sławomir Rogoziński ma tyle wolnych dni w roku, na ile pozwala praca i obowiązki. Przyznaje, że stara się spędzać w rodzinnym gronie wszystkie dni świąteczne oraz przynajmniej jeden dzień w tygodniu. Wówczas spędza je z rodziną na rowerowych wycieczkach, w kinie albo chodzi z dziećmi do parków rozrywki. Z kolei szefowa Da Grasso jeździ na wakacje od niedawna.</p>
	
<p>&#8211; Przez ostatnich kilka lat nie miałam w ogóle wakacji &#8211; opowiada Karolina Rozwandowicz. &#8211; Jednak po ostatnich zmianach w firmie i przekazaniu części obowiązków pracownikom, w tym roku udało mi się dwukrotnie wyjechać w listopadzie. W tym roku planuję jeszcze jeden wypad. Na przyszły rok plany są również ambitne, bo chcę nadrobić stracony czas. Podczas tych wyjazdów będę chciała zaspokoić swoją ciekawość do świata podwodnego oraz do sportów zimowych.</p>
	
<p>Ostatnie 1,5 roku to także wytężony okres dla Kamila Polikowskiego. Rozwijał placówki franczyzowe Eurobanku, więc o wolnym czasie mógł jedynie pomarzyć. Ostatnie wakacje spędził w Hiszpanii. Paweł Korobacz dzieli urlop na zimowy i letni. Zimą spędza minimum tydzień na nartach, jeśli pozwala na to czas, wyjeżdża też poszusować podczas weekendów. Lato spędza pod żaglami.</p>
	
<p>&#8211; Najczęściej na 10-14 dni wyjeżdżamy wraz z przyjaciółmi popływać po mazurskich jeziorach &#8211; mówi. &#8211; Gdy zostanie jeszcze kilka wolnych dni, uciekamy na działkę nad morze. Wakacje to także czas, kiedy oddaję się moim hobby: majsterkuję i dłubię. Naprawiam i usprawniam, moją motoryzacyjną miłość czerwone Renault 4.</p>

<h4>Dom to domena żon</h4>
<p>Zapracowani biznesmeni, którzy całą energię poświęcają pracy zawodowej, rzadko mają już siły, by włączyć się w prowadzenie domu. Przyznają, że w tych obowiązkach zazwyczaj wyręczają ich żony.</p>
	
<p>&#8211; Niestety, w znacznej mierze dom jest na głowie mojej małżonki &#8211; wyjawia Paweł Korobacz. &#8211; Tylko od święta posprzątam, coś ugotuję. Na co dzień mój udział w prowadzeniu domu jest znikomy. Na szczęście moje dzieci są już dorosłe, jeden z synów studiuje, drugi uczy się w liceum, więc nie potrzebujemy nikogo do pomocy w domu.</p>
	
<p>Kamil Polikowski przyznaje, że prace domowe nie należą do jego ulubionych. Woli być kibicem. Dodaje jednak, że jeśli czas mu na to pozwala, stara się być panem kuchni i samodzielnie przygotowuje smaczne potrawy. Do gotowania garnie się także Sławomir Rogoziński, ale tylko w weekendy. Na co dzień domem zajmuje się żona. Z pomocy bliskich korzysta też Karolina Rozwandowicz, która nie ukrywa, że nie angażuje się w prowadzenie domu. Tymi kwestiami oraz opieką nad zwierzętami zajmuje się gosposia. Zaś o stronę kulinarną dba mama bizneswoman.</p>

<h4>Syn, święty spokój i zgoda</h4>
<p>Choć nasi rozmówcy spędzają w pracy większą część dnia, to przyznają, że nie zawsze biznes jest dla nich najważniejszy.</p>
	
<p>&#8211; Dla mnie liczy się syn &#8211; stwierdza Karolina Rozwandowicz. &#8211; Na dalszych miejscach są święty spokój oraz życie w zgodzie ze sobą. Biznes jest ważny o tyle, że zajmuje mi pół każdego dnia i dzięki niemu się nie nudzę. Poza tym, nie ukrywam, daje też wiele satysfakcji. Nie mogę jednak powiedzieć, że biznes to moja pasja. Powiedziałaby, raczej, że to coś przypadkowego, innego, bliżej niezidentyfikowanego, choć już oswojonego.</p>
	
<p>Także Sławomir Rogoziński nie ukrywa, że liczy się dla niego przede wszystkim rodzina. Biznes zaś jest pasją i zawodem. Szef w Telepizzy stara się w życiu robić to, co sprawia mu przyjemność, i podkreśla, że tak właśnie się dzieje. Tym samym praca daje mu sporo satysfakcji. W inny sposób traktuje pracę Paweł Korobacz:</p>
	
<p>&#8211; Rodzina, spokój, miłość, dobro, lojalność &#8211; wylicza. &#8211; Te wartości są dla mnie najważniejsze. Biznes nie jest najważniejszy, to tylko środek do osiągnięcia pewnych celów, ale nie może przesłaniać reszty pięknego świata.</p>
	
<p>Dyrektor dodaje, że biznes jest dla niego czymś pośrednim pomiędzy pasją a zawodem. Według Korobacza, aby być dobrym w tym, co się robi, niezbędna jest odrobina pasji. Równocześnie dodaje, że zawsze stara się pamiętać, że na świecie, poza pracą, istnieje jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy. Kamil Polikowski przyznaje, że biznes jest bardzo ważną częścią jego życia. Z nim wiąże swoje zainteresowania i jest dlań pasją. To także sposób na życie, na ciągłe rozwijanie się i udoskonalanie tego, co robi.</p>
	
<p>&#8211; W każdy projekt biznesowy, którym się zajmuję staram się włożyć jak najwięcej pasji i jak najwięcej zdobytego doświadczenia &#8211; mówi. &#8211; Zależy mi bowiem na osiąganiu sukcesów, lubię czuć smak zwycięstwa w biznesie. Jednak mimo wszystko najważniejsza jest dla mnie rodzina.</p>
	
<p>Dla Macieja Fedorowicza najważniejsza jest rodzina i... Gino Rossi. Przyznaje, że spółka, którą tworzył, jest jego dzieckiem i częścią rodziny.</p>
	
<p>&#8211; Dlatego lubię pracować i nie wyobrażam sobie życia bez pracy, bez udoskonalania się &#8211; mówi. - Z wielką pasją przeglądam więc albumy z butami, dokumentacją wzorniczą innych firm i tam szukam inspiracji. To daje mi nową wiedzę, poszerza znajomość branży. Praca bez pasji nie miałaby dla mnie sensu. Do firmy idę każdego dnia z wielką przyjemnością, to tu realizuję się w stu procentach. Bez pasji, czyli pracy, trudno byłoby mi żyć.</p>
	
<p>Jak widać, polscy biznesmeni nade wszystko cenią sobie udane życie rodzinne. To dla nich wartość nadrzędna. Ciężko pracują i poświęcają mnóstwo czasu biznesowym projektom, jednak nie stają się odhumanizowanymi maszynami, po trupach zmierzającymi do wyznaczonych celów. Szczęście daje im dom, bliscy, rodzina. Czyżby polski biznes przeszedł metamorfozę? Najwyraźniej.</p>
	
<p>Michał Bogurat </p>]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>McDonald’s lubi zaszaleć </title>
    <id>http://franchising.pl/4865/mcdonalds-lubi-zaszalec/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4865/mcdonalds-lubi-zaszalec/" />
    <updated>2009-09-10T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>- Na początku działalności McD w Polsce samochodem służbowym był mój wysłużony fiat 126p, w którym wyjąłem przednie siedzenie pasażera - mówi Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych McDonald’s Polska.</p>
    <img src="http://images.franchising.pl/78b/f02/mcdonalds-jedzenie-blue-city-1.jpg" alt="Zestaw obiadowy Mc Donald\'s." />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>- Na początku działalności McD w Polsce samochodem służbowym był mój wysłużony fiat 126p, w którym wyjąłem przednie siedzenie pasażera - mówi Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych McDonald’s Polska.</strong></p><p>– Kiedy zetknąłem się po raz pierwszy z wolnym rynkiem, nie było to dla mnie, wbrew oczekiwaniom, miłe spotkanie – przyznaje Kłapa. Nowa jakość w gospodarce kazała sobie słono płacić – musiałem zamknąć dotychczasową działalność. A przecież pod koniec lat 80. miałem nieźle prosperującą wytwórnię pomocy dydaktycznych. Współpracując z państwowymi partnerami, zaopatrywałem szkoły w całym kraju. </p>
	
<p>Po zmianach, jakie nastąpiły w Polsce w 1989 roku, budżety szkół zostały radykalnie ograniczone, zmalał popyt na moje wyroby. Cóż było począć, musiałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie zastanawiałem się długo. Zwinąłem biznes i wyjechałem do Szkocji, gdzie po kilkutygodniowym szkoleniu rozpocząłem pracę jako barman w największej włoskiej restauracji. I być może byłbym dziś królem szkockiej whisky i markowych win włoskich, gdyby nie docierały do mnie regularnie z Polski informacje, że w kraju pojawia się coraz więcej perspektyw na ciekawą karierę zawodową. </p>
	
<p>W kwietniu 1991 roku wróciłem do Warszawy i zacząłem pracę w firmie organizującej wsparcie dla zagranicznych inwestorów. Ale że inwestorów jeszcze nie było tak wielu, a i firma nie należała do potentatów w swojej branży, zacząłem rozglądać się za innym zajęciem. W tym czasie McDonald’s Polska został oficjalnie zarejestrowany i rozpoczęto nabór pierwszych pracowników. Do dziś pamiętam, że wysłałem wtedy trzy aplikacje: do japońskiego potentata branży elektronicznej, międzynarodowej sieci hoteli i właśnie do McDonald’s na stanowisko menedżera restauracji. Od każdej firmy dostałem pozytywną odpowiedź. Rozpocząłem jednocześnie rozmowy z przedstawicielami wszystkich. </p>

<h4>Od pierwszego wrażenia</h4>
<p>– Jednak najlepsze wrażenie wywarły na mnie spotkania z reprezentantami McDonald’s. Wtedy nie było jeszcze biura tej firmy w Warszawie i negocjacje z europejskimi szefami odbywały się w warszawskim hotelu Victoria. Pamiętam do dziś, w eleganckim apartamencie prezydenckim przyjęła mnie dama z manierami arystokratki, ubrana w stylizowany strój bawarski. Była to Monika von Walbrunn, ówczesna szefowa personalna całego regionu. Zostałem bardzo elegancko powitany, a kelner wtoczył barek z kawą i… alkoholami. Wyczułem w tym swoistą formę testowania kandydata do pracy. Dyplomatycznie nie przyjąłem zaoferowanej szklaneczki szkockiej – wspomina Krzysztof Kłapa. - Nie sądzę, że to właśnie miało największe znaczenie, ale efektem rozmowy była propozycja wyjazdu do Wiednia, kolejnych rozmów i negocjacji oraz wizyt w restauracjach sieci. Ostatecznie uzgodniliśmy warunki i razem z pięcioma innymi świeżo upieczonymi polskimi McKandydatami wyjechałem na szkolenia do Austrii. Mieszkając w komfortowych warunkach, pilnie poznawałem tajniki McDonald’s. Cały czas byliśmy uważnie obserwowani i oceniani. Wydaje się, że dość szybko nasi korporacyjni opiekunowie potwierdzili trafność swoich wstępnych wyborów. Już podczas tego pobytu w Wiedniu roztaczano przede mną wizje pracy w przyszłym warszawskim biurze. Było coraz ciekawiej.</p>
	
<p>Na początku września 1991 roku podpisałem umowę o pracę i ponownie wyjechałem do Wiednia, tym razem na intensywne szkolenie. Tam spotkałem kilku innych Polaków zdobywających, podobnie jak ja, firmowe doświadczenie. Co ciekawe, większość z nas, pierwszych pracowników McDonald’s Polska, związana jest z firmą do dziś. Autentyczną przygodę pierwszych miesięcy działalności przekuliśmy w trwającą wiele lat relację.</p>
	
<p>Moja kariera w McDonald’s nabierała rumieńców. Wyjechałem do Kanady, aby kontynuować szkolenia w realiach kontynentu amerykańskiego. Ja i moi koledzy stawaliśmy się coraz bardziej wartościowymi menadżerami. Już po kilku tygodniach zarządzaliśmy restauracjami.</p>

<h4>Maluchem po VIP-ów</h4>
<p>– Przed powrotem do Polski na krótki noworoczny urlop otrzymałem propozycję objęcia stanowiska szefa działu personalnego i w efekcie w pierwszych dniach stycznia 1992 roku zamieniłem kanadyjską restaurację na skromne biuro na warszawskim Mokotowie. Składało się ono z zaledwie trzech pokoi wynajętych w pamiętającym minioną epokę, popeerelowskim biurowcu – mówi Krzysztof Kłapa. W jednym pokoju stały trzy biurka dla czterech pracowników (na szczęście było pięć krzeseł), w drugim mieścił się podręczny magazyn, a całe wyposażenie ostatniego pomieszczenia stanowiła… wykładzina podłogowa. Tam przyjmowaliśmy amerykańskich szefów. Siadaliśmy gdzie popadnie, na podłodze, przy kaloryferach (wtedy zimy były z prawdziwego zdarzenia) i długie godziny tworzyliśmy przyszłą strategię firmy. Pionierski okres pierwszych miesięcy obecności McDonald’s w Polsce. Także pod względem transportowym.</p>
	
<p>W pierwszych tygodniach działalności firmy praktycznie jedynym samochodem służbowym ogólnie dostępnym był mój stary, wysłużony fiat 126p. Dla uzyskania maksymalnego komfortu w tym włoskim wynalazku wyjąłem przednie siedzenie pasażera. Tak zmodyfikowanym „bolidem” przewoziłem firmowych VIP-ów z lotniska do hotelu Marriott. Bywało i tak, że zanim wsiedli do samochodu, musieli go wspólnie ze mną zapalać „na pych”. Dzięki temu mój „maluch” – pierwszy służbowy samochód – stał się legendą. Nie tylko w Polsce. W przenośni i dosłownie, bo za którymś razem silnik auta nie wytrzymał. Eksplodował w chwili, kiedy chciałem szarmancko podjechać pod hotel, w którym dwóch amerykańskich bossów niecierpliwie oczekiwało przejażdżki sławnym już pojazdem.</p>
	
<p> Po przygodach z maluchem, od 1992 roku jeżdżę wyłącznie samochodami służbowymi z prawdziwego zdarzenia, miałem ich już kilkanaście. Aktualnie to volvo, ale już wkrótce będę miał możliwość poznać zalety innej marki. To także korzyści związane z pracą w dobrej firmie.</p>

<h4>Pierwsze burgery McD</h4>
<p>– A pracy w McDonald’s nigdy nie brakowało, ani w pierwszym okresie działalności, ani teraz – mówi Krzysztof Kłapa. Organizowałem i prowadziłem setki prezentacji, wspólnie z kolegami przeprowadziliśmy tysiące rozmów z kandydatami do pracy. Pamiętam, jak w celu przeprowadzenia naboru pracowników do pierwszej restauracji w Warszawie wynajęliśmy w ciemno, bez wcześniejszego sprawdzenia, salę w ówczesnym Domu Towarowym Junior. Była to tzw. czytelnia prasy. Na kijach wisiały gazety, wielkie popielniczki uginały się od petów, a w małym barku drzemał szatniarz. Na szczęście los zrządził, że nie zaufałem rozmowie telefonicznej i w wieczór poprzedzający nasze prezentacje w sali czytelni poszedłem tam z grupą zagranicznych kolegów. Ujrzeliśmy obraz nędzy i rozpaczy: połamane fotele i stoliki, wykładzinę z dziurami, sterty śmieci. Bez słowa zdjęliśmy marynarki i z pomocą pożyczonych gdzieś szczotek i szmat pucowaliśmy salę do trzeciej nad ranem. Praca od podstaw – jak w haśle przewodnim naszej firmy.</p>
	
<p>Kolejne prezentacje organizowaliśmy już w hotelu Victoria. Mieliśmy ustalony scenariusz. Asystentka umawiała grupy osób na określone godziny. Ja przedstawiałem firmę i warunki pracy. Potem rozdawaliśmy ankiety i zainteresowani zostawali na indywidualny wywiad. Ci, którzy przeszli ten etap, uczestniczyli w panelu, a najlepsi, pozytywnie zaopiniowani, wyjeżdżali na dalsze rozmowy za granicę, gdzie dokładnie ocenialiśmy predyspozycje kandydatów. 
Kiedy w czerwcu 1992 roku otworzyliśmy pierwszą polską restaurację McDonald’s, wnętrze po jednej stronie lady wypełniały setki klientów, a po drugiej – dziesiątki pracowników. Nic dziwnego – opierając się na doświadczeniu z innych rynków, zatrudniliśmy w jednym obiekcie 500 osób. Ale szybko uczyliśmy się na własnych błędach. Inna sprawa, że w pierwszym dniu działalności w ciągu kilkunastu godzin z naszych usług skorzystało kilkadziesiąt tysięcy osób. Ustanowiliśmy wówczas rekord świata w liczbie transakcji w dniu otwarcia – było ich ponad 13,3 tys. </p> 
	
<p>Trzy miesiące później uruchomiliśmy kolejną restaurację w Warszawie, a pod koniec 1992 roku trzecią – w Katowicach na ulicy Stawowej. Pamiętam, że kiedy w dniu otwarcia do pobicia kolejnego rekordu liczby transakcji brakowało nam zaledwie kilkudziesięciu zamówień, wraz z kolegami zatrzymałem przejeżdżający w pobliżu tramwaj i zaprosiłem wszystkich pasażerów do skorzystania z usług pierwszego McDonald’s w ich mieście.</p>
	
<h4>Franczyzobiorcy w cenie</h4>
<p>Od pierwszych dni naszej działalności rozwój firmy był ściśle związany z franczyzobiorcami sieci. Pierwszym biorcą licencji był Andrzej Konopski, który po powrocie do Polski poprowadził własny biznes pod znakiem „złotych łuków”. Był doskonałym kandydatem: kiedy mieszkał w Niemczech, poznał zasady gospodarki wolnorynkowej, ale dzięki częstym wizytom w Polsce dobrze znał specyfikę lokalnego rynku. To on wspólnie z Jackiem Kuroniem, ówczesnym ministrem pracy, przecinał wstęgę na otwarciu pierwszej restauracji. Potem zamienił warszawski Sezam na restaurację w Zabrzu, pomagał również w otwarciu innych obiektów. Dziś ma dwa własne lokale sieci na Śląsku. </p>
	
<p>Inny z franczyzobiorców, Wojciech Szpila, pracował wcześniej w kopalni diamentów w Namibii. W 1996 roku, po kilkunastu latach emigracji, wrócił wraz z rodziną do Polski, a rok później podpisał umowę i został właścicielem restauracji. Aktualnie ma trzy lokale w Bydgoszczy, w których zatrudnia ponad 150 osób. </p>
	
<p>W sumie McDonald’s współpracuje aktualnie z 40 franczyzobiorcami. Zostali wybrani spośród setek kandydatów, którzy zgłaszali się na przestrzeni kilkunastu lat do biura firmy. Wielu z nich, szczególnie w pierwszych latach działalności McDonald’s Polska, nie miało pojęcia, na czym polega franczyza. Niejednokrotnie byli to wyłącznie ludzie zainteresowani dobrym zainwestowaniem posiadanych pieniędzy. Przychodzili na spotkania ludzie pytający, ile pieniędzy mają wyłożyć na stół. A my przecież nie szukamy inwestorów. Chcemy, aby naszymi partnerami byli autentyczni przedsiębiorcy, którzy prowadzą swoje restauracje, angażując nie tylko swoje środki finansowe, ale przede wszystkim swój własny czas. Kiedyś musieliśmy dużo więcej tłumaczyć, czym jest franczyza. Obecnie zainteresowani wiedzą znacznie więcej – efektywniej rozmawiamy o konkretach, wzajemnych relacjach i przyszłym biznesie. </p>

<h4>Byle do przodu</h4>
<p>Następne lata działalności McDonald’s w Polsce upływały pod znakiem nowych otwarć na terenie całego kraju. W lutym 1994 roku rozpoczęła działalność pierwsza restauracja McDonald’s wybudowana z myślą o kierowcach, częstochowski McDrive. Przed jej otwarciem zorganizowaliśmy spotkanie rekrutacyjne w centrum miasta. Wynajęliśmy salę widowiskową koło Biura Wystaw Artystycznych, a w lokalnej prasie pojawiły się ogłoszenia. Podaliśmy w nich miejsce i termin spotkania, na które mógł przyjść każdy zainteresowany rozmową kwalifikacyjną. </p>
	
<p>Na prezentację pojechaliśmy w pięć osób. Byliśmy przekonani, że szybko uporamy się z grupą kilkudziesięciu kandydatów. Kiedy wjeżdżaliśmy na główną aleję w centrum miasta, zobaczyliśmy kilkutysięczny tłum. Masa ludzi sparaliżowała całkowicie ruch, porządku pilnowała policja. Byliśmy przekonani, że to jakaś manifestacja lub grupy wiernych kierujących się w stronę Jasnej Góry. Szybko okazało się, że przyczyną jest nasza akcja naboru pracowników. Wszyscy czekali przed wejściem do sali widowiskowej, wypatrując organizatorów. A my nie mogliśmy dopchać się do drzwi. Dla naszej piątki była to totalna sytuacja kryzysowa – cudem udało się zdobyć mikrofon i zapanować nad tłumem. Rozmowy prowadziliśmy przez ponad tydzień. Dzisiaj w aktualnych realiach rynku pracy tego typu sytuacje wydają się nieprawdopodobne.</p> 
	
<p>Wraz z rozwojem firmy, ewolucji ulegała także moja rola. Wkrótce zostałem szefem działu franczyzy, a niedługo później okazało się, że niezbędne będzie stworzenie działu komunikacji i spraw korporacyjnych. Podjąłem się także odpowiedzialnej funkcji rzecznika firmy. Obowiązków, jak to bywa zazwyczaj w zawodowym życiu, przybywało. Dziś odpowiadam nie tylko za komunikację i relacje z mediami. Podlegają mi także działy HR, szkoleń i ochrony środowiska. W pewnym sensie zatoczyłem więc swoiste koło w zakresie obowiązków służbowych. </p>
	
<p>Przez pierwsze lata otwieraliśmy restauracje głównie w dużych miastach Polski, m.in. w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Łodzi czy Wrocławiu. Od szeregu lat otwieramy nasze obiekty także w mniejszych, takich jak Tczew, Zgorzelec czy Pszczyna. Ale polski McDonald’s to nie tylko obiekty. To przede wszystkim oferta produktowa. Na przestrzeni lat działalności uległa ona wielu zmianom. Dodaliśmy szereg nowych produktów, zwiększając różnorodność i wybór. Wiele z tych decyzji wspierały oryginalne działania promocyjne. Kiedy wprowadzaliśmy do menu sałatki, w ciągu jednej nocy na ogromnym placu w centrum Warszawy wyrosło… pole świeżej sałaty. Rozłożyliśmy folię, rozsypaliśmy ziemię i posadziliśmy różne jej odmiany. Rano przechodnie spieszący do pracy z zaskoczeniem podziwiali równe zagony sałaty. Innym razem spacerujący po ulicach ludzie w pidżamach i szlafrokach zachęcali warszawiaków do skorzystania z nowej oferty śniadaniowej. </p>
	
<p>Wraz z rozwojem firmy zmianie ulegało także moje miejsce pracy. Szybko przeprowadziliśmy się z popeerelowskiego biurowca do nowej siedziby w centrum miasta. Stamtąd po kilku latach przenieśliśmy się do nowoczesnego kompleksu biurowego na warszawskim Mokotowie. A dzisiaj omawiamy już projekt kolejnego biura. To także oznaki potwierdzające nasz rozwój. Jednak najważniejszą z nich, elementem, który decyduje o obrazie McDonald’s Polska, są tworzący go ludzie: nasi pracownicy, menadżerowie, franczyzobiorcy i partnerzy biznesowi. Tylko w obiektach sieci zatrudniamy ponad 12 000 osób. Kolejne setki to Ci, którzy pracują u naszych dostawców, w centrum dystrybucyjnym, firmach budowlanych i serwisowych. Bez zaangażowania ich wszystkich nie byłoby dzisiejszego McDonald’s Polska – firmy, która cały czas stawia na rozwój. Plany te nierozerwalnie wiążą się z rynkiem franczyzy. Coraz aktywniej poszukujemy kandydatów do prowadzenia kolejnych restauracji. Oferujemy je także franczyzobiorcom związanym już z naszą siecią. A oceniając z perspektywy europejskiej lub światowej polska historia McDonald’s to wciąż swoista przygoda wieku młodzieńczego. Tak więc wszystko przed nami. Działamy w branży, na której usługi zapotrzebowanie rośnie. Z optymizmem patrzę w przyszłość. Przed nami kolejne projekty i, co najważniejsze, dużo nowych, ciekawych wyzwań – kończy Krzysztof Kłapa.</p>
	
<p>Aneta Wieczorek</p>]]>
    </content>
</entry>
                <entry>
    <title>Twoja fryzura, twój biznes</title>
    <id>http://franchising.pl/4841/twoja-fryzura-twoj-biznes/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4841/twoja-fryzura-twoj-biznes/" />
    <updated>2009-09-10T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>- Właściwa fryzura to włosy wypielęgnowane, ale jednocześnie wyglądające naturalnie - o tym, jak powinni czesać się ludzie biznesu, mówią fryzjerzy-styliści Beata Berendowicz i Sławek Kublin.</p>
            ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>- Właściwa fryzura to włosy wypielęgnowane, ale jednocześnie wyglądające naturalnie - o tym, jak powinni czesać się ludzie biznesu, mówią fryzjerzy-styliści Beata Berendowicz i Sławek Kublin.</strong></p><p><b>Styl uczesania zawsze idzie w parze z trendami w modzie. Jak powinien ubierać się i czesać biznesmen?</b><br />
Biznesmen powinien swoim wizerunkiem budzić zaufanie, dlatego zarówno w ubiorze, jak i uczesaniu króluje styl klasyczny. Zapomnijmy o tzw. strzyżeniu na rekruta, irokezie czy artystycznym nieładzie na głowie. Odchodzimy również od wygolonych fryzur w stylu Davida Beckhama. Jak twierdzą znawcy tematu, aż 75 proc. mężczyzn woli króciutko przycięte włosy z boków i z tyłu głowy oraz o tyle dłuższe na górze, aby, z pomocą odrobiny produktu do stylizacji i nie dłużej niż w 60 sekund, można je było dobrze uczesać. W modzie biznesowej liczy się klasyka wyrażona w dobrze skrojonym garniturze i  dłuższych, gładko przyczesanych włosach. Tak właśnie powinien nosić się elegancki i modny pan.</p>

<p><b>A kobieta interesu? Czy może pozwolić sobie na większą ekstrawagancję?</b><br />
Podobnie jak w przypadku panów tak również w kobiecej modzie biznesowej króluje niezmiennie styl klasyczny. Przede wszystkim modne są zdrowe, zadbane i lśniące włosy. Jednak włosy naturalne nigdy nie będą tak lśniące jak te po koloryzacji. Modnie jest więc farbować je na jednolity, zbliżony do naturalnego kolor. Taki efekt najlepiej uzyskujemy, nakładając na siebie dwa, a nawet trzy kolory. Szczególnie polecane są ciepłe blondy i ciepłe brązy: czekoladowe, orzechowe, odcienie coli czy toffi. Modna jest też koloryzacja w stonowanych i naturalnych barwach, podkreślona i uwypuklona delikatnymi detalami. Długość włosów powinna być uzależniona od indywidualnych upodobań i fizycznych predyspozycji. Nie należy bezmyślnie ścinać włosów, podążając za trendami. Pamiętajmy jednak, że dla każdej długości panuje obowiązkowa zasada „zdrowe i zadbane”, dlatego bizneswoman powinna zapomnieć o przesadnym tapirowaniu i lakierowaniu włosów. </p>
<p>Od kilku sezonów dużą popularnością cieszą się grzywki. Nic dziwnego: są wdzięczne, odmładzają, dodają uroku, a czasem nawet odciągają uwagę od zmarszczek. Kobiety nie powinny się bać takich grzywek, nawet jeśli im nieco przeszkadzają.</p>
       
<p><b>To prawda, że fryzura może świadczyć o zawartości portfela?</b><br />
Myślę, że tak. Jednak podejście do tego zagadnienia u naszych rodaków diametralnie różni się od podejścia, które prezentuje Europa Zachodnia i świat. Polki, chcąc podkreślić fryzurą zasobność swojego portfela, nierzadko popadają w przesadę. Im wymyślniejsza fryzura i im więcej nałożonych kolorów oraz różnych ozdobników, tym – w ich mniemaniu – lepiej. Tymczasem światowa tendencja jest zupełnie odwrotna: właściwa fryzura to włosy wypielęgnowane, ale jednocześnie wyglądające naturalnie.</p>

<p><b>Czego należy unikać, żeby nie zostać uznanym za „biznesmena w białych skarpetkach”? </b><br />
Najważniejsze, by zachować umiar i pamiętać o szczegółach. Wszystkie te elementy powinny ze sobą współgrać. Pamiętajmy o detalach i odpowiednio dobranych dodatkach. I jeszcze jedna ważna uwaga – dbajmy o schludny wygląd.</p>

<p><b>Niektórzy uważają, że modnego biznesmena cechuje klasyczne podejście tak do stroju, jak i do fryzury – czy zgadzacie się państwo z tą opinią?</b><br />
Zdecydowanie tak. Klasyka w stroju biznesmena jest wskazana. Jednak klasyczne ujęcie biznesowego stroju nie może być równoznaczne z zatrzymaniem się na pewnym etapie mody. Nawet klasyczny ubiór powinien poddać się wpływom obecnych trendów. Klasycznym projektantem mody w pozytywnym tego słowa znaczeniu jest Giorgio Armani, wśród jego kolekcji modny biznesmen na pewno znajdzie dla siebie coś klasycznego i na czasie.</p>

<p><b>Kto może pozwolić sobie na bardziej awangardowe fryzury? Jakie czynniki mają na to wpływ? </b><br />
Są zawody, w których człowiek – swoją prezencją – musi wzbudzać zaufanie, dlatego jego wygląd zewnętrzny (ubiór i fryzura) powinien być dopasowany do zajmowanego stanowiska i branży, w której pracuje. Prezes dużego banku nie może pozwolić sobie na kolorową, awangardową fryzurę, bo w tym wydaniu zapewne straciłby wielu potencjalnych kontrahentów. Są jednak zawody, w których wymaga się zupełnie innych cech. Ważniejsze od wzbudzania zaufania jest zamanifestowana swoim wyglądem odwaga, kreatywność i indywidualność. Dla takiej manifestacji otwartą drogę mają artyści, pisarze oraz pracownicy branży reklamowej. </p>

<p><b>Czy i jak różnią się fryzury biznesmenów w wersji biurowej, weekendowej oraz wieczorowej?</b><br />
Człowiek biznesu w biurze powinien mieć czyste, schludne i gładko przyczesane włosy – w pracy króluje styl klasyczny zarówno w ubiorze, jak i uczesaniu. Z kolei fryzura wieczorowa powinna współgrać z charakterem imprezy oraz ze strojem. Wszystko zależy od okoliczności, jednak prawdziwy biznesmen, wybierając się na wieczorne spotkanie, nie powinien zapomnieć o wykonywanej pracy. Dlatego w tej kategorii również króluje klasyka.</p>
	
<p>Podczas weekendów najważniejsza jest wygoda. To czas odpoczynku, dlatego dajmy odpocząć również naszym włosom: pamiętajmy o luźnych upięciach i zapomnijmy o specyfikach, które na co dzień służą poskromieniu niesfornych kosmyków. </p>

<p><b>Jak często biznesmen powinien odwiedzać salon fryzjerski?</b><br />
Częstotliwość wizyt w salonie fryzjerskim zależy od rodzaju fryzury i typu włosów. Zasadniczo mężczyzna powinien odwiedzić salon co sześć tygodni. Natomiast u kobiet dużo zależy od koloryzacji włosów – niedopuszczalne są widoczne odrosty. Jeśli jest duża różnica w kolorze między włosami farbowanymi a odrostem, kobieta nie powinna zwlekać z wizytą dłużej niż osiem tygodni.</p>

<p><b>Czy należy podążać za modą za wszelką cenę?</b><br />
Absolutnie nie! Dla mnie, jako fryzjera, włosy są ramą do obrazu, jakim jest twarz, dlatego tak ważne jest, aby te dwa elementy współgrały ze sobą. Ich spójność jest podstawową zasadą i gwarantem udanej stylizacji. Ta reguła w świecie malarstwa sprawia, że obrazy Picassa nie wiszą w ogromnych i pozłacanych, barokowych ramach. Dlatego pamiętajmy, że bezmyślne podążanie za trendami może tylko zaszkodzić twarzy.</p>
	
<p>Rozmawiała Aneta Wieczorek </p>]]>
    </content>
</entry>
                <entry>
    <title>Moje auto świadczy o firmie</title>
    <id>http://franchising.pl/4807/moje-auto-swiadczy-o-firmie/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4807/moje-auto-swiadczy-o-firmie/" />
    <updated>2009-09-09T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Z silnikiem benzynowym czy diesla? Japoński czy niemiecki? Podobne rozterki ma wielu przedsiębiorców kupujących auto dla firmy. Co zrobić, by wybrać najlepszy samochód?</p>
            ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Z silnikiem benzynowym czy diesla? Japoński czy niemiecki? Podobne rozterki ma wielu przedsiębiorców kupujących auto dla firmy. Co zrobić, by wybrać najlepszy samochód?</strong></p><p>Dla współczesnego przedsiębiorcy samochód stał się narzędziem pracy. Wykorzystywany jest nie tylko do przemieszczania się z domu do firmy, ale przede wszystkim do służbowych podróży. Gdy dochodzi do zakupu nowego pojazdu biznesmen staje przed dylematem jaką wybrać markę, na jaki silnik i wyposażenie się zdecydować. Nie mniej istotne przy podejmowaniu decyzji są późniejsze koszty zakupu paliwa czy napraw. Przedsiębiorca może sam kupić samochody i samodzielnie zarządzać swoją flotą. Może też zlecić to zadanie wyspecjalizowanej firmie.</p>

<h4>Czym jeździ polski biznes?</h4>
<p>Z obserwacji przedstawicieli firm działających w branży motoryzacyjnej wynika, że polskie firmy najczęściej użytkują dwa typy pojazdów: małe oraz kompaktowe. Najpopularniejszymi markami w obu segmentach w Polsce są: Ford, Opel, Toyota, Skoda, Renault, Volkswagen. Peugot. Klienci firm zarządzających flotą decydują się głównie na wybór pojazdów z silnikami benzynowymi o pojemnościach 1 i 1,4 litra oraz silnikami diesla o pojemności 1,9. Dobór typu auta dla pracownika uzależniony jest od funkcji, jaką zatrudniony pełni w przedsiębiorstwie. </p>
    ­ 
<p><i>- O tym, kto dostanie auto, decydują ściśle określone zasady i kryteria </i>&#8211; mówi Roman Wilkoszewski, szef biura prasowego TP SA. <i>-­ W naszej firmie przyznajemy samochody imiennie lub konkretnym komórkom organizacyjnym. Wszystko uzależnione jest od zakresu wykonywanych obowiązków.</i></p>
    
<p>Na auto mogą liczyć przede wszystkim handlowcy, których zadaniem jest pozyskanie nowych klientów dla TP SA oraz menedżerowie. Handlowcy zazwyczaj dostają małe auta np. toyotę yaris, opla corsę lub renault clio. Do tej pory były to auta w najuboższej wersji wyposażenia, mające np. tylko jedna poduszkę powietrzną i pozbawione klimatyzacji. Jednak coraz częściej handlowcy mogą liczyć na lepiej wyposażone pojazdy. Wynika to z tendencji związanej z wyposażeniem aut przez producentów. Obecnie koncerny już nawet podstawowe wersje wyposażają np. w ABS czy klimatyzację, choć jeszcze kilka lat temu za wszelkie dodatki do najuboższej wersji auta trzeba było słono dopłacić.</p>
    
<p>Menedżerowie dostają zazwyczaj auta klasy kompaktowej. Są to najczęściej Fordy Focusy, Toyoty Corolle, Ople Astra, Renault Megane. Auta mają już dość bogate wyposażenia obejmujące m.in. klimatyzację, ABS, elektryczne regulowane szyby, lusterka.</p>
    
<p>Na jeszcze lepsze pojazdy mogą liczyć menedżerowie zajmujący w hierarchii wyższą pozycję. W przypadku top menedżerów samochód podkreśla bowiem nie tylko pozycję zajmowaną przez menedżera w firmie, ale także pokazuje prestiż przedsiębiorstwa. Auta top menedżerów są już wyposażone we wszelkie nowinki techniczne np. inteligentne systemy bezpieczeństwa. Mają też bardzo bogate wyposażenie obejmujące m.in.: klimatyzację, ABS, ESP, podgrzewane lusterka i siedzenia. W tej gamie również przodują modele wymienianych wcześniej marek. Do najpopularniejszych aut należą ford mondeo, renault laguna, toyota avensis, volkswagen passat. Tomasz Ślepowroński z firmy ALD Automotive zauważa jednak nową tendencję.</p>
    ­ 
<p>W rynku samochodów dla top menedżerów wzrasta udział aut gabarytowo zbliżonych do najbardziej popularnych marek segmentu średniego, ale produkowanych przez koncerny uznane za niezwykle prestiżowe. Dlatego menedżerów coraz częściej można spotkać za kierownicami saabów 9-3, audi A4, volvo S60 czy bmw serii 3.</p>
    
<p>Dla prezesów, dyrektorów czy właścicieli firm zarezerwowane są najbardziej luksusowe, a co za tym idzie, najdroższe pojazdy. Prezesi banków, firm ubezpieczeniowych czy firm telekomunikacyjnych obok najlepszych modeli mercedesa, jaguara czy bmw, mogą liczyć też na osobistego kierowcę. </p>

<h4>Wybieramy auto, czyli jak nie przepłacić</h4>
<p>Gdy przedsiębiorca potrzebuje dla swojej firmy jeden lub dwa samochody zazwyczaj samodzielnie decyduje o zakupie. Wystarczy, że poświęci kilka dni na przegląd ofert salonów. Może osobiście wybrać się do salonów lub w internecie poznać ofertę samochodowych koncernów. Internetowe katalogi producentów zawierają cenniki, dane techniczne pojazdów, oferty promocyjne.</p> 
    ­ 
<p><i>- Przed kupnem nowego auta wolałem pójść do salonu, bo nie tylko uzyskałem fachowe odpowiedzi, ale również poradę przy wyborze </i>&#8211; mówi Piotr Frąckowski, prowadzący małą firmę gastronomiczną. <i>- ­ Potrzebowałem samochodu, nie tylko do przewożenia towarów z hurtowni do firmy, ale także do rodzinnych wyjazdów w weekendy czy wakacje. Dlatego wybrałem się do salonów Peugota, Citroena, Fiata i Volkswagena.</i></p>
    
<p>Przedsiębiorca ostatecznie zdecydował się na zakup Volkswagena Caddy napędzanego jednostką wysokoprężną. Główne znaczenie mają ceny ropy, spalanie paliwa oraz gwarantująca wysoką jakość marka niemieckiego koncernu. Nie bez znaczenia był tez rabat uzyskany przy zakupie oraz możliwość odliczenia od ceny auta podatku VAT.</p>
    
<p>W odmiennej sytuacji znajdują się firmy decydujące się na zakup wielu samochodów. Przy tworzeniu dużej floty trudno bowiem samodzielnie zebrać interesujące biznesmena dane o cenie i wyposażeniu. Dlatego przy zakupie większej liczby pojazdów warto rozważyć ogłoszenie przetargu.</p>
    ­ 
<p><i>- Przed wyborem samochodów dokonujemy najpierw analizy ekonomiczno-podatkowej </i>&#8211; wyjaśnia Roman Wilkoszewski. <i>- ­ Ważna jest dla nas przede wszystkim cena pojazdów oraz możliwości skorzystania z odliczeń podatku VAT. Dlatego zakup poprzedza rozpisanie przetargu na dostawę aut. Konkretną markę wybieramy spośród trzech wyłonionych w przetargu dostawców.</i></p>
    
<p>Obok decyzji o sposobie zakupu ­ samodzielnym czy za pośrednictwem firmy ­ równie ważne jest zdecydowanie się na dany typ pojazdu. Decyzja uzależniona jest od potrzeb przedsiębiorstwa. Jeśli auto służyć ma zarówno przewożeniu ludzi i towarów warto pomyśleć o samochodzie typu kombi. Oferta jest bardzo rozległa. Praktycznie każdy koncern dysponuje pojazdami o nadwoziu typu kombi. W swojej ofercie mają je m.in. Toyota, Honda, Skoda, Volkswagen, Citroen, Renault, Peugot i Fiat.</p>
    
<p>Jeśli auto ma być przeznaczone dla handlowca, warto pomyśleć o małym pojeździe z silnikiem o niedużej pojemności. Wybór np. toyoty yaris lub renault clio przełoży się na niższą cenę zakupu oraz oszczędniejszą eksploatację. Samochody segmentu B, podobnie jak w przypadku aut typu kombi, oferuje większość światowych koncernów motoryzacyjnych. Na wybór niedużych aut zdecydowała się TP SA.</p>
    ­ 
<p>Większość aut naszej floty, to pojazdy małe i ekonomiczne, wykorzystywane głównie jako narzędzia pracy w komórkach sprzedażowych oraz technicznych &#8211; wyjaśnia rzecznik koncernu.</p>
    
<p>Jednak dla firm ważne jest nie tylko to czy auto będzie małe i ekonomiczne, czy też duże i paliwożerne. Samochód stał się bowiem także jednym z elementów tworzących wizerunek koncernu i oferowanych przez firmy marek.­ Dlatego auta muszą być nowoczesne, dobrze wyposażone i reprezentacyjne ­ dodaje Wilkoszewski.</p>
    
<p>Gdy przedsiębiorca dokona wyboru wielkości auta oraz marki pojazdu, powinien też zastanowić się nad wyborem rodzaju silnika. Musi rozstrzygnąć czy optymalnym wyborem będzie zakup pojazdu napędzanego benzyną czy też olejem napędowym. Decyzja rzutować będzie na koszty eksploatacji auta.</p>
    ­ 
<p><i>- O wyborze typu silnika, jaki znajdzie się pod maską naszych samochodów rozstrzygają relacje cen benzyny do ropy </i>&#8211; mówi rzecznik TP SA. ­<i>- Dlatego obecnie w większości przypadków decydujemy się na auta z silnikami wysokoprężnymi. Oprócz niewielkiego spalania silniki diesla mają wiele dodatkowych zalet. Są m.in. bardziej trwałe, co w przypadku dużych przebiegów ma niebagatelne znacznie, bo rzadziej się psują.</i></p>

<h4>Samodzielne czy przez outsourcing</h4>
<p>Wybór pomiędzy samodzielnym decydowaniem o własnej flocie, a zleceniem zarządzania parkiem samochodów firmie zewnętrznej, to niekiedy spory kłopot. Menedżer stoi przed dylematem czy samodzielnie śledzić przebiegi, pamiętać o naprawach, serwisie, tankowaniu. Czy też zlecić dbanie o auta firmie zewnętrznej.</p>
    ­ 
<p><i>- Prowadzimy swoją flotę samodzielnie </i>-­ wyjaśnia Kazimierz Wojtaszek z Henkela. <i>- Nasza flota liczy 400 aut i o wszystkie dbamy sami. Musimy dopilnować by zawsze były sprawne, zatankowane i czyste. Sami też rozliczamy pracowników z przejachanych kilometrów i zużytego paliwa.</i></p>
    
<p>Obecnie coraz większą popularność zyskuje jednak wynajmowanie samochodów. Takie usługi świadczy w Polsce coraz więcej firm.</p>
    ­ 
<p><i>- O wynajmie aut zadecydowały w naszym przypadku sprawy ekonomiczno-prawne </i>­- wyjaśnia Roman Wilkoszewski z TP SA.­ <i>- Najmowane auta stanowią prawie 85 proc. naszej floty. Outsourcing pozwala nam pozbyć się kosztów eksploatacji samochodów. Płacimy stały abonament miesięczny i firma zewnętrzna zobowiązana jest dbać o nasze samochody.</i></p>
    
<p>Trzeba jednak zaznaczyć, że firmy oferujące wynajem i zarządzanie flotą mają w ofercie jedynie auta o masie do 3,5 tony. Dlatego jeśli przedsiębiorca zechce mieć w swoim parku maszyn np. ciężarówkę będzie musiał kupić ją na własną rękę.</p>
    
<p><i>- Jak dużą zaletą jest wynajmowanie aut </i>- przekonuje Tomasz Ślepowroński z firmy ALD Automotive, która świadczy takie usługi. Firma działa w Polsce od 2003 roku. W polskiej flocie oferuje 3 200 aut, a z usług ALD korzysta 250 klientów.</p>
    ­ 
<p><i>- Wynajęcie auta pozwala m.in. na obniżenie kosztów, bo klient nie płaci za całe auto lecz jedynie za utratę jego wartości przez okres wynajmu </i>&#8211; wyjaśnia dyrektor zarządzający ALD.</p>
    
<p>W firmie zarządzającej flotą auta można wynająć na określony czas, zazwyczaj na okres od 24 do 44 miesięcy. W zamian za stały miesięczny abonament klient otrzymuje pełną obsługę, obejmującą serwis, ubezpieczenie, likwidację szkód powypadkowych, assistance. Jeśli klient sobie życzy możliwe jest też włączenie do oferty kart paliwowych. Wtedy firma przygotowywać będzie raporty dotyczące przebiegów każdego pojazdu oraz rozliczać koszty zakupu paliwa.</p>
    
<p>Decydując się na wynajęcie floty przedsiębiorca musi liczyć się z kosztami. Ceny uzależnione są od wyboru marki, rodzaju i pojemności silnika, liczby wynajmowanych samochodów. Najniższy abonament to średnio 1 tys. zł miesięcznie za jedno auto. Ale im wyższy standard, tym wyższa cena. Ponosząc koszty klient samodzielnie decyduje o wyborze marki, modelu, wyposażeniu samochodów oraz rodzajach i pojemnościach silnika. O opłacalności wyboru firmy zewnętrznej można mówić wówczas, gdy wynajęta flota liczyć będzie minimum 10 samochodów. Zyskają też na pewno firmy, których pracownicy użytkują auta regularnie i w 3 lata są w stanie pokonać jednym pojazdem ponad 120 tys. km. Według Tomasza Ślepowrońskiego na wybór firm zewnętrznej zarządzającej flotą decydują się przede wszystkim duże koncerny mające rozbudowane sieci sprzedaży np. kosmetyczne, spożywcze czy telekomunikacyjne.</p> 

<h4>Wynajem coraz popularniejszy</h4>
<p>Co ma więc zrobić rodzimy przedsiębiorca zastanawiający się nad wymianą samochodów w swojej firmie? Eksperci doradzają małym firmom, którym do prowadzenia działalności wystarcza jedno lub kilka aut, samodzielny zakup wybranego modelu. Według opinii specjalistów z branży najbardziej racjonalnym rozwiązaniem będzie też samodzielne zarządzanie swoimi pojazdami. Wynajęcie firmy zarządzającej flotą może obciążyć budżet przedsiębiorstwa niepotrzebnymi kosztami. Duże firmy, dysponujące kilkudziesięcioma, a niekiedy nawet i kilkuset autami mają dwa wyjścia. Pierwsze to samodzielne zarządzanie, a co za tym idzie zatrudnienie odpowiedzialnych za flotę specjalistów. Drugie wyjście, to podążanie ścieżką obraną przez koncerny zagraniczne, które zlecanie wyspecjalizowanych usług, w tym zarządzania flotą, traktują jako normę. Wynajmowanie flot będzie coraz bardziej popularne, bo zdaniem Tomasza Ślepowrońskiego rynek wynajmu samochodów w Polsce będzie się z roku na rok powiększał.</p>
    ­ 
<p><i>- Nasze wyliczenia wskazują, że tempo wzrostu oscylować będzie w przedziale 15-18 proc. rocznie ­</i>- mówi dyrektor zarządzający ALD. <i>- Rozwój rynku powinien trwać jeszcze przez około pięć lat. Głównym odpowiedzialnym za stałe zwiększanie się zapotrzebowania na usługi wynajęcia samochodów jest boom inwestycyjny, który trwa w Polsce. Jeśli boom się utrzyma, a zapotrzebowanie na wynajem floty będzie rosnąć, ceny usług zaczną spadać. </i></p>

<p>Michał Bogurat</p>]]>
    </content>
</entry>
                <entry>
    <title>Biznesmeni nurkują przed telewizorem</title>
    <id>http://franchising.pl/4799/biznesmeni-nurkuja-przed-telewizorem/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4799/biznesmeni-nurkuja-przed-telewizorem/" />
    <updated>2009-09-09T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Podobno nurkują, podglądają ptaki i kolekcjonują starodruki. To nieco wyidealizowany obraz polskiego biznesmena. Wielu z nich, gdy wreszcie ma chwilę wolnego czasu, po prostu pada przed telewizorem. Polscy biznesmeni mają wiele zainteresowań, lecz nie zawsze mają na nie czas.</p>
            ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Podobno nurkują, podglądają ptaki i kolekcjonują starodruki. To nieco wyidealizowany obraz polskiego biznesmena. Wielu z nich, gdy wreszcie ma chwilę wolnego czasu, po prostu pada przed telewizorem. Polscy biznesmeni mają wiele zainteresowań, lecz nie zawsze mają na nie czas.</strong></p><p>Polski biznesmen, przedsiębiorca czy menedżer jest bardzo zapracowany. Pięć dni w tygodniu, od rana do późnej nocy, spędza w firmie. Podpisuje kontrakty, wymyśla strategie, pozyskuje klientów, sprzedaje, kupuje. W tym czasie ciężko namówić biznesmena do zwierzeń, zwłaszcza na tematy nie związane z życiem zawodowym. Po wielokrotnych próbach i namowach niektórzy wreszcie się godzą.</p>
    
<p><i>&#8211; Tak naprawdę, to w ogóle nie mam wolnego czasu </i>&#8211; mówi Dariusz Miłek, założyciel i szef firmy obuwniczej CCC, jeden z najbogatszych Polaków. <i>&#8211; Pracuję bardzo dużo, codziennie od 6.30 do 20.30. Gdy wracam do domu, nie mam już sił na zbyt wiele. Najchętniej padam na sofę i odpoczywam. Lubię wtedy pooglądać telewizję.</i></p>
    
<p>Inni biznesmeni też nie mogą pozwolić sobie na wiele. Mariusz Drzewiecki, menedżer ds. kredytów hipotecznych z Citibanku bez ogródek przyznaje, że praca wypełnia większość jego aktywnego życia od poniedziałku do piątku.</p>
    
<p><i>&#8211; Gdy wracam do domu, nie myślę o hobby, staram się jak najwięcej czasu poświęcić  żonie i dwóm córkom </i>&#8211; opowiada.</p>
    
<p>Podobne doświadczenia ma Janusz Palikot, z wykształcenia filozof, jeden z najbogatszych Polaków, do ubiegłego roku właściciel Polmosu Lublin. Obecnie poseł Platformy Obywatelskiej.</p>
    
<p><i>&#8211; Od ośmiu lat mój wolny czas ograniczał się jedynie do sobót i niedziel </i>&#8211; przyznaje poseł PO. <i>&#8211; Tak było, gdy pracowałem zawodowo. Od chwili, gdy zająłem się wyłącznie polityką, wolnego czasu jest troszkę więcej. Staram się nie kończyć pracy później niż w godzinach 18-19, choć sejmowe posiedzenia czasem burzą moje plany.</i></p>
    
<p>Zapracowany jest też Piotr Kociołek, dyrektor MultiBanku.</p>
    
<p><i>&#8211; W tygodniu  wracam do domu bardzo późno, dlatego pojęcie &#8222;wolny czas&#8221; od poniedziałku do piątku jest mi raczej obce </i>&#8211; opowiada.</p>
    
<p>Andrzej Walczak, jeden z założycieli  firmy Atlas słynie z tego, że niechętnie rozmawia z dziennikarzami o swojej firmie, a tym bardziej o życiu prywatnym. </p>
    
<p><i>&#8211; A co to w ogóle jest wolny czas? </i>&#8211; denerwuje się. <i>&#8211; Nie umiem sobie tego wyobrazić. A pan jest w stanie odpowiedzieć? </i>&#8211; pyta.</p>
    
<p>Współwłaściciel firmy produkującej m.in. kleje do glazury stara się odwrócić zainteresowanie od swojej osoby. Prowadzi filozoficzne rozważania o czasie, podróżach, książkach i sztuce. Zajmuje rozmówcę anegdotą o buddyjskim mnichu, który zapytany o wolny czas zdziwił się, bo pojęcie wydało mu się niezrozumiałe. I na zadane pytanie nie odpowiada.</p>
     
<p><i>&#8211; Jak będę kiedyś miał wolny czas, to pojadę do Warszawy. Jednak na razie się nie wybieram </i>&#8211; kończy Walczak.</p>
    
<p>Wśród biznesmenów wyjątkiem wydaje się być Sławomir Miłow, dyrektor generalny francuskiej sieci salonów fryzjerskich Jean Louis David, który przyznaje, że ma dużo wolnego czasu. Poświęca go swoim zamiłowaniom: przerabianiu starych samochodów i podróżom. Szef sieci salonów nie chodzi do kina, bo szkoda mu czasu na marne produkcje. Chętnie za to czyta dobre książki np. autorstwa Kundery, Remarque`a, Vonneguta.</p>

<h4>W zdrowym ciele zdrowy duch</h4>
<p>Kiedy polski biznesmen wygospodaruje trochę wolnego czasu, na pierwszym miejscu jest odpoczynek, a zaraz potem sport. Jak podkreślają sami menedżerowie, aktywność fizyczna pozwala nie tylko na odstresowanie po ciężkim tygodniu pracy, ale też zachowanie dobrej kondycji fizycznej.</p>
    
<p>Polscy biznesmeni, co ciekawe, nie uprawiają piłki nożnej. Lubią natomiast narciarstwo (zarówno alpejskie, jak i biegowe), pływanie, siatkówkę, kolarstwo. Wbrew opiniom kolorowej prasy, żaden z naszych rozmówców nie uprawia dyscyplin uznanych za elitarne i prestiżowe np. golfa czy tenisa ziemnego.</p>
    
<p><i>&#8211; Wybór dyscypliny zależy od pory roku </i>&#8211; mówi Janusz Palikot. <i>&#8211; Zimą dominują narty. Wyjeżdżam w góry tak często jak tylko się da. Zazwyczaj wybieram Alpy francuskie, szwajcarskie, włoskie </i>&#8211; wylicza. </p>
    
<p>Narty biegowe wybrał Piotr Kociołek.</p>
    
<p><i>&#8211; Biegam, czasami rano przed pracą gdy jest śnieg i warunki pozwalają </i>&#8211; mówi dyrektor MultiBanku. <i>&#8211; Wybieram się do lasu, blisko mojego domu. Latem narty zastępuję narto-rolkami, które stanowią ciekawe urozmaicenie codziennych treningów.</i></p>
    
<p>Wciąż popularny jest jogging. Na tę formę aktywności często decyduje się poseł Palikot.</p>
    
<p><i>&#8211; Biegam, gdy jestem na Suwalszczyźnie, gdzie mam dom </i>&#8211; opowiada. <i>&#8211; Wspaniałe lasy, wspaniałe powietrze. Jogging to według mnie recepta na doskonały relaks i poprawienie kondycji.</i></p>
    
<p>Jednak popularny jogging coraz częściej wypierany jest przez  nordic &#8211; walking, czyli szybki marsz, do którego używa się kijków.</p>
    
<p><i>&#8211; To doskonała zabawa, ale i też gwarancja poprawienia kondycji </i>&#8211; zachwala Piotr Kociołek. <i>&#8211; Obok &#8222;nordyckiego chodu&#8221; lubię tradycyjne,  piesze wycieczki pod malowniczych Tatrach lub Beskidach. W zimie buty trekkingowe zamieniam na snowboardowe i deskę.</i></p>
    
<p>Dla wielu menadżerów sport jest nie tylko dobrą zabawą i sposobem na zwalczanie stresu. Niektórzy traktują sport podobnie jak biznes. Mogą się bowiem sprawdzić i być najlepsi. Mariusz Drzewiecki od szóstego roku życia trenował pływanie. Rywalizacja w basenie bardzo pomogła mu w praktyce zawodowej.</p>
    
<p><i>&#8211; Regularnie trenowałem pływanie od przedszkola aż do zakończenia studiów </i>&#8211; mówi menedżer Citibanku. <i>&#8211; W wodzie nauczyłem się rywalizacji i zmagania się z konkurentami. Basen nauczył mnie zwyciężać i podnosić się po porażkach. Dlatego pływanie jest moją ulubioną dyscypliną. Uwielbiam wskoczyć do wody i przepłynąć kilkadziesiąt długości, nie tylko po to by się zmęczyć, ale i nabrać sił do pracy i motywacji.</i></p>
    
<p>Podobnie jak Drzewiecki związany jest z wodą i basenowym słupkiem, tak Dariusz Miłek przywarł do rowerowego siodełka. W młodości biznesmen był kolarzem i tę pasję pielęgnuje do dziś.</p>
    
<p><i>&#8211; Choć na co dzień nie mogę pozwolić sobie na jazdę, to raz w roku oddaję się mojemu hobby bez reszty </i>&#8211; opowiada twórca CCC. <i>&#8211; Podczas trzytygodniowych wakacji we Włoszech, każdego dnia po kilka godzin spędzam na siodełku. Jeżdżę, tak jak wielu Włochów, na rowerze szosowym,  delektując się krajobrazem, przyrodą i ciepłem.</i></p>
    
<p>To zamiłowanie do rowerów i sportu przełożyło się na sponsorowanie przez firmę Miłka kolarskiej zawodowej grupy CCC &#8211; Polsat oraz pierwszoligowego koszykarskiego zespołu żeńskiego CCC Polkowice.</p>

<h4>W 80 dni dookoła świata</h4>
<p>Wspólną cechą dla wielu przedsiębiorców jest zamiłowanie do podróży. Duże możliwości finansowe sprawiają, że polskich menedżerów stać na dalekie wojaże i odkrywanie miejsc wciąż jeszcze niedostępnych dla przeciętnego Polaka.</p>
    
<p><i>&#8211; Razem z moimi synami byłem m.in. w Chinach i Australii </i>&#8211; opowiada Janusz Palikot. <i>&#8211; Cel corocznych wypraw uzależniony jest od aktualnych zainteresowań moich synów. W Australii przebijaliśmy się przez busz, spaliśmy w namiotach, a w Chinach zdobywaliśmy Chiński Mur. Taka wycieczka zabiera nam zazwyczaj 3-4 tygodnie. W tym czasie poznajemy kulturę, zabytki, kuchnię, ale też staramy się być aktywni. Stąd przejścia przez  busz czy spływy rzekami.</i></p>
    
<p>Poseł bardzo często jeździ też do Włoch, bo kocha tamtejszy klimat, sztukę i kuchnię.</p>
    
<p><i>&#8211; Jednak nie wybieram się na Półwysep Apeniński latem </i>&#8211; zastrzega. <i>&#8211; Wolę Italię odwiedzać wczesną wiosną lub zimą. Co roku właśnie zimą jestem w Wenecji. Wtedy to jedno z najpiękniejszych miast na ziemi odbieram jeszcze bardziej intensywnie. Zachwycają mnie zabytki, ulice, ludzie. Podróżuję też po Toskanii. Odwiedzam malownicze posiadłości, winnice, kościoły.</i></p>
    
<p>Włochy to również ulubione miejsce Dariusza Miłka. Nad jeziorem Garda w północnych Włoszech ma swój dom. W posiadłości spędza z rodziną coroczne, trzytygodniowe urlopy.</p>
    
<p><i>&#8211; Wtedy nadrabiam wszelkie zaległości </i>&#8211; opowiada właściciel CCC. <i>&#8211; Czytam, spędzam czas z bliskimi, uprawiam sport albo stale majsterkuję w domu.</i></p>
    
<p>Egzotyczne wyprawy nie są też obce Mariuszowi Drzewieckiemu.</p>
    
<p><i>&#8211; Największe wrażenie zrobił na mnie Meksyk </i>&#8211; opowiada bankowiec. <i>&#8211; Niesamowita, niemalże bajkowa fauna i flora. Z drugiej strony olbrzymie kontrasty. Wielkie bogactwo przeplatające się z niebywałą nędzą. Nie zapomnę też granicy meksykańsko-amerykańskiej, drutów kolczastych, zasieków i setek Meksykanów czekających na okazję do ucieczki.</i></p>
    
<p>Piotr Kociołek cele swoich wypraw uzależnia od czasu, jaki na nie ma.</p>
    
<p><i>&#8211; W długie weekendy zwiedziłem do tej pory europejskie stolice: Paryż, Rzym, Londyn </i>&#8211; opowiada. <i>&#8211; Wakacje miło jest spędzić w Skandynawii, Szkocji, Hiszpanii czy na Krecie. Podczas wyjazdów staram się realizować moje hobby. Odwiedzam galerie sztuki, pływam, podziwiam architekturę, fotografuję ptaki niespotykane w naszym regionie, korzystam z czystego morza.</i></p>
    
<p>Dalekie wyprawy pasjonują również Sławomira Miłowa, dyrektora generalnego francuskiej sieci salonów fryzjerskich Jean Louis David. Jak sam mówi poza granice Polski wyjeżdża bardzo często. Do tej pory nie odwiedził jedynie Australii oraz Antarktydy. Podczas wypraw najwięcej uwagi przykłada do poznania życia rdzennych mieszkańców danego kraju. W Afryce poznał życie górników z kopalni diamentów. </p>
    
<p><i>&#8211; W ubiegłym roku udało mi się dotrzeć do dwóch odległych od siebie krańców świata </i>&#8211; opowiada. <i>&#8211; Byłem w RPA i Finlandii.</i></p>
    
<p>Prywatnie podróżuje samochodem-domem własnoręcznie przygotowanym w warsztacie.</p>
    
<p><i>&#8211; W tym roku wybieramy się na objazd po Chorwacji, Grecji i Włoszech </i>&#8211; mów dyrektor. <i>&#8211; W planach jest wyprawa do Afryki. Marzę również o podróżach do Azji. Mam do tej części świata ogromny sentyment, bo jako mały chłopiec przez kilka lat mieszkałem w Japonii.</i></p>

<h4>Pasja tworzenia</h4>
<p>Za granicę często wyjeżdża również Andrzej Walczak z Atlasu. Jednak jak o wszystkich sferach swojego życia, tak i o podróżach mówi bardzo zagadkowo i zdawkowo. Filozoficznie duma nad sensem podróży. Z przytaczanych przez szefa Atlasa anegdot można wywnioskować, że odwiedził m.in. Azję, był w Tybecie, Chinach, Indiach. Zwiedził Afrykę, Australię i Amerykę Południową. </p>
    
<p>Jednak największe emocje budzą się w nim, gdy zaczyna opowiadać o Łodzi,  architekturze polskiego Manchesteru i snuje wizje o powołanej do życia Fundacji Sztuki Świata, której celem jest utworzenie kulturalnego centrum Łodzi w starej fabrycznej elektrowni. Swoim projektem zainteresował słynnego architekta Roba Kriera. Artysta odwiedził Łódź i jest gotowy podjąć się wyzwania.</p>
    
<p>Pasja kreowania, budowania, wymyślania wydaje się być dla Andrzeja Walczaka kluczowa. To chyba również ona doprowadziła do powstania Atlasu Sztuki, galerii działającej w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej. Swoje prace wystawiali w Atlasie m.in. Roman Opałka, Zbigniew Libera, David Lynch, Piotr Naliwajko.</p>
    
<p><i>&#8211; Sztuka jest cudowna, wręcz zajebista </i>&#8211; mówi Walczak. <i>&#8211; Uwielbiam wszelką twórczość, nie znoszę kopiowania, odtwarzania, bo według mnie to kręcenie się wkoło. Najbardziej cenię sobie dzieła secesji, Gaudiego, Leonarda. Szanuję, doceniam, często nawet przeceniam sztukę współczesną. Bo chroni mnie przed lenistwem rozumu.</i></p>
    
<p>Sztuka to także wielka pasja Janusza Palikota. Filozof z wykształcenia uwielbia malarstwo włoskiego renesansu.</p>
    
<p><i>&#8211; Kolekcjonuję i czytam każdą książkę poświęconą tej tematyce </i>&#8211; wyznaje poseł PO. </p>
    
<p>Pasja kolekcjonerska nie zamyka się tylko na książkach o malarstwie renesansowym. Palikot jest znanym w kraju bibliofilem i w swoich zbiorach ma wiele cennych pozycji. Na jego półkach stoją m.in. pierwsze wydania dzieł ulubionych pisarzy polityka, m.in. Miłosza, Leśmiana i Gombrowicza. Nie brak też wydań artystycznych wielu utworów polskiej i światowej literatury.</p>
    
<p>Literatura to jednak nie jedyne hobby twórcy sukcesu Polmosu Lublin. Palikot jest filozofem, dlatego pasjonuje się najstarszą z nauk i dziejami starożytnej Grecji. Często sięga po dzieła Seneki i Arystotelesa, które pozwalają mus oderwać się od rzeczywistości i kontemplować.</p>
    
<p>Twórcza praca pochłania też Sławomira Miłowa. Szef sieci salonów fryzjerskich Jean Louis David pasjonuje się samochodami. Jednak nie jest to sztuka, a własnoręczne przerabianie, udoskonalanie i remontowanie samochodów.</p>
    
<p>Tuningowałem już citroena C5, z którego wycisnąłem 200 koni mechanicznych &#8211; mówi. &#8211; Obecnie mam dwa stare trabanty, z których zamierzam złożyć sportowe monstrum.</p>

<h4>Na łonie natury, na polu bitwy i w marzeniach</h4>
<p>Janusz Palikot znalazł jeszcze jedną pasję, która wypełnia mu wolny czas, a  która zyskuje nowych zwolenników. Oddaje się jej także Piotr Kociołek. To hobby to ptaki.</p>
    
<p><i>&#8211; Każdego roku w marcu i kwietniu spędzam czas nad Biebrzą </i>&#8211; opowiada Palikot. <i>&#8211; W niezwykłym otoczeniu bagien, jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie, podglądam ptaki.</i></p>
    
<p>Podobne zamiłowanie do ptaków ma Piotr Kociołek.</p>
    
<p><i>&#8211; Od wielu lat uprawiam bird-watching </i>&#8211; mówi dyrektor MultiBanku. <i>&#8211; Obserwuję ptaki w najbliższej okolicy Łodzi. Jeśli czas pozwala ruszam na dłuższe wyprawy z przyjaciółmi, z którymi dzielę pasję. Ostatnio byłem w Szkocji. Z &#8222;ptasich&#8221; wypraw staram się przywieźć ciekawe zdjęcia, które wzbogacają moją kolekcję fotografii.</i></p>
    
<p>Na pole, ale nie dzikie, tylko bitwy skierował swoje pozabiznesowe zainteresowania Mariusz Drzewiecki.</p>
    
<p><i>&#8211; Od najmłodszych lat interesowałem się wszystkim co związane z wojskowością </i>&#8211; opowiada menadżer Citibanku. <i>&#8211; Chciałem zostać żołnierzem, nieważne było czy czołgistą, pilotem, czy marynarzem. Nic z młodzieńczych marzeń nie wyszło, ale pasja pozostała. Dlatego w dorosłym życiu pochłaniam wszelkie książki i filmy poświęcone wojskowości: taktyce na polu walki, sposobach dowodzenia i szkolenia nowoczesnych armii.</i></p>
    
<p>Militaria, podobnie jak sport, przełożyły się na postrzeganie biznesu.</p>
    
<p><i>&#8211; Adaptuję militarne taktyki do życia biznesowego </i>&#8211; zdradza. <i>&#8211; Dużo wyniosłem z lektur &#8222;Sztuki wojny&#8221; czy też &#8222;Machiavelli. Nowoczesne przywództwo&#8221;. Lektury powiększyły moje postrzeganie biznesu, a przedstawioną w książkach taktykę zaadoptowałem do swojej pracy i niejednokrotnie pozwoliła mi osiągnąć wyznaczony cel.</i></p>
    
<p>Zupełnie inaczej na pozabiznesowe pasje patrzy Dariusz Miłek</p>
    
<p><i>&#8211; Wciąż żyję marzeniami, żeby mieć czas na hobby </i>&#8211; opowiada. <i>&#8211; Myślę kiedy będę miał więcej wolnego na słuchanie płyt, oglądanie filmów. Tylko wciąż nie wiem kiedy i czy to w ogóle nastąpi. Jednak staram się nie narzekać, bo sam wybrałem sobie taki sposób na życie.</i></p>

<h4>Moje jedzenie świadczy o mnie</h4>
<p>Czy w wolnym czasie przedsiębiorcy wybierają się do restauracji, a może bardziej wolą swojski bar lub pub? Co jedzą, co piją? Polską wódkę, piwo, a może wino? Wolą rodzimą kuchnię, czy też mają inne kulinarne gusta?</p>
    
<p>Janusz Palikot uwielbia zapraszać gości do domu.</p>
    
<p><i>&#8211; Wraz z żoną przygotowujemy wtedy jakąś smaczną potrawę </i>&#8211; opowiada poseł. <i>&#8211; To co serwujemy, zależy od nastroju. Raz może być to polskie danie, a innym razem np. włoskie. W czasie kolacji ze znajomymi siadamy przy stole, jemy, dyskutujemy. Uwielbiam takie wieczory.</i></p>
    
<p>Poseł lubi także zjeść kolację w restauracji.</p>
    
<p><i>&#8211; Gustuję w dobrym winie, kuchni polskiej, ale łączonej w kreatywny sposób przez mistrzów kuchni. Przepadam za sushi, cenię kuchnię fusion </i>&#8211; wylicza. <i>&#8211; Restauracje, które odwiedzam w pełni mnie zadowalają.</i></p>
    
<p>Od rozrywki nie stronią bankowcy. Mariusz Drzewiecki, jak wielu łodzian, w wolne weekendowe wieczory wybiera się na Piotrkowską, słynną na całą Polskę ulicę pubów i barów.</p>
    
<p><i>&#8211; Raczej nie przywiązuję wagi do nazwy miejsca zabawy </i>&#8211; opowiada. <i>&#8211; Ważne by towarzyszyli mi znajomi, atmosfera była przyjazna i zachęcała do zabawy. Nie szukam też wyszukanych drinków. Prawie zawsze decyduję się na jasne pełne.</i></p>
    
<p>Drzewiecki porzucił już weekendowe wypady do dyskoteki. Potańczyć lubi natomiast Piotr Kociołek. Gdy rusza na parkiet musi być spełniony jeden warunek. Z głośników musi płynąć dobra muzyka z &#8222;jego czasów&#8221; np. Slade. Dyrektor MultiBanku nie potrafi odmówić sobie też włoskiej cappuccino. Lubi kuchnię gorącej Italii oraz potrawy żydowskie. Gdy wybiera się na obiad lub kolację, to restauracje serwujące specjały tych kuchni mają pierwszeństwo.</p>
    
<p><i>&#8211; Inaczej jest np. gdy odwiedzam Anglię albo Irlandię </i>&#8211; opowiada Piotr Kociołek. <i>&#8211; Wtedy zazwyczaj odwiedzam tradycyjne, lokalne puby. Podczas wizyt na Południu np. w Grecji albo Chorwacji uwielbiam spędzać czas w restauracjach pod gołym niebem. Wybieram wówczas dania z owoców morza i białe wino.</i></p>

<h4>Okiem naukowca</h4>
<p>Profesor Wiesława Kozek, socjolog z Zakładu Socjologii Pracy i Organizacji Uniwersytetu Warszawskiego ocenia, że w Polsce biznesmeni należą do grupy zawodowej poświęcającej pracy zawodowej relatywnie dużo czasu.</p>
    
<p><i>&#8211; Rocznik Statystyczny z 2005 roku podaje, że jest to 49,5 godziny  tygodniowo  przy przeciętnej 39,24 godziny dla pracowników najemnych </i>&#8211; dodaje naukowiec. <i>&#8211; Ma to wielkie znaczenie dla ich stylu życia i wypoczynku. Przede wszystkim mając mało czasu wolnego, bardzo go cenią i starają się spędzić w sposób odpowiadający potrzebom, aspiracjom i upodobaniom ukształtowanym na wczesnym etapie osobistego rozwoju. Mając też większe możliwości finansowe mogą dokonywać bardziej swobodnego wyboru. Mało czasu wolnego oznacza mało czasu dla rodziny, w związku z czym spędzanie czasu wolnego w rodzinnym gronie wybija się na plan pierwszy jako najważniejsza potrzeba. Ma to też związek z polskim systemem wartości, w obrębie którego rodzina jest posadowiona bardzo wysoko. Jednocześnie z zaprezentowanych wypowiedzi wynika, że bardzo cenione jest przebywanie w dosyć wąskim gronie rodzinnym lub nawet w samotności, pozwalającej na zachowania czysto kontemplacyjne, np. &#8222;na łonie przyrody&#8221;. Jest to sposób poszukiwania autentyczności przez ludzi, którzy mogą czuć pewien niedosyt kontaktów opartych na więziach nierzeczowych.</i></p>
    
<p>Według profesor Kozek, styl wypoczynku w tym środowisku z pewnością jest też bardzo zróżnicowany, zważywszy, że przedsiębiorcy polscy tworzą grupę ludzi bardzo zróżnicowaną dochodowo, prestiżowo i edukacyjnie. Najważniejsze jest &#8211; wydaje się &#8211; wiedza humanistyczna z jaką wchodzi się w biznes. Osoby z porządnym wykształceniem humanistycznym z pewnością swoim stylem życia i aspiracjami tworzą wzorce dla pozostałych ludzi biznesu, którzy nie zawsze wiedzą co zrobić z wolnym czasem i swoimi pieniędzmi. Musieli znacznie ograniczyć wolny czas, by dojść do pozycji, odnieść sukces i być może wolny czas jest dla nich  nadal czasem marnotrawionym. </p> 
    
<p>Michał Bogurat</p>
]]>
    </content>
</entry>
                <entry>
    <title>Jamnik jest z mięsa</title>
    <id>http://franchising.pl/4786/jamnik-jest-miesa/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4786/jamnik-jest-miesa/" />
    <updated>2009-09-09T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Pies, nawet dobrze przyprawiony, powoduje zgagę. I jak zwykle wszystko przez Niemców. </p>
            ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Pies, nawet dobrze przyprawiony, powoduje zgagę. I jak zwykle wszystko przez Niemców. </strong></p><p>Postanowiłem zbadać, jak na rynku trzyma się produkt, który stworzył niejednego biznesmena w Polsce. Czy dzisiejszy hot dog, czyli bułka z parówką, awansował już na salony, czy może dalej kurzy się w przyczepach kempingowych. Postanowiłem więc wykonać ryzykowny dla żołądka &#8222;hot dog tour&#8221;.</p>

<h4>Niemcy emigrują</h4>
<p>Budki z hot dogami wpisały się na trwałe w biznesowy landszaft Polski. Specjalnie nie piszę &#8222;krajobraz&#8221;, bo i tak zaraz zabieram czytelników do Frankfurtu. Okazuje się bowiem, że angielska nazwa &#8222;hot dog&#8221; jest wtórnym naśladownictwem niemieckiego oryginału. Wszystko przez niemieckich emigrantów, którzy na przełomie XIX i XX wieku wyjechali do USA i zabrali ze sobą tradycję jedzenia parówek z chlebem. Johann Georghehner, rzeźnik ze Szwabii, około 1600 roku wynalazł parówki zwane dachshunds, (po polsku jamniki), z którymi potem powędrował do Frankfurtu. W Polsce dobrze znamy te parówki: gdy przekraczały granicę na zachodzie nazwane zostały frankfurterkami, a gdy ubrane w bułkę przywędrowały z USA &#8211; hot dogami. Historyk kulinariów Bruce Kraig, profesor Uniwersytetu Roosevelta, zaznacza, iż wielu chciałoby przypisać sobie miano wynalazcy hot doga, ale jednak najprawdopodobniej rozpropagowali go Niemcy i to dzięki nim stał się częścią amerykańskiej kultury.</p>
	
<p>Za nazwę hot dog podziękujmy Tacowi Dorganowi, rysownikowi z gazety Hearsta, który w 1906 roku podczas meczu baseballowego nasłuchał się niemieckiego sprzedawcy zachwalającego piekielnie gorące jamnikowe kiełbaski (dachshundy) i wykonał rysunek przedstawiający jamnika rozciągniętego na podłużnej bułce, opatrując go podpisem &#8222;kupujcie gorące pieski&#8221;. A że nie był pewien jak pisze się &#8222;dachshund&#8221;, napisał po prostu &#8222;hot dog&#8221;.</p>

<h4>Jamnik w bułce po polsku</h4>
<p>Wygląda na to, że Polacy nie do końca wiedzą, do którego ze światów kulinarnych należy hot dog. Czy jest to jedzenie pasujące do eleganckich pomieszczeń, czy tylko do budki kempingowej. Hot doga znalazłem bowiem zarówno w marnych budkach na kółkach, ale też w eleganckich stacjach benzynowych, a nawet w galerii Mokotów w Warszawie, w której bułkę z parówką serwował mi prawdziwy kucharz w śnieżnobiałej czapce. </p>
	
<p>Zacznijmy jednak nasz &#8222;hot dog tour&#8221; od początku, czyli od stacji Orlen.. Miałem tam siłę przełknąć tylko dwa kęsy dachshunda. Jakkolwiek nie sposób się czepnąć wyglądu orlenowskiego hot doga (przypieczone boki bułki, apetycznie wystająca parówka) to smak nie pozostawał złudzeń, że jemy jamnika. Obrzydliwa była też w tym hot dogu musztarda, fatalna na języku, w żołądku przypominała się do końca dnia. Po tej przygodzie mniej dziwi mnie fakt, że stacje Orlenu nie odniosły sukcesu w Niemczech, ojczyźnie dachshunda. Kupiłem w Orlenie podstawową wersję ze zwykłą kiełbaską (3,99 zł). Firma namawia na wersję bardziej wyuzdaną smakowo z białą kiełbasą z kminkiem i pieprzem, ale przyznaję - nie starczyło mi odwagi, mimo że dawali za to sporo punktów na kartę lojalnościową. Wolałbym się już napić benzyny z Płocka.</p>

<h4>Pięć grzybów w barszcz</h4>
<p>Dwa kilometry dalej plakat zachęcał: &#8222;skręć z drogi po hot dogi&#8221; na stację Statoila, postanowiłem więc sprawdzić bezpośrednią konkurencję Orlenu. I trzeba przyznać, że wyobraźnię kulinarną w Norwegii mają większą niż w Płocku. Liczba wersji hot doga przekracza w Statoilu możliwości ich spamiętania: parówka może być klasyczna, z parmezanem lub z bekonem, a jak komus parówka nie leży na języku, może ją zastąpić kabanos lub nawet mięso mielone (na stacji nikt nie wiedział z jakie zwierzę zmielono - może to nawet i lepiej). Mielonka jest szczególnie promowana na plakatach i wywieszkach impulsowych wewnątrz stacji. Postanowiłem więc zdradzić klasycznego jamnika wciskanego do wydrążonej bułki i spróbować wersji z nacinaną bułką, z mięsem a&#8217; la hamburger i dodatkami: ogórkiem, sosami i suszoną cebulą. Niby wszystkiego dużo, niby to pożywne i nawet do zjedzenia, ale coś jednak nie takie jak trzeba. I to nie tylko dlatego, że drogo (4,99 zł). Hot dogowi odebrać parówkę to tak,  jakby Norwegowi rąbnąć fiordy. Uznaję Statoilową próbę z podłużnym hamburgerem za przekombinowaną. I choć poziom hot-dogów na Statoilu jest wyższy niż w Orlenie, następnym razem zjadę z drogi tylko po to, żeby zatankować. A ponieważ Statoil sprzedaje u siebie to samo co Orlen paliwo z rafinerii w Płocku, zatankuję tam, gdzie będzie taniej. Muszę jednak skłonić głowę przed siłą marketingową kampanii Statoila. Przy mnie zamówiło hot-dogi co najmniej kilka osób.</p>

<h4>Zrozumieć nowatora</h4>
<p>Czas zmienić ligę - pomyślałem - i poszedłem do... pizzerii. Telepizza serwuje bowiem roll doga czyli parówkę obłożoną boczkiem i zapieczoną w cieście typowym dla pizzy. Wszystko to jest pięknie zapakowane w prostokątny kartonik-trumienkę i najczęściej dołączane jako starter-dodatek do pizzy. Muszę przyznać, że ja tę wariację na temat hot doga uznaję za wielce udaną. No to co, że bekon i że w trumience? Nawet niektóre opery Mozarta nie zostały zrozumiane od razu. Być może więc nie dziś, ale za sto lat klasyczną słodką bułkę pszenną wyprze ciasto z pizzy. Jedyną wadą roll doga , zwłaszcza, gdy kupuje się go bezpośrednio w pizzerii, jest ponad dwudziestominutowe oczekiwanie. Po tym czasie można by się spodziewać co najmniej homara. Mnie czekanie pozwoliło zauważyć, że wszystkie sztuczne kwiatki w lokalu Telepizzy były szare od kurzu. Ale kwiatków na szczęście nie ma w menu.</p>

<h4>Intelektualista z parówką</h4>
<p>Uwaga, uwaga: w Warszawie hot-dog wkroczył na salony! W Galerii Mokotów, gdzie chadza na zakupy rozkapryszona warszawka, pojawiła się sporej wielkości przyczepa serwująca kiełbaski i m.in. hot-dogi. Lokal nazywa się &#8222;Hot Dog King&#8221;, jakby publiczność miała wątpliwości, z kim ma do czynienia Jak na jedną przyczepę o powierzchni 5 m<sup>2</sup>, z jedną grillownicą, punkt ma aż dwa okienka &#8211; w jednym kasę, a w drugim - wydawanie potraw. Kulturalnie, oddzielnie, savoire vivre, bon ton. </p>
	
<p>Być może dlatego, że klienci Galerii uważani są za warszawską zakupową elitę, sprzedawca w eleganckim stroju kucharza stawia ich przed wieloma alternatywnymi wyborami: ketchup czy musztarda, barbecue czy salsa, kapusta czy ogórek konserwowy? &#8211; pyta jak nakręcony. Cebula na szczęście nie ma alternatywnego zastępnika. Nie wiem, dlaczego nie  można wziąć jednocześnie kapusty i ogórka, rozumiem pokornie, że wybór jest tu atrakcją samą w sobie. W King Dogu można też dostać grillowaną kiełbasę staropolską i parę wersji bratwurstów, co wskazuje, że powoli wracamy do domu we Frankfurcie. Tylko ta kapusta zdradza polskie wpływy. Podobno w naszym kraju, gdzie lipa zakwita, serwują gdzieniegdzie nawet hot dogi z tartą marchewką, brrrrrrr! Na wszelki wypadek przypominam, że oryginał nie miał żadnych dodatków - w Polsce najlepiej przypomina go bułka z parówką serwowana w Ikei. Ale wróćmy do galerii. King Hot Dog, choć kupiony w ekskluzywnym miejscu, kosztował taniej niż na stacji benzynowej (4 zł), był większy i całkiem smaczny. No i nie przypominał się do rana. Gdyby nie to, że w galerii jest kilka dobrych restauracji i kawiarni, miałby szansę na powtórkę. O losy biznesowe budki wcale się jednak nie martwię. Kilkunastoosobowa kolejka wskazuje, że warszawska elita potrafi zapomnieć, że od kilku lat je wyłącznie Caprese i Mascarpone.</p>

<h4>Mój numerek ONE</h4>
<p>Na koniec mój typ na pierwsze miejsce. Kto nie zna budki Dania fast food, ten dla mnie kulinarny pętak. Każdy, kto był w Warszawie na początku lat 90. i robił sobie zdjęcie z kolumną Zygmunta na tle Zamku Królewskiego, na pewno ma tę budkę na zdjęciu. Klasyczną, na kółkach z podnoszonym do góry daszkiem nad ladą. Jeśli wczesny kapitalizm miał twarz Balcerowicza, to miał także korzenno-słodkawy smak hot doga z budki Dania. Choć dziś przyczepy Dania prawie kompletnie zostały wyparte przez McDonalds`y i inne sieciowe fast foody, udało mi się budkę Dania znaleźć. Stoi skromnie przy bocznym wejściu do Królewskich Łazienek. Byłem prawie pewien, że za szyldem kryje się kiepska podróbka, a tu fantastyczne zaskoczenie: smak ciągle ten sam. Mała nacięta słodkawa bułka jest wypełniana wąską frankfurterką, z trzech kranów wyciskane są trzy sosy (w tym charakterystyczny majonezowy remoulade) na wierzch dostajemy ogórki o niezapomnianym korzenno-słodkim smaku i równie silnym zapachu, a na koniec sypana jest pokruszona suszona cebulka. Tak smakuje historia. Jedyna wada tego hot-doga to rozmiar, najmniejszy ze wszystkich. No cóż, pączki u Bliklego też są mniejsze niż w innych cukierniach. Jakość nie przechodzi w ilość, niestety.</p>
	
<p>Kiedy miałem już serdecznie dość hot-dogów, dowiedziałem się, że wegetariańskiej knajpie Green Way podają hot-doga z sojową parówką. Koniec świata. To tak jakby jamnik miał uszy z liści, a ogon z patyka. Gdyby ktoś zapomniał, jamnik (dachshund) jest z mięsa.</p>

<p>Arkadiusz Słodkowski</p>]]>
    </content>
</entry>
                <entry>
    <title>Na kryzys: TAO pucybuta</title>
    <id>http://franchising.pl/4783/kryzys-tao-pucybuta/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4783/kryzys-tao-pucybuta/" />
    <updated>2009-09-09T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Stopy nie mają dobrej prasy. Są gdzieś na dole, ciągle się brudzą i pocą. </p>
            ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Stopy nie mają dobrej prasy. Są gdzieś na dole, ciągle się brudzą i pocą. </strong></p><p>Zajmowanie się czyszczeniem cudzych stóp to kulturowy symbol podporządkowania i hołdu.
Do zawodu pucybuta trzeba więc najpierw przekonać siebie, żeby przekonać choćby rodzinę. Jakaś zgrabna filozofia jest tu potrzebna, żeby nie powiedzieć konieczna. Znaleźliśmy Pucybuta, który naszym zdaniem podjął to wyzwanie.</p>

<h4>Pucybut na swoim miejscu</h4>
<p><i>- Dla mnie to piękny zawód </i>- powiedział nam Michał Cieślak, pucybut z warszawskiej Galerii Mokotów, kiedy usiedliśmy wyczyścić u niego lakierki. <i>- Mam do czynienia z prawnikami, lekarzami, dyplomatami. Moim zdaniem właśnie z nimi, a nie z ich butami. Buty to tylko pretekst do rozmów. A te na koniec dnia pracy dają mi poczucie towarzyskiego spełnienia. Ostatnio rozmawiałem z ambasadorem Norwegii o jego wyjeździe na Syberię. A jeszcze niedawno to ja byłem elektrykiem i mogłem sobie co najwyżej pogadać z działem technicznym o awariach. Mam emocjonalne poczucie awansu społecznego. Pochodzę z rodziny samotników, a tu spotyka mnie możliwość rozmowy z tyloma osobami. Dla mnie to okazja na rozwój. </i></p>

<p>Michał Cieślak jest najbardziej medialnym przedstawicielem swojego zawodu. Naliczyliśmy o nim kilkadziesiąt wycinków prasowych. Ostatnio występował w TVN 24 komentując wygląd butów znanych polityków. Michał Cieślak, czyścibut warszawski, z zawodu jest elektrykiem &#8211; kilkakrotnie był na bezrobociu, w przerwach dorabiał w piekarni. Kiedy zostawał pucybutem, akurat był bez pracy. Do czyszczenia butów przekonał go tłum osób, który codziennie przewala się przez galerię handlową.</p>
<p><i>- Było dla mnie oczywiste, że tu front robót nigdy się nie skończy. A przecież buty można przeczyścić nie tylko na nogach, można też siatkę butów dostać w serwis. A to dodatkowo poprawia obroty</i> - mówi.</p>

<h4>Jestem silny siłą stoika</h4>
<p>Czy musiał się jakoś przemóc do zawodu?</p>
<p><i>- Odporność psychiczna jest konieczna </i>- odpowiada Cieślak. <i>- Wielu z nas nie wytrzymywało nacisku rodziny, która odradzała. </i></p>
<p>Kiedyś sieć pucybutów straciła całe stanowisko pracy, bo jeden z czyścicieli tak mocno odreagowywał w barze, że szefowa znalazła go dopiero dwa dni potem na odwyku. Tron, pasty i szczotki przepadły bez wieści. </p>
<p><i>- Moim zdaniem lepiej księciu czyścić buty niż przez pole kable ciągnąć </i>- komentuje Cieślak. </p>
<p>Kiedy czyści buty, wyraźnie lepiej mu się opowiada.</p>
<p><i>- Piękno mojej usługi polega na tym, że przeczyszczam buty osobom wyżej w hierarchii, a rozmawiam z nimi jak równy z równym, choć z pozycji pochylonego nad pantoflem. Matka trochę mi odradzała, ale jak zobaczyła mnie w TV, w gazetach, pokazałem jej stałe dochody, musiała zaakceptować. Teraz zarabiam 30 procent więcej niż w najlepszych latach elektrykowania, a tu mam jeszcze pewność dochodów. Środowisko rodzinne zazwyczaj neguje to miejsce pracy. Wśród znajomych nie pcham się na afisz z informacją, gdzie pracuję albo co robię. Obaj z bratem jesteśmy pucybutami, mamy wspólny front jedności przeciw rodzinnej krytyce. Ja byłem trzy razy na bruku i rodzina nie załatwiła mi żadnej pracy. Więc dziś mam siłę odeprzeć podśmiechujki.</i></p>
<p>Zdaniem Cieślaka pucybutom najczęściej dokucza młodzież. Ma poczucie przewagi, a przecież jutro ci ludzie mogą być bezrobotnymi elektrykami, a nawet bezrobotnymi prawnikami. Czasem chce się im odgryźć, ale nie robi tego, bo ma poczucie swojej wartości. </p>
<p>Podobno część klientów gra nie fair i sprawdza wytrzymałość pucybuta siadając na tronie w butach doszczętnie upapranych albo odwrotnie - w czystych adidasach. Wtedy pan Michał z nieprzeniknioną twarzą wykonuje usługę. W końcu czystym butom też należy się zastrzyk konserwacji.</p>

<h4>Zawiłości zawodu</h4>
<p>Według warszawskiego czyścibuta czterdzieści procent klientów przychodzi do niego sama, resztę musi grzecznie namówić. Mówi wtedy: &#8221;Wylansuję panu buty, a prestiż panu wzrośnie&#8221;.</p>
<p><i>- Podczas usługi można delikatnie spytać klienta na temat ogólny: gdzie mieszka, jaki ma zawód. Pucybut jest kotwicą psychologiczną dla klienta </i>- opowiada Cieślak. <i>- Dlatego z naszych usług często korzystają osoby w delegacji. Nie mają towarzystwa na miejscu, przychodzą więc porozmawiać i jednocześnie buty przeczyścić. Sam nie wiem, z którego powodu bardziej.</i></p>
<p>Pucybut jak każda firma usługowa reaguje na koniunkturę gospodarczą. </p>
<p><i>- Jak zbiedniały mężczyzna idzie na randkę, to kwiaty musi kupić, ale brudnych butów nie musi już czyścić </i>- mówi Cieślak. </p>
<p>O swoim sukcesie pucybut decyduje nie sam, wpływ ma też administracja centrum handlowego, która może dać lepsze lub gorsze miejsce. </p>
<p><i>- Kiedyś stałem przy kinie, tam było beznadziejnie, ciągle zapędzeni ludzie, za dużo młodzieży, teraz jestem przy windzie, gdzie ludzie muszą się zatrzymać i jednocześnie obok kawiarni, gdzie przychodzi więcej moich klientów. </i></p>
<p>Czyściciele konkurują między sobą o stałych klientów. Zdarzają się miesiące, kiedy aż 80 procent klientów jest jednorazowych, oni więcej nie wrócą. A biznes da się oprzeć tylko na stałych.</p>

<h4>Pucybut nie rozmawia o kochankach</h4>
<p><i>- Miałem szkolenie na temat marketingu i motywacji do pracy </i>- opowiada Cieślak. <i>- Szefowa sfilmowała moją pracę, a ja z innymi pucybutami wzajemnie ocenialiśmy się i poprawialiśmy jakość obsługi. Pokazywaliśmy własną technikę czyszczenia butów, bo każdy nawet pastę nakłada inaczej. </i></p>
<p>Dzięki szkoleniu pan Michał zredukował wadę, jaką była skłonność do rozmowy na tematy osobiste. Teraz wie, że pucybut nie barman, nie powinien rozmawiać o żonie i kochankach, jego dialog z klientem powinien kluczyć wokół butów i tematów związanych &#8211; wkładek, skarpet itp. </p>
<p><i>- Teraz zawsze zaproponuję klientowi przyniesienia butów w siatce do wyczyszczenia. To działa i mam więcej pracy! </i>- mówi Cieślak. <i>- Pucybut nie może być bierny, powinien z klientem rozmawiać: może nawet pozwolić sobie na krytykę, czasem mówię: &#8222;Te buty czyszczę po raz ostatni. Czas kupić nowe&#8221;.</i></p>
<p>A jak wygląda przygotowanie do zawodu?</p>
<p><i>- W naszym zawodzie szkolimy się 3 dni </i>- odpowiada pan Michał. <i>- Po miesiącu praktyki poczułem się pewnie, czyściłem i pastowałem jak trzeba. Najlepsza praktyka to życie. Przez miesiąc pracy w galerii wszystkie rodzaje skór się obrobi. W zawodzie najbardziej zużywają się kolana. Kucałem miesiąc i mi wystarczyło. Teraz mam stołeczek wędkarski obszyty na czarno, żeby pasował.</i></p>

<h4>Kobiety są trudne</h4>
<p>Zdaniem Cieślaka mężczyzn łatwiej namówić na wyczyszczenie butów, najlepiej jak są sami, bez kobiet. Jeśli są razem, to zawsze gdzieś się spieszą, panie chcą już wejść do sklepu, dodatkowo mężczyzna nie chce się przed kobietą przyznać, że ma brudne buty. </p>
<p><i>- Trochę nawet konkuruję z kobietami </i>- mówi pan Michał. <i>- Nie dość, że ładne kobiety rzadko uczestniczą w usłudze, to jeszcze odciągają kapitał mężczyzny do najbliższej perfumerii.</i></p>
<p>Kobiety przynoszą buty do czyszczenia w siatce, zwłaszcza od kiedy na tablicy umieścił informację, że jest taka możliwość. </p>
<p><i>- Wydaje mi się, że kobiety peszy usługa na oczach ludzi </i>- obstawia czyściciel. <i>- A może wstydzą się, gdy obcy mężczyzna manipuluje przy ich nogach? </i></p>

<h4>Mądrość Rockefelera: &#8222;od pucybuta do milionera&#8221;</h4>
<p><i>- W moim zawodzie liczy się pewność obsługi co najmniej 10 klientów dziennie, w każdym razie ja nie marzę o milionach </i>- mówi Cieślak. <i>- Dla mnie bogactwo to brak strachu, że zabraknie klientów.</i></p>
<p>Co Pucybut myśli o przyszłości? </p>
<p><i>- Że nie będzie kucał do 70-tki </i>- mówi Cieślak. </p>
<p>I mówi to bez złości. Nie chce uciekać od zawodu, wręcz przeciwnie &#8211; myśli o założeniu szkoły pucybutów z dyplomami i stworzenie sieci. </p>
<p>Jakie jest marzenie Pucybuta? </p>
<p><i>- Znaleźć się w Nowym Jorku. Chciałbym stanąć na ulicy i poczyścić Amerykanom buty, oni to doceniają, to epicentrum pucybuctwa. </i></p>

<p>Buty wyczyścili: Arkadiusz Słodkowski, Marcin Kaleta </p>]]>
    </content>
</entry>
                <entry>
    <title>Kapitalizm stworzyli cinkciarze?</title>
    <id>http://franchising.pl/4759/kapitalizm-stworzyli-cinkciarze/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4759/kapitalizm-stworzyli-cinkciarze/" />
    <updated>2009-09-04T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>Profesje wykreowane przez komunizm takie jak baba z cielęciną, konik, cinkciarz miały odejść razem z nim do historii. Jednak wcale tak się nie stało. Głęboko okopane w niszach &#8211; tak jak cinkciarze w hotelach &#8211; bronią się przed wyginięciem.</p>
            ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>Profesje wykreowane przez komunizm takie jak baba z cielęciną, konik, cinkciarz miały odejść razem z nim do historii. Jednak wcale tak się nie stało. Głęboko okopane w niszach &#8211; tak jak cinkciarze w hotelach &#8211; bronią się przed wyginięciem.</strong></p><p>Cinkciarz był jednoosobowym, mobilnym kantorem, w jeansowej bluzie, w czasie Polski Ludowej urzędującym przed sklepami dewizowymi Pewex i Baltona, zakładami jubilerskimi, a także przed hotelami, bankami i na giełdach samochodowych. Nazwa pochodzi od wyrażenia "change money" (czyli na nasze "czincz many") wypowiadanego konspiracyjnym szeptem do wszystkich przechodzących obok cinkciarza osób.</p>

<h4>Bony kupię!</h4>
<p>Cinkciarz nielegalnie wymieniał dolary amerykańskie oraz w mniejszym stopniu inne waluty, w tym niezapomniane bony dolarowe PeKaO - zastępczy środek płatniczy, stosowany w okresie PRL. Bon służył komunistycznemu państwu do drenażu zasobów dewizowych Polaków. Bony były wydawane osobom, które otrzymywały przekazy pieniężne w twardej walucie z krajów tzw. I obszaru płatniczego (USA, Europa Zachodnia). Obywatele polscy pracujący na rzecz polskich firm za granicą, bądź otrzymujący przelewy zza granicy (wypłaty, spadki, darowizny itp.) w zamian za prawdziwe dolary, franki czy funty dostawali "równowartość" w bonach.</p>

<h4>Gra w wolno-nie-wolno</h4>
<p>W pierwszym okresie PRLu (lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte) wszelki obrót dewizami był zakazany, i z początku restrykcyjnie karany. Od stycznia 1960 roku, waluty które ludzie przetrzymali sprzed wojny albo które przywieźli wracając z Zachodu, skupował państwowy bank wydając bony zamiast dolarów. Od lat 70. aż do zniesienia zakazu w 1989 roku na handel walutami patrzono już przez palce. Cinkciarze oferowali wyższy kurs wymiany niż państwowe banki. Byli wciąż nielegalni, ale w gruncie rzeczy akceptowani przez władze, bo stanowili dla władzy źródło walut potrzebnych na zakup zachodniej myśli technicznej. Wymiana pieniędzy u cinkciarzy była jednak - jak zawsze w obrocie czarnorynkowym - dokonywana z dużym ryzykiem. </p>

<h4>Balcerowicz musi podziękować</h4>
<p>Większość cinkciarzy zniknęła w 1989 roku, wkrótce po tym, gdy wprowadzono w życie nowe prawo dewizowe, które zalegalizowało prywatny obrót walutami obcymi w kantorach wymiany. Ci z cinkciarzy, którzy o planowanych zmianach przepisów wiedzieli wcześniej i dysponowali większą gotówką, byli w stanie dosłownie nazajutrz po wejściu w życie nowych przepisów otworzyć kantory albo nawet całe sieci kantorów wymiany walut. W ten sposób nagle stali się legalnymi biznesmenami, a dla niektórych z nich operacja ta była okazją do błyskawicznego uzyskania wielkiej fortuny, która obecnie procentuje w całkowicie już legalnych inwestycjach. Polski kapitalizm zanim postawi pomnik Balcerowiczowi powinien zadośćuczynić zawodowi, który okazał się inkubatorem karier biznesowych w Polsce. Na razie cinkciarzy w pewien sposób uczcił Olaf Lubaszenlo kręcąc o nich film Sztos z Cecarym Pazurą i Janem Nowickim.</p>

<p>Arkadiusz Słodkowski</p>

<p>źródła: <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Cinkciarz" target="_blank">http://pl.wikipedia.org/wiki/Cinkciarz</a>; <a href="http://www.wiedza.servis.pl/art/Bon_pekao" target="_blank">http://www.wiedza.servis.pl/art/Bon_pekao</a></p>
]]>
    </content>
</entry>
                        <entry>
    <title>Gotówka się broni </title>
    <id>http://franchising.pl/4839/gotowka-sie-broni/</id>
    <link rel="alternate" type="text/html" href="http://franchising.pl/moja-firma/4839/gotowka-sie-broni/" />
    <updated>2008-11-10T00:00:00+02:00</updated>
    <summary type="html"><![CDATA[
        <p>W historii handlu banknot jako powszechny środek płatniczy ma stosunkowo krótką historię. Skąd się wziął i czy jeszcze długo będzie nam towarzyszył?</p>
    <img src="http://images.franchising.pl/30e/e3d/pieniadze-s.jpg" alt="Rozrzucone pieniędze na stole" />        ]]></summary>
    <content type="html">
        <![CDATA[<p><strong>W historii handlu banknot jako powszechny środek płatniczy ma stosunkowo krótką historię. Skąd się wziął i czy jeszcze długo będzie nam towarzyszył?</strong></p><p>W lutym 2007 roku w tygodniku brytyjskim „The Economist” ukazał się artykuł zatytułowany „The end of Cash era”, którego autor przewiduje koniec materialnego pieniądza w ciągu najbliższych 15 lat, argumentując to dynamicznym rozwojem płatności elektronicznych. Specjaliści i producenci banknotów nie wydają się jednak zaniepokojeni takimi prognozami, twierdząc, że branża przeżywa największy rozkwit w historii. </p>
	
<p><i>– Od około 30 lat makroekonomiści i analitycy prognozują malejące znaczenie, a wreszcie koniec gotówki </i>– wyjaśnia Jerzy Dziemidowicz, specjalista ds. banknotów w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych SA. <i>– Rzeczywistość jednak nie potwierdza tej hipotezy – przeciwnie, ilość gotówki w obrocie systematycznie rośnie.</i></p>
	
<p>Obieg banknotów w Wielkiej Brytanii zwiększył się o 45 proc. w latach 1999-2004, a w USA o 400 proc. w ostatnich 25 latach. W Austrii wartość banknotów euro w tamtejszym obrocie wzrosła w 2006 r. o 11,3 proc. w stosunku do roku 2005. Obrót gotówkowy w Europie więc rośnie – liczba banknotów w obiegu średnio o 8 proc. rocznie, a monet o 16 proc. – aby pokryć zapotrzebowanie konsumentów. </p>
	
<p>Według badań obywatele krajów UE uznają gotówkę za najdogodniejszy sposób dokonywania płatności, a jedną z najbardziej cenionych zalet jest anonimowość transakcji. Około dwie trzecie dorosłych Europejczyków przyznało w badaniach, że większy nacisk na używanie elektronicznych form płatności i całkowita rezygnacja z gotówki miałyby destrukcyjny wpływ na społeczeństwo i gospodarkę. Te same badania wskazują, że 38 proc. ankietowanych preferuje dokonywanie wszystkich płatności za pomocą gotówki. Odsetek ten znacząco rośnie przy transakcjach o mniejszej wartości.</p> 
	
<p>Zdaniem Wolfganga Knorle z Giesecke & Devrient (niemiecki odpowiednik PWPW SA) w ciągu najbliższych 10 lat gotówka nie tylko nie zniknie, ale liczba wytwarzanych banknotów zwiększy się do 150 miliardów rocznie. Eksperci ds. banknotów wskazują również na czas transakcji jako argument przemawiający na korzyść gotówki. Przy płatnościach gotówkowych wynosi on 19 sekund, przy kartach debetowych – 26 sekund, a przy kartach kredytowych – 28 sekund. Podkreślił, że gotówka jest najtańszą i najwygodniejszą formą transakcji.</p>
	
<p>Obrońcy banknotów zwracają też uwagę, że gotówka jest znacznie prostsza w obsłudze i nie wymaga sprzętu komputerowego czy telefonicznego ani fachowej wiedzy. Poza tym mikropłatności dokonywane z pomocą telefonu będą konkurencją raczej dla monet niż banknotów. Kolejną istotną kwestią jest – według ekspertów – bezpieczeństwo. Realizacja wszelkich transakcji bez pieniądza materialnego rodzi wielkie niebezpieczeństwo w przypadku awarii systemów. Gotówka zachowuje wszystkie swoje funkcje przy najniższym koszcie dla użytkownika. W jego opinii ma wszystkie cechy niezbędne do wygrania konkurencji z pieniądzem wirtualnym, także z psychologicznego punktu widzenia – pozwala na rzeczywiste doświadczenie wartości, daje „odczuć” rzeczywistą relację między pieniędzmi zarabianymi a wydawanymi, co może być łatwo zachwiane przy użyciu wyłącznie telefonu komórkowego czy karty. </p>
	
<p>Fachowcy zaprzeczają, że gotówka jest niebezpiecznym środkiem płatności. Z badań przeprowadzonych w ośmiu największych krajach UE wynika, że 11 proc. ich dorosłych obywateli, a więc około 22,8 mln osób, przynajmniej raz padło ofiarą oszustw związanych z użyciem kart, przy czym jedna trzecia spośród nich nie otrzymała żadnej rekompensaty z banku będącego emitentem karty. O ile więc używanie gotówki narażone jest na ryzyko kradzieży bezpośredniej, o tyle użycie kart wiąże się z niebezpieczeństwem oszustw.</p>
	
<p>Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy banknotów przyznają, że liczba transakcji gotówkowych będzie systematycznie spadać na rzecz płatności elektronicznych. Trudno jednak przypuszczać, by gotówka miała prędko odejść do lamusa. Tym bardziej że na razie mocno się broni. </p>

<h4>Przyjemny szelest banknotu</h4>
<p>Jak to niejednokrotnie z wynalazkami bywało, banknoty wynaleźli... Chińczycy. Papierowy pieniądz pojawił się w Chinach w X wieku. Był wymienialny na kruszec, a jego ważność kończyła się po trzech latach. Po wielkiej inflacji w XII wieku w Chinach wprowadzono nowy banknot o jednym tylko nominale – tzw. „cenny banknot Wielkich Mingów”, który ustabilizował system walutowy na ponad dwieście lat – donosi portal Narodowego Banku Polskiego NBPortal.pl</p>
	
<p>W Europie pionierami w produkcji banknotów byli Szwedzi. Po licznych wojnach XVII wieku państwo szwedzkie było poważnie zadłużone. Jedną z recept na długi było wprowadzenie miedzi do systemu pieniądza kruszcowego opartego dotąd na złocie i srebrze. Pewną niedogodnością jednak okazała się waga tego środka płatniczego – miedziane platmynty ważyły ok. 20 kg. W 1668 roku powstał Szwedzki Bank Państwowy, w którym Szwedzi mogli deponować swoje miedziane sztaby. W zamian otrzymywali papierowe pokwitowania. Zaświadczenia były wystawiane na okaziciela, więc miały cechy prawdziwego pieniądza – można je było sobie przekazywać anonimowo i bez formalności. W ślady Szwecji poszli Anglicy. Powstały w 1694 roku Bank Anglii na podobnej zasadzie wyemitował banknoty wymienialne na złoto, zobowiązując się na banknocie do wypłaty kruszcu na żądanie posiadacza biletu. Zobowiązanie to widnieje na banknocie brytyjskim do dziś – „I promise to pay the bearer on demand the sum of ...”.</p>
	
<p>Banknot był ściśle związany z kruszcem, bo faktycznie stanowił pokwitowanie depozytu złożonego w złocie, srebrze lub miedzi. Emitenci banknotów szybko zauważyli, że jest bardzo mało prawdopodobne, że wszyscy właściciele banknotów zechcą wymieniać bilety na swój kruszec. Ta wiedza prowokowała do emisji większej liczby banknotów – bez pokrycia w kruszcach. W miarę upowszechniania się banknotu rosła też liczba nadużyć finansowych i spekulacji powszechnych szczególnie w XVIII wieku. </p>
	
<p>W XIX wieku banknoty wymienialne na kruszec były już w powszechnym użyciu. Można było odmówić przyjęcia banknotu, żądając w zamian kruszcu. Wyjątkiem był czas wojny, w którym zawieszano wymienialność banknotów na kruszec. W czasie wojny secesyjnej pojawiła się formuła mówiąca, że banknot jest „prawnym środkiem płatniczym”. Wówczas nie można było domagać się kruszcu zamiast banknotu.  </p>
	
<p>Rozwód banknotu z kruszcem nastąpił w czasie wielkiego kryzysu w latach 30. XX wieku. Banki narodowe zmieniły wówczas zasady emisji banknotów, a wymienialność na kruszec zastąpiono swobodą wymienialności na inne waluty. Ostatnie z wymienialnością banknotu na kruszec zerwały Stany Zjednoczone w latach 70. </p>
	
<p>Początki polskich banknotów przypadają na czasy powstania kościuszkowskiego w 1794 roku. W czerwcu, podczas oblężenia Warszawy przez wojska carskie, Rada Najwyższa Narodowa powołała Dyrekcję Biletów Skarbowych i nakazała emisję biletów skarbowych. Wprowadzono je 16 sierpnia 1794 roku. Były pierwszymi polskimi pieniędzmi papierowymi. Banknoty kościuszkowskie nominowane były w złotych polskich. </p>
	
<p>Kolejne lata – wraz z rozbiorami i zawirowaniami powstańczymi – przynosiły różne waluty emitowane przez różne podmioty. W okresie Księstwa Warszawskiego w 1810 roku wprowadzono do obiegu banknoty o nominałach 1, 2 i 5 talarów. W 1828 roku powstał w Warszawie Bank Polski, który jeszcze przed wybuchem powstania listopadowego wyemitował serię banknotów nominowanych w złotych polskich. Podczas powstania Bank emitował powstańczy banknot jednozłotowy, z godłem Polski i Litwy. W pierwszej połowie XIX wieku pojawiły się banknoty Banku Polskiego emitowane w rublach z napisami dwujęzycznymi: polskim i rosyjskim. Próby emisji pieniądza pojawiły się również w czasie powstania styczniowego, jednak powstańczy banknot nie ujrzał nigdy światła dziennego. </p>
	
<p>Od połowy XIX wieku aż do I wojny światowej Polacy w zasadzie nie mieli własnych banknotów – w poszczególnych zaborach obowiązywały waluty państw zaborczych. Prawdziwy przełom przyniosło odzyskanie przez Polskę niepodległości. 25 stycznia 1919 roku Prezydent Rady Ministrów Ignacy Jan Paderewski na posiedzeniu rządu powołał Państwowe Zakłady Graficzne – dzisiejszą Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych S.A. Nie bez powodu była to jedna z pierwszych instytucji powołanych w wolnej Polsce. Odzyskanie niepodległości i scalanie rozbitych części kraju rodziły bowiem konieczność przywrócenia atrybutów suwerennego państwa – druku pieniądza, dokumentów osobistych, akcji, druków skarbowych czy znaczków pocztowych. Rok od powołania firma wyprodukowała pierwszy banknot – 100 marek polskich projektu Adama Jerzego Półtawskiego. </p>
	
<p>W czasie II Wojny Światowej w PWPW SA produkowano banknoty dla Banku Emisyjnego w Krakowie (tzw. „młynarki”), ponadto kennkarty, kartki żywnościowe, eisenmarki i inne niemieckie druki i dokumenty. Na wielu z nich pozostawiono stopkę z pełną nazwą: Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych SA. </p>
	
<p>Obecnie wszystkie znajdujące się w obiegu polskie banknoty produkowane są przez Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych SA, która poza produkcją na 
rynek polski realizuje również zlecenia innych państw w zakresie produkcji banknotów, dokumentów oraz papieru zabezpieczonego.</p>
	
<p>Marcin Kaleta </p>
<p>(źródła: <a href="http://www.nbportal.pl/">www.nbportal.pl</a>; <a href="http://www.pwpw.pl/">www.pwpw.pl</a>)</p>]]>
    </content>
</entry>

</feed>
