09.09.2009

Jamnik jest z mięsa

Pies, nawet dobrze przyprawiony, powoduje zgagę. I jak zwykle wszystko przez Niemców.

Postanowiłem zbadać, jak na rynku trzyma się produkt, który stworzył niejednego biznesmena w Polsce. Czy dzisiejszy hot dog, czyli bułka z parówką, awansował już na salony, czy może dalej kurzy się w przyczepach kempingowych. Postanowiłem więc wykonać ryzykowny dla żołądka „hot dog tour”.

Niemcy emigrują

Budki z hot dogami wpisały się na trwałe w biznesowy landszaft Polski. Specjalnie nie piszę „krajobraz”, bo i tak zaraz zabieram czytelników do Frankfurtu. Okazuje się bowiem, że angielska nazwa „hot dog” jest wtórnym naśladownictwem niemieckiego oryginału. Wszystko przez niemieckich emigrantów, którzy na przełomie XIX i XX wieku wyjechali do USA i zabrali ze sobą tradycję jedzenia parówek z chlebem. Johann Georghehner, rzeźnik ze Szwabii, około 1600 roku wynalazł parówki zwane dachshunds, (po polsku jamniki), z którymi potem powędrował do Frankfurtu. W Polsce dobrze znamy te parówki: gdy przekraczały granicę na zachodzie nazwane zostały frankfurterkami, a gdy ubrane w bułkę przywędrowały z USA – hot dogami. Historyk kulinariów Bruce Kraig, profesor Uniwersytetu Roosevelta, zaznacza, iż wielu chciałoby przypisać sobie miano wynalazcy hot doga, ale jednak najprawdopodobniej rozpropagowali go Niemcy i to dzięki nim stał się częścią amerykańskiej kultury.

Za nazwę hot dog podziękujmy Tacowi Dorganowi, rysownikowi z gazety Hearsta, który w 1906 roku podczas meczu baseballowego nasłuchał się niemieckiego sprzedawcy zachwalającego piekielnie gorące jamnikowe kiełbaski (dachshundy) i wykonał rysunek przedstawiający jamnika rozciągniętego na podłużnej bułce, opatrując go podpisem „kupujcie gorące pieski”. A że nie był pewien jak pisze się „dachshund”, napisał po prostu „hot dog”.

Jamnik w bułce po polsku

Wygląda na to, że Polacy nie do końca wiedzą, do którego ze światów kulinarnych należy hot dog. Czy jest to jedzenie pasujące do eleganckich pomieszczeń, czy tylko do budki kempingowej. Hot doga znalazłem bowiem zarówno w marnych budkach na kółkach, ale też w eleganckich stacjach benzynowych, a nawet w galerii Mokotów w Warszawie, w której bułkę z parówką serwował mi prawdziwy kucharz w śnieżnobiałej czapce.

Zacznijmy jednak nasz „hot dog tour” od początku, czyli od stacji Orlen.. Miałem tam siłę przełknąć tylko dwa kęsy dachshunda. Jakkolwiek nie sposób się czepnąć wyglądu orlenowskiego hot doga (przypieczone boki bułki, apetycznie wystająca parówka) to smak nie pozostawał złudzeń, że jemy jamnika. Obrzydliwa była też w tym hot dogu musztarda, fatalna na języku, w żołądku przypominała się do końca dnia. Po tej przygodzie mniej dziwi mnie fakt, że stacje Orlenu nie odniosły sukcesu w Niemczech, ojczyźnie dachshunda. Kupiłem w Orlenie podstawową wersję ze zwykłą kiełbaską (3,99 zł). Firma namawia na wersję bardziej wyuzdaną smakowo z białą kiełbasą z kminkiem i pieprzem, ale przyznaję - nie starczyło mi odwagi, mimo że dawali za to sporo punktów na kartę lojalnościową. Wolałbym się już napić benzyny z Płocka.

Pięć grzybów w barszcz

Dwa kilometry dalej plakat zachęcał: „skręć z drogi po hot dogi” na stację Statoila, postanowiłem więc sprawdzić bezpośrednią konkurencję Orlenu. I trzeba przyznać, że wyobraźnię kulinarną w Norwegii mają większą niż w Płocku. Liczba wersji hot doga przekracza w Statoilu możliwości ich spamiętania: parówka może być klasyczna, z parmezanem lub z bekonem, a jak komus parówka nie leży na języku, może ją zastąpić kabanos lub nawet mięso mielone (na stacji nikt nie wiedział z jakie zwierzę zmielono - może to nawet i lepiej). Mielonka jest szczególnie promowana na plakatach i wywieszkach impulsowych wewnątrz stacji. Postanowiłem więc zdradzić klasycznego jamnika wciskanego do wydrążonej bułki i spróbować wersji z nacinaną bułką, z mięsem a’ la hamburger i dodatkami: ogórkiem, sosami i suszoną cebulą. Niby wszystkiego dużo, niby to pożywne i nawet do zjedzenia, ale coś jednak nie takie jak trzeba. I to nie tylko dlatego, że drogo (4,99 zł). Hot dogowi odebrać parówkę to tak, jakby Norwegowi rąbnąć fiordy. Uznaję Statoilową próbę z podłużnym hamburgerem za przekombinowaną. I choć poziom hot-dogów na Statoilu jest wyższy niż w Orlenie, następnym razem zjadę z drogi tylko po to, żeby zatankować. A ponieważ Statoil sprzedaje u siebie to samo co Orlen paliwo z rafinerii w Płocku, zatankuję tam, gdzie będzie taniej. Muszę jednak skłonić głowę przed siłą marketingową kampanii Statoila. Przy mnie zamówiło hot-dogi co najmniej kilka osób.

Zrozumieć nowatora

Czas zmienić ligę - pomyślałem - i poszedłem do... pizzerii. Telepizza serwuje bowiem roll doga czyli parówkę obłożoną boczkiem i zapieczoną w cieście typowym dla pizzy. Wszystko to jest pięknie zapakowane w prostokątny kartonik-trumienkę i najczęściej dołączane jako starter-dodatek do pizzy. Muszę przyznać, że ja tę wariację na temat hot doga uznaję za wielce udaną. No to co, że bekon i że w trumience? Nawet niektóre opery Mozarta nie zostały zrozumiane od razu. Być może więc nie dziś, ale za sto lat klasyczną słodką bułkę pszenną wyprze ciasto z pizzy. Jedyną wadą roll doga , zwłaszcza, gdy kupuje się go bezpośrednio w pizzerii, jest ponad dwudziestominutowe oczekiwanie. Po tym czasie można by się spodziewać co najmniej homara. Mnie czekanie pozwoliło zauważyć, że wszystkie sztuczne kwiatki w lokalu Telepizzy były szare od kurzu. Ale kwiatków na szczęście nie ma w menu.

Intelektualista z parówką

Uwaga, uwaga: w Warszawie hot-dog wkroczył na salony! W Galerii Mokotów, gdzie chadza na zakupy rozkapryszona warszawka, pojawiła się sporej wielkości przyczepa serwująca kiełbaski i m.in. hot-dogi. Lokal nazywa się „Hot Dog King”, jakby publiczność miała wątpliwości, z kim ma do czynienia Jak na jedną przyczepę o powierzchni 5 m2, z jedną grillownicą, punkt ma aż dwa okienka – w jednym kasę, a w drugim - wydawanie potraw. Kulturalnie, oddzielnie, savoire vivre, bon ton.

Być może dlatego, że klienci Galerii uważani są za warszawską zakupową elitę, sprzedawca w eleganckim stroju kucharza stawia ich przed wieloma alternatywnymi wyborami: ketchup czy musztarda, barbecue czy salsa, kapusta czy ogórek konserwowy? – pyta jak nakręcony. Cebula na szczęście nie ma alternatywnego zastępnika. Nie wiem, dlaczego nie można wziąć jednocześnie kapusty i ogórka, rozumiem pokornie, że wybór jest tu atrakcją samą w sobie. W King Dogu można też dostać grillowaną kiełbasę staropolską i parę wersji bratwurstów, co wskazuje, że powoli wracamy do domu we Frankfurcie. Tylko ta kapusta zdradza polskie wpływy. Podobno w naszym kraju, gdzie lipa zakwita, serwują gdzieniegdzie nawet hot dogi z tartą marchewką, brrrrrrr! Na wszelki wypadek przypominam, że oryginał nie miał żadnych dodatków - w Polsce najlepiej przypomina go bułka z parówką serwowana w Ikei. Ale wróćmy do galerii. King Hot Dog, choć kupiony w ekskluzywnym miejscu, kosztował taniej niż na stacji benzynowej (4 zł), był większy i całkiem smaczny. No i nie przypominał się do rana. Gdyby nie to, że w galerii jest kilka dobrych restauracji i kawiarni, miałby szansę na powtórkę. O losy biznesowe budki wcale się jednak nie martwię. Kilkunastoosobowa kolejka wskazuje, że warszawska elita potrafi zapomnieć, że od kilku lat je wyłącznie Caprese i Mascarpone.

Mój numerek ONE

Na koniec mój typ na pierwsze miejsce. Kto nie zna budki Dania fast food, ten dla mnie kulinarny pętak. Każdy, kto był w Warszawie na początku lat 90. i robił sobie zdjęcie z kolumną Zygmunta na tle Zamku Królewskiego, na pewno ma tę budkę na zdjęciu. Klasyczną, na kółkach z podnoszonym do góry daszkiem nad ladą. Jeśli wczesny kapitalizm miał twarz Balcerowicza, to miał także korzenno-słodkawy smak hot doga z budki Dania. Choć dziś przyczepy Dania prawie kompletnie zostały wyparte przez McDonalds`y i inne sieciowe fast foody, udało mi się budkę Dania znaleźć. Stoi skromnie przy bocznym wejściu do Królewskich Łazienek. Byłem prawie pewien, że za szyldem kryje się kiepska podróbka, a tu fantastyczne zaskoczenie: smak ciągle ten sam. Mała nacięta słodkawa bułka jest wypełniana wąską frankfurterką, z trzech kranów wyciskane są trzy sosy (w tym charakterystyczny majonezowy remoulade) na wierzch dostajemy ogórki o niezapomnianym korzenno-słodkim smaku i równie silnym zapachu, a na koniec sypana jest pokruszona suszona cebulka. Tak smakuje historia. Jedyna wada tego hot-doga to rozmiar, najmniejszy ze wszystkich. No cóż, pączki u Bliklego też są mniejsze niż w innych cukierniach. Jakość nie przechodzi w ilość, niestety.

Kiedy miałem już serdecznie dość hot-dogów, dowiedziałem się, że wegetariańskiej knajpie Green Way podają hot-doga z sojową parówką. Koniec świata. To tak jakby jamnik miał uszy z liści, a ogon z patyka. Gdyby ktoś zapomniał, jamnik (dachshund) jest z mięsa.

Arkadiusz Słodkowski