10.09.2009

McDonald’s lubi zaszaleć

- Na początku działalności McD w Polsce samochodem służbowym był mój wysłużony fiat 126p, w którym wyjąłem przednie siedzenie pasażera - mówi Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych McDonald’s Polska.

– Kiedy zetknąłem się po raz pierwszy z wolnym rynkiem, nie było to dla mnie, wbrew oczekiwaniom, miłe spotkanie – przyznaje Kłapa. Nowa jakość w gospodarce kazała sobie słono płacić – musiałem zamknąć dotychczasową działalność. A przecież pod koniec lat 80. miałem nieźle prosperującą wytwórnię pomocy dydaktycznych. Współpracując z państwowymi partnerami, zaopatrywałem szkoły w całym kraju.

Po zmianach, jakie nastąpiły w Polsce w 1989 roku, budżety szkół zostały radykalnie ograniczone, zmalał popyt na moje wyroby. Cóż było począć, musiałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie zastanawiałem się długo. Zwinąłem biznes i wyjechałem do Szkocji, gdzie po kilkutygodniowym szkoleniu rozpocząłem pracę jako barman w największej włoskiej restauracji. I być może byłbym dziś królem szkockiej whisky i markowych win włoskich, gdyby nie docierały do mnie regularnie z Polski informacje, że w kraju pojawia się coraz więcej perspektyw na ciekawą karierę zawodową.

W kwietniu 1991 roku wróciłem do Warszawy i zacząłem pracę w firmie organizującej wsparcie dla zagranicznych inwestorów. Ale że inwestorów jeszcze nie było tak wielu, a i firma nie należała do potentatów w swojej branży, zacząłem rozglądać się za innym zajęciem. W tym czasie McDonald’s Polska został oficjalnie zarejestrowany i rozpoczęto nabór pierwszych pracowników. Do dziś pamiętam, że wysłałem wtedy trzy aplikacje: do japońskiego potentata branży elektronicznej, międzynarodowej sieci hoteli i właśnie do McDonald’s na stanowisko menedżera restauracji. Od każdej firmy dostałem pozytywną odpowiedź. Rozpocząłem jednocześnie rozmowy z przedstawicielami wszystkich.

Od pierwszego wrażenia

– Jednak najlepsze wrażenie wywarły na mnie spotkania z reprezentantami McDonald’s. Wtedy nie było jeszcze biura tej firmy w Warszawie i negocjacje z europejskimi szefami odbywały się w warszawskim hotelu Victoria. Pamiętam do dziś, w eleganckim apartamencie prezydenckim przyjęła mnie dama z manierami arystokratki, ubrana w stylizowany strój bawarski. Była to Monika von Walbrunn, ówczesna szefowa personalna całego regionu. Zostałem bardzo elegancko powitany, a kelner wtoczył barek z kawą i… alkoholami. Wyczułem w tym swoistą formę testowania kandydata do pracy. Dyplomatycznie nie przyjąłem zaoferowanej szklaneczki szkockiej – wspomina Krzysztof Kłapa. - Nie sądzę, że to właśnie miało największe znaczenie, ale efektem rozmowy była propozycja wyjazdu do Wiednia, kolejnych rozmów i negocjacji oraz wizyt w restauracjach sieci. Ostatecznie uzgodniliśmy warunki i razem z pięcioma innymi świeżo upieczonymi polskimi McKandydatami wyjechałem na szkolenia do Austrii. Mieszkając w komfortowych warunkach, pilnie poznawałem tajniki McDonald’s. Cały czas byliśmy uważnie obserwowani i oceniani. Wydaje się, że dość szybko nasi korporacyjni opiekunowie potwierdzili trafność swoich wstępnych wyborów. Już podczas tego pobytu w Wiedniu roztaczano przede mną wizje pracy w przyszłym warszawskim biurze. Było coraz ciekawiej.

Na początku września 1991 roku podpisałem umowę o pracę i ponownie wyjechałem do Wiednia, tym razem na intensywne szkolenie. Tam spotkałem kilku innych Polaków zdobywających, podobnie jak ja, firmowe doświadczenie. Co ciekawe, większość z nas, pierwszych pracowników McDonald’s Polska, związana jest z firmą do dziś. Autentyczną przygodę pierwszych miesięcy działalności przekuliśmy w trwającą wiele lat relację.

Moja kariera w McDonald’s nabierała rumieńców. Wyjechałem do Kanady, aby kontynuować szkolenia w realiach kontynentu amerykańskiego. Ja i moi koledzy stawaliśmy się coraz bardziej wartościowymi menadżerami. Już po kilku tygodniach zarządzaliśmy restauracjami.

Maluchem po VIP-ów

– Przed powrotem do Polski na krótki noworoczny urlop otrzymałem propozycję objęcia stanowiska szefa działu personalnego i w efekcie w pierwszych dniach stycznia 1992 roku zamieniłem kanadyjską restaurację na skromne biuro na warszawskim Mokotowie. Składało się ono z zaledwie trzech pokoi wynajętych w pamiętającym minioną epokę, popeerelowskim biurowcu – mówi Krzysztof Kłapa. W jednym pokoju stały trzy biurka dla czterech pracowników (na szczęście było pięć krzeseł), w drugim mieścił się podręczny magazyn, a całe wyposażenie ostatniego pomieszczenia stanowiła… wykładzina podłogowa. Tam przyjmowaliśmy amerykańskich szefów. Siadaliśmy gdzie popadnie, na podłodze, przy kaloryferach (wtedy zimy były z prawdziwego zdarzenia) i długie godziny tworzyliśmy przyszłą strategię firmy. Pionierski okres pierwszych miesięcy obecności McDonald’s w Polsce. Także pod względem transportowym.

W pierwszych tygodniach działalności firmy praktycznie jedynym samochodem służbowym ogólnie dostępnym był mój stary, wysłużony fiat 126p. Dla uzyskania maksymalnego komfortu w tym włoskim wynalazku wyjąłem przednie siedzenie pasażera. Tak zmodyfikowanym „bolidem” przewoziłem firmowych VIP-ów z lotniska do hotelu Marriott. Bywało i tak, że zanim wsiedli do samochodu, musieli go wspólnie ze mną zapalać „na pych”. Dzięki temu mój „maluch” – pierwszy służbowy samochód – stał się legendą. Nie tylko w Polsce. W przenośni i dosłownie, bo za którymś razem silnik auta nie wytrzymał. Eksplodował w chwili, kiedy chciałem szarmancko podjechać pod hotel, w którym dwóch amerykańskich bossów niecierpliwie oczekiwało przejażdżki sławnym już pojazdem.

Po przygodach z maluchem, od 1992 roku jeżdżę wyłącznie samochodami służbowymi z prawdziwego zdarzenia, miałem ich już kilkanaście. Aktualnie to volvo, ale już wkrótce będę miał możliwość poznać zalety innej marki. To także korzyści związane z pracą w dobrej firmie.

Pierwsze burgery McD

– A pracy w McDonald’s nigdy nie brakowało, ani w pierwszym okresie działalności, ani teraz – mówi Krzysztof Kłapa. Organizowałem i prowadziłem setki prezentacji, wspólnie z kolegami przeprowadziliśmy tysiące rozmów z kandydatami do pracy. Pamiętam, jak w celu przeprowadzenia naboru pracowników do pierwszej restauracji w Warszawie wynajęliśmy w ciemno, bez wcześniejszego sprawdzenia, salę w ówczesnym Domu Towarowym Junior. Była to tzw. czytelnia prasy. Na kijach wisiały gazety, wielkie popielniczki uginały się od petów, a w małym barku drzemał szatniarz. Na szczęście los zrządził, że nie zaufałem rozmowie telefonicznej i w wieczór poprzedzający nasze prezentacje w sali czytelni poszedłem tam z grupą zagranicznych kolegów. Ujrzeliśmy obraz nędzy i rozpaczy: połamane fotele i stoliki, wykładzinę z dziurami, sterty śmieci. Bez słowa zdjęliśmy marynarki i z pomocą pożyczonych gdzieś szczotek i szmat pucowaliśmy salę do trzeciej nad ranem. Praca od podstaw – jak w haśle przewodnim naszej firmy.

Kolejne prezentacje organizowaliśmy już w hotelu Victoria. Mieliśmy ustalony scenariusz. Asystentka umawiała grupy osób na określone godziny. Ja przedstawiałem firmę i warunki pracy. Potem rozdawaliśmy ankiety i zainteresowani zostawali na indywidualny wywiad. Ci, którzy przeszli ten etap, uczestniczyli w panelu, a najlepsi, pozytywnie zaopiniowani, wyjeżdżali na dalsze rozmowy za granicę, gdzie dokładnie ocenialiśmy predyspozycje kandydatów. Kiedy w czerwcu 1992 roku otworzyliśmy pierwszą polską restaurację McDonald’s, wnętrze po jednej stronie lady wypełniały setki klientów, a po drugiej – dziesiątki pracowników. Nic dziwnego – opierając się na doświadczeniu z innych rynków, zatrudniliśmy w jednym obiekcie 500 osób. Ale szybko uczyliśmy się na własnych błędach. Inna sprawa, że w pierwszym dniu działalności w ciągu kilkunastu godzin z naszych usług skorzystało kilkadziesiąt tysięcy osób. Ustanowiliśmy wówczas rekord świata w liczbie transakcji w dniu otwarcia – było ich ponad 13,3 tys.

Trzy miesiące później uruchomiliśmy kolejną restaurację w Warszawie, a pod koniec 1992 roku trzecią – w Katowicach na ulicy Stawowej. Pamiętam, że kiedy w dniu otwarcia do pobicia kolejnego rekordu liczby transakcji brakowało nam zaledwie kilkudziesięciu zamówień, wraz z kolegami zatrzymałem przejeżdżający w pobliżu tramwaj i zaprosiłem wszystkich pasażerów do skorzystania z usług pierwszego McDonald’s w ich mieście.

Franczyzobiorcy w cenie

Od pierwszych dni naszej działalności rozwój firmy był ściśle związany z franczyzobiorcami sieci. Pierwszym biorcą licencji był Andrzej Konopski, który po powrocie do Polski poprowadził własny biznes pod znakiem „złotych łuków”. Był doskonałym kandydatem: kiedy mieszkał w Niemczech, poznał zasady gospodarki wolnorynkowej, ale dzięki częstym wizytom w Polsce dobrze znał specyfikę lokalnego rynku. To on wspólnie z Jackiem Kuroniem, ówczesnym ministrem pracy, przecinał wstęgę na otwarciu pierwszej restauracji. Potem zamienił warszawski Sezam na restaurację w Zabrzu, pomagał również w otwarciu innych obiektów. Dziś ma dwa własne lokale sieci na Śląsku.

Inny z franczyzobiorców, Wojciech Szpila, pracował wcześniej w kopalni diamentów w Namibii. W 1996 roku, po kilkunastu latach emigracji, wrócił wraz z rodziną do Polski, a rok później podpisał umowę i został właścicielem restauracji. Aktualnie ma trzy lokale w Bydgoszczy, w których zatrudnia ponad 150 osób.

W sumie McDonald’s współpracuje aktualnie z 40 franczyzobiorcami. Zostali wybrani spośród setek kandydatów, którzy zgłaszali się na przestrzeni kilkunastu lat do biura firmy. Wielu z nich, szczególnie w pierwszych latach działalności McDonald’s Polska, nie miało pojęcia, na czym polega franczyza. Niejednokrotnie byli to wyłącznie ludzie zainteresowani dobrym zainwestowaniem posiadanych pieniędzy. Przychodzili na spotkania ludzie pytający, ile pieniędzy mają wyłożyć na stół. A my przecież nie szukamy inwestorów. Chcemy, aby naszymi partnerami byli autentyczni przedsiębiorcy, którzy prowadzą swoje restauracje, angażując nie tylko swoje środki finansowe, ale przede wszystkim swój własny czas. Kiedyś musieliśmy dużo więcej tłumaczyć, czym jest franczyza. Obecnie zainteresowani wiedzą znacznie więcej – efektywniej rozmawiamy o konkretach, wzajemnych relacjach i przyszłym biznesie.

Byle do przodu

Następne lata działalności McDonald’s w Polsce upływały pod znakiem nowych otwarć na terenie całego kraju. W lutym 1994 roku rozpoczęła działalność pierwsza restauracja McDonald’s wybudowana z myślą o kierowcach, częstochowski McDrive. Przed jej otwarciem zorganizowaliśmy spotkanie rekrutacyjne w centrum miasta. Wynajęliśmy salę widowiskową koło Biura Wystaw Artystycznych, a w lokalnej prasie pojawiły się ogłoszenia. Podaliśmy w nich miejsce i termin spotkania, na które mógł przyjść każdy zainteresowany rozmową kwalifikacyjną.

Na prezentację pojechaliśmy w pięć osób. Byliśmy przekonani, że szybko uporamy się z grupą kilkudziesięciu kandydatów. Kiedy wjeżdżaliśmy na główną aleję w centrum miasta, zobaczyliśmy kilkutysięczny tłum. Masa ludzi sparaliżowała całkowicie ruch, porządku pilnowała policja. Byliśmy przekonani, że to jakaś manifestacja lub grupy wiernych kierujących się w stronę Jasnej Góry. Szybko okazało się, że przyczyną jest nasza akcja naboru pracowników. Wszyscy czekali przed wejściem do sali widowiskowej, wypatrując organizatorów. A my nie mogliśmy dopchać się do drzwi. Dla naszej piątki była to totalna sytuacja kryzysowa – cudem udało się zdobyć mikrofon i zapanować nad tłumem. Rozmowy prowadziliśmy przez ponad tydzień. Dzisiaj w aktualnych realiach rynku pracy tego typu sytuacje wydają się nieprawdopodobne.

Wraz z rozwojem firmy, ewolucji ulegała także moja rola. Wkrótce zostałem szefem działu franczyzy, a niedługo później okazało się, że niezbędne będzie stworzenie działu komunikacji i spraw korporacyjnych. Podjąłem się także odpowiedzialnej funkcji rzecznika firmy. Obowiązków, jak to bywa zazwyczaj w zawodowym życiu, przybywało. Dziś odpowiadam nie tylko za komunikację i relacje z mediami. Podlegają mi także działy HR, szkoleń i ochrony środowiska. W pewnym sensie zatoczyłem więc swoiste koło w zakresie obowiązków służbowych.

Przez pierwsze lata otwieraliśmy restauracje głównie w dużych miastach Polski, m.in. w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Łodzi czy Wrocławiu. Od szeregu lat otwieramy nasze obiekty także w mniejszych, takich jak Tczew, Zgorzelec czy Pszczyna. Ale polski McDonald’s to nie tylko obiekty. To przede wszystkim oferta produktowa. Na przestrzeni lat działalności uległa ona wielu zmianom. Dodaliśmy szereg nowych produktów, zwiększając różnorodność i wybór. Wiele z tych decyzji wspierały oryginalne działania promocyjne. Kiedy wprowadzaliśmy do menu sałatki, w ciągu jednej nocy na ogromnym placu w centrum Warszawy wyrosło… pole świeżej sałaty. Rozłożyliśmy folię, rozsypaliśmy ziemię i posadziliśmy różne jej odmiany. Rano przechodnie spieszący do pracy z zaskoczeniem podziwiali równe zagony sałaty. Innym razem spacerujący po ulicach ludzie w pidżamach i szlafrokach zachęcali warszawiaków do skorzystania z nowej oferty śniadaniowej.

Wraz z rozwojem firmy zmianie ulegało także moje miejsce pracy. Szybko przeprowadziliśmy się z popeerelowskiego biurowca do nowej siedziby w centrum miasta. Stamtąd po kilku latach przenieśliśmy się do nowoczesnego kompleksu biurowego na warszawskim Mokotowie. A dzisiaj omawiamy już projekt kolejnego biura. To także oznaki potwierdzające nasz rozwój. Jednak najważniejszą z nich, elementem, który decyduje o obrazie McDonald’s Polska, są tworzący go ludzie: nasi pracownicy, menadżerowie, franczyzobiorcy i partnerzy biznesowi. Tylko w obiektach sieci zatrudniamy ponad 12 000 osób. Kolejne setki to Ci, którzy pracują u naszych dostawców, w centrum dystrybucyjnym, firmach budowlanych i serwisowych. Bez zaangażowania ich wszystkich nie byłoby dzisiejszego McDonald’s Polska – firmy, która cały czas stawia na rozwój. Plany te nierozerwalnie wiążą się z rynkiem franczyzy. Coraz aktywniej poszukujemy kandydatów do prowadzenia kolejnych restauracji. Oferujemy je także franczyzobiorcom związanym już z naszą siecią. A oceniając z perspektywy europejskiej lub światowej polska historia McDonald’s to wciąż swoista przygoda wieku młodzieńczego. Tak więc wszystko przed nami. Działamy w branży, na której usługi zapotrzebowanie rośnie. Z optymizmem patrzę w przyszłość. Przed nami kolejne projekty i, co najważniejsze, dużo nowych, ciekawych wyzwań – kończy Krzysztof Kłapa.

Aneta Wieczorek