24.01.2015

Drugie życie po korporacji

Żeby stać się bogatym, trzeba rzucić pracę i zacząć działać jak człowiek biznesu. Tak się składa, że byli etatowcy to niezły materiał na przedsiębiorców.

Polakom korporacyjny kierat pasuje. Na cudzy rachunek pracuje 16 mln z nas, z czego milion – na dwóch etatach. Własny biznes mają niecałe 2 mln rodaków, ale jeśli wyłączyć samozatrudnionych (bo przecież w wielu przypadkach, to po prostu sposób na ominięcie wysokich składek na ZUS a samozatrudnieni pracują biurko w biurko i na takich samych warunkach jak ich koledzy na etacie), to mianem przedsiębiorcy można będzie określić najwyżej nieco ponad połowę z nich. Praca u kogoś utożsamiana jest z bezpieczeństwem i gwarancją stałych zarobków. Problem w tym, że takie wyobrażenie etatu ma się nijak do rzeczywistości. To właśnie porzucenie pracy u kogoś na rzecz własnej firmy może dać szanse nie tylko na większe zarobki, ale i zawodową stabilność.

Magdalena Górska, franczyzobiorczyni Fines Fot. Fines Operator Bankowy

Wielu przedsiębiorców wychodzi z założenia, że do prowadzenia biznesu wystarczy być dobrym w tym, co się robiło do tej pory. Tymczasem "na swoim" potrzeba całej gamy umiejętności: menedżerskich, sprzedażowych, marketingowych, ekonomicznych i psychologicznych.

Nęcąca woń biznesu

Na „wyspy” z etatu przeniósł się Przemysław Wróbel. Prowadzi trzy stoiska z zapachowymi produktami do wnętrz w sieci Aromanti. Jeszcze przed trzema laty pracował jako inżynier kontrolujący jakość w zakładach kolejowych.
– Nie mogłem znieść tego, że choć ponosiłem odpowiedzialność za bezpieczeństwo pasażerów, to zarabiałem trzy razy mniej niż ludzie, którzy projektowali środki transportu. W efekcie skonfliktowałem się z pracodawcą i odszedłem – mówi przedsiębiorca.

To był jego piąty etat. Szóstego szukać nie zamierzał. Wybrał własny biznes, choć wiedział, co czeka debiutanta na swoim. Przykłady miał na wyciągnięcie ręki: ojciec prowadził  firmę budowlaną, matka – doradczą. Oględnie mówiąc, nie narzekali na brak obowiązków.
– Pukali się w głowę, gdy oznajmiłem, że chcę iść tą samą drogą. Tylko że ja, chcąc ograniczyć trudności na starcie, wybrałem franczyzę – tłumaczy. 

Dziś prowadzi dwie wyspy handlowe w Krakowie, jedną w Jaworznie, a od niedawna również punkt w katowickiej Silesii. Każdą obsługuje trójka pracowników, wszyscy zatrudnieni na umowy-zlecenie. Jest jeszcze pracownik odpowiedzialny za sprzedaż na Allegro. Franczyzodawcy to nie przeszkadza, a e-commerce to dla biznesu Przemysława Wróbla szansa na dodatkowych dochód.
– Odpowiada za 20 proc. sprzedaży. To w zasadzie tak, jak bym miał jeszcze jedną placówkę – mówi krakowianin.

Biznes się kręci, ale Przemysław Wróbel podkreśla, że handel takim asortymentem to niełatwy kawałek chleba. Karafki, lampy i świece zapachowe nie są przecież produktami pierwszej ani nawet drugiej potrzeby. Najlepiej sprzedają się w grudniu, bo klienci chętnie kupują je w charakterze prezentu. W ciągu roku bywają lepsze i gorsze miesiące, zdarza się, że trzeba do biznesu dołożyć. Ale przed świętami są żniwa. To właśnie w grudniu firma Wróbla zanotowała rekordowy zysk – blisko 30 tys. zł.
– Bardzo dużo w tym biznesie zależy od czynszu i innych kosztów stałych. Powyżej 5 tys. zł za najem nie ma co wchodzić do galerii. Kilku franczyzobiorców już się na tym przejechało – przyznaje.

On sam już nauczył się, z czym ten biznes się wiąże. Liczy się kunszt gry zapasami – trzeba wiedzieć, kiedy, ile i w jakiej ilości towar zamawiać. Monitorować trendy na rynku, sprawdzać dostępne nowości. Wszystko po to, by zapewnić firmie płynność i w miarę stabilne przychody. – Jak dotąd mi się to udaje. Kto wie, może w przyszłości zabiorę się do czegoś więcej niż działalność na licencji – dodaje przedsiębiorca.

Satysfakcja odnaleziona

W przypadku Magdaleny Górskiej otwarcie własnej firmy wiązało się też z jeszcze jedną „ucieczką”. Przed uruchomieniem swojego punktu pośrednictwa kredytowego przez osiem lat pracowała w firmie męża, zajmującej się handlem, produkcją i naprawą zegarów i zegarków. Na jej głowie były nie tylko dostawy, księgowość, ale i marketing. Po ośmiogodzinnym dniu pracy czekały obowiązki domowe i wychowywanie dziecka. A ewentualna zmiana wymagała nie tylko odejścia z dobrze znanej branży, ale zdobycia nowej wiedzy.
– Dojrzewało we mnie przekonanie, że chcę czegoś więcej. Potrzebowałam niezależności, chciałam robić coś, co pozwoli mi się rozwijać – opowiada Magdalena Górska.

Pomysł zmiany poddała koleżanka od lat związana z branżą finansową. Po kilku tygodniach poszukiwań wybór padł na franczyzę w sieci pośrednictwa kredytowego Fines.
– W tej branży działa naprawdę wiele firm, więc nie było łatwo wybrać. Fines przekonał mnie kilkoma atutami.  Żeby wprowadzić wniosek kredytowy, nie muszę go wysyłać pocztą albo zanosić osobiście do oddziałów współpracujących z nami banków. Wszystko załatwiam przez system informatyczny, co ma niebagatelne znaczenie dla szybkości podejmowanych decyzji, na której tak zależy moim klientom – tłumaczy franczyzobiorczyni. – Wpływ na moją decyzję miał też oferowany przez Fines system szkoleń, a także atmosfera panująca w centrali w Sopocie i zaangażowanie  ludzi, z którymi miałam w przyszłości współpracować.

Placówka Górskiej ruszyła w październiku 2014 roku. Z przytupem. W pierwszym miesiącu właścicielce oraz jej współpracowniczce udało się podpisać 84 wnioski kredytowe. Rekord, inni franczyzobiorcy patrzyli z podziwem. To oczywiście tylko wnioski, bo współczynnik ich „konwersji” na rzeczywiście wypłacone pożyczki sięga w "dojrzałych" punktach 40 proc. Część klientów rezygnuje, części po prostu brakuje zdolności kredytowej. Ale i tak biznesowy start Magdaleny Górskiej był obiecujący.
– Swój oddział otworzyłam w Żyrardowie, choć  sama mieszkam w Pruszkowie i muszę dojeżdżać do pracy ok. 50 km. Mamy jednak dobrą lokalizację – 46 m2 przy głównej arterii miasta, pełnej siedzib banków i instytucji finansowych. Myślę, że około połowa klientów trafia do nas „z ulicy”, zachęcona szyldem – przyznaje Górska.

Dziś, po ponad kwartale od otwarcia, placówka zaczyna przynosić pierwsze zyski. To dość wcześnie, choć właścicielka liczyła na przekroczenie progu rentowności już pierwszego dnia. – Codziennie biegam, jestem typem zdobywcy. Wierzę, że nie ma rzeczy niemożliwych – tłumaczy swoje ambicje.

Teraz walczy o kolejnych klientów i czeka na zwrot inwestycji. W remont i wyposażenie lokalu włożyła ponad 20 tys. zł. Nie kryje, że poziom wydatków na start trochę przekroczył planowany budżet ze względu na stan lokalu, ale nie na tyle, by choć na chwilę zagrozić debiutowi. Firma ruszyła, obecnie najważniejsze to okrzepnąć na rynku.
– Ulotki, kontakty z biurami nieruchomości, banery, telefony, spotkania – tak wygląda nasza codzienna praca nad pozyskiwaniem klientów. Bez tego nie ma co liczyć na zyski. To nie etat, gdzie gotówka regularnie wpływa na konto – przyznaje Górska. – Sukces będzie mnie kosztował wiele pracy. Wiem jednak, że  temu podołam i patrzę z optymizmem w przyszłość.

Firma dobrze odżywiona

U zarania większości biznesowych przygód leży skrywana przez laty potrzeba niezależności. Dawid Matysiak już jako osiemnastolatek zatrudnił się w sieci Carrefour, gdzie w cztery lata pokonał drogę od szeregowego pracownika do kierownika. Później migrował między kolejnymi firmami z branży handlowej, by w końcu znów trafić do hipermarketu. Tam wytrzymał półtora roku.
– Nie chciałem być już przez nikogo nadzorowany ani komukolwiek się tłumaczyć. Uznałem, że jedyną drogą do uniezależnienia jest własna firma – wspomina Matysiak.

Najpierw próbował sił w e-biznesie, ale jego pierwszy portal przepadł w odmętach sieci. Potem przyszła pora na handel zapalniczkami – również bez sukcesów. Strzałem w dziesiątkę okazał się dopiero handel odżywkami i suplementami diety. Olśnienie przyszło podczas urlopu w Barcelonie. Tam Dawid Matysiak wraz z narzeczoną dostrzegli, jak wiele osób poświęca czas na ćwiczenia i ruch i uznali, że ta moda musi zakwitnąć również w Polsce.

– Na początku szukaliśmy hurtowni, która zaoferowałaby sensowne warunki handlowe. Po nitce do kłębka dotarliśmy do oferty franczyzowej G-Supplements. Franczyza okazała się strzałem w dziesiątkę. Zyskaliśmy dostęp nie tylko do towaru, ale też do wiedzy o tym, jak prowadzić biznes w tej branży. A to było kluczowe, bo przecież o odżywkach nie mieliśmy pojęcia – mówi Matysiak.

Brak doświadczenia to nie problem, jeśli ma się za plecami franczyzodawcę. Pierwsze stoisko Dawida Matysiaka ruszyło jesienią 2013 roku w poznańskiej Galerii Malta i szybko okazało się jedną z najbardziej udanych inwestycji w całej sieci. Czynsz w granicach 4 tys. zł i obroty na poziomie 18 tys. zł po pierwszych dwóch tygodniach okazały się wynikiem, który zaskoczył nie tylko właściciela, ale nawet centralę. Zyski w lepszych miesiącach przekraczały 10 tys. zł. Nic dziwnego, że franczyzobiorca skorzystał z pierwszej okazji, by otworzyć kolejną wyspę. Po sześciu miesiącach od debiutu poznańskiego stoiska wszedł do łódzkiej Manufaktury. Tu jednak biznes nie sprawdził się już tak dobrze – głównie z powodu czynszu, przekraczającego 6 tys. zł.

– Być może podszedłem do tej lokalizacji zbyt ambitnie. Dziś wiem, że obecność w tak dużej galerii, jak Manufaktura, to bardziej korzyść wizerunkowa niż finansowa. Zarząd niechętnie rozmawia o obniżce czynszu, a klienci galerii niespecjalnie dają zarobić. Nawet mimo tego, że nasza wyspa handlowa jest umieszczona w pobliżu kas supermarketu – tłumaczy Matysiak.

Umowy najmu są krótkoterminowe, co pozwala na większą swobodę i ewentualne przeniesienie punktu, gdy stanie się on nierentowny. Niewykluczone, że w przyszłości przyniesie go do powstającej w Łodzi galerii Sukcesja lub otworzy kolejną lokalizację. Zamierza kierować się trzema żelaznymi zasadami: punkt musi być w galerii handlowej, w mieście wojewódzkiej i działać w formie wyspy.

– Odżywki i suplementy diety jeszcze ciągle budzą u nas kontrowersyjne skojarzenia. Tymczasem wyspa handlowa daje komfort klientowi, który może dyskretnie zapoznać się z towarem. Po tym, jak postanowiłem wystawić część produktów z gablot na szafki, by można je było wziąć do ręki i przeczytać etykietę, obroty podskoczyły o 10 tys. zł. To pokazuje podejście klientów. Kupują u nas nie tylko kulturyści, ale również starsze panie, poszukujące np. suplementów na bóle mięśni i stawów – mówi przedsiębiorca.

Na początku za kasą sam stał, wraz z narzeczoną, Justyną Włoch. Był czas, gdy z powodu biznesu nie widywali się zbyt często. Jedno pracowało w Łodzi, drugie w Poznaniu. Dziś każde stoisko obsługuje po dwóch pracowników. Wszyscy zatrudnieni na umowę o pracę.
– To chyba pozostałość po moich doświadczeniach z pracą na etacie. Wiem, że pracownik oczekuje stabilności. Dla mnie te kilkaset złotych nie robi większej różnicy, a zatrudniając na etat, zwiększam lojalność ludzi. Przy umowach-zlecenie musiałbym co trzy miesiące uczyć kogoś wszystkiego od początku – mówi Dawid Matysiak. – A tak wiem, że nie tylko mi zależy na dobru firmy.

Dążyć, nie uciekać

Świeżo upieczonych przedsiębiorców czeka trudna droga. Smutne fakty są takie, że ponad połowa nowych firm upada po dwóch latach od rozpoczęcia działalności. Wielu przedsiębiorców ponosi klęskę, bo wychodzi z założenia, że do prowadzenia biznesu wystarczy być dobrym w tym, co się robiło do tej pory. Tymczasem na swoim potrzeba całej gamy umiejętności: menedżerskich, sprzedażowych, marketingowych, ekonomicznych i psychologicznych. Osoby rozpoczynające własną działalność gospodarczą po pracy na etacie mają mimo wszystko jednak większe szanse na powodzenie niż te, które wcześniej nigdzie nie pracowały. Gorzej, jeśli do prowadzenia własnego biznesu bierze się osoba roszczeniowa, która z dotychczasowego miejsca pracy wynosi ze sobą bagaż frustracji i rutyny. Na wrednego szefa i monotonię zadań zdarzało się narzekać każdemu, ale utyskiwania to dla przedsiębiorczych działań zatruta karma.

– Jeśli ktoś zaczyna rozważać otwarcie własnej firmy dlatego, że czuje się wypalony w dotychczasowej pracy, to niestety ma bardzo ograniczone szanse na sukces. Decyzja o przejściu na swoje powinna być dyktowana dążeniem do czegoś, a nie ucieczki od czegoś – tłumaczy Katarzyna Piguła z Instytutu Psychologów Biznesu.

Dlatego przed skokiem na głębokie wody biznesu warto przyjrzeć się swojej sytuacji i motywom na spokojnie. Być może lepszym rozwiązaniem niż założenie własnej firmy będzie zmiana pracodawcy? 
– Gdy rezygnujemy z etatu na rzecz własnej firmy, szybko zdajemy sobie sprawę, że wszystko zależy od nas. Co prawda nikt nas już nie pogania ani nie krytykuje, ale też nie możemy już spokojnie czekać do pierwszego na comiesięczny przelew, do którego przywykliśmy. Od tej pory możemy liczyć już tylko na siebie – mówi Katarzyna Piguła.

I tak właśnie wygląda biznes – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale na pytanie, czy rzucimy mu wyzwanie, czy raczej będziemy woleli grzać się za piecem u pracodawcy, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.