10.04.2017

Biznes na walutach

Adam Jarmołkowicz szukał alternatywy dla prowadzonych wcześniej biznesów handlowych. Znalazł go we franczyzie Extrakantor.pl. Ceni sobie szczególnie jeden aspekt działalności...

Adam Jarmołkowicz otworzył swój kantor w 2016 roku w dolnośląskiej miejscowości Syców. W ten sposób zadebiutował w działalności związanej z handlem walutami, choć nie w biznesie w ogóle. Swoją pierwszą firmę otworzył bowiem jeszcze pod koniec lat 90. Zaczął od przedsiębiorstwa zajmującego się wykopami i wywozem ziemi, później prowadził własne sklepy spożywcze i odzieżowe. Jak wspomina, ogrom obowiązków związanych z własnym biznesem z czasem stał się zbyt uciążliwy. W pewnym momencie nadmiar pracy odbił się na zdrowiu przedsiębiorcy. Adam Jarmołkowicz nie miał wyjścia – musiał zwolnić.
Wyszedłem z dotychczas prowadzonych firm i zacząłem szukać nieco spokojniejszego biznesu, którym mógłbym zarządzać bez poświęcania na niego większości wolnego czasu – opowiada przedsiębiorca.

Adam Jarmołkowicz, franczyzobiorca Extrakantor.pl Fot. Adam Jarmołkowicz

Adam Jarmołkowicz na pytanie, czy przy otwarciu kantoru nie można było się obyć bez franczyzy, odpowiada, że ten biznes wcale nie jest tak prosty, jak się wydaje...

Uznał, że takiego rozwiązania warto poszukać na rynku franczyzy. Jego wybór padł na koncept Extrakantor.pl.
Miałem świadomość, że wchodzę na trudny rynek, bo w 10-tys. Sycowie działały już dwa kantory. Na początku miałem do dyspozycji kwotę 70 tys. zł na zakup walut – mówi Adam Jarmołkowicz.

Franczyzodawca sieci szacuje, że rozpoczynając działalność dobrze jest mieć w kieszeni minimum 50 tys. zł. Zdaniem franczyzobiorcy z Sycowa taka kwota rzeczywiście wystarczy na start, ale z czasem warto zadbać o większe fundusze.
Może zdarzyć się, że do naszego kantoru przyjdzie ktoś z większym zamówieniem, a nam zabraknie płynności, by je zrealizować. Dlatego starałem się tak rozwijać biznes, by zgromadzić większą pulę pieniędzy – mówi Adam Jarmołkowicz.

Jego zdaniem wśród właścicieli kantorów dominują dwie „szkoły” zarządzania – jedni sprzedają waluty od razu, licząc przede wszystkim na przychody z prowizji; inni nieustannie śledzą wahania kursów i starają się osiągać dodatkowe zyski spekulując na zmianach notowań.
Ja pewnie jestem gdzieś pomiędzy. Czasami zdarza mi się przetrzymać daną walutę, jeśli z informacji rynkowych wynika, że można spodziewać się jej umocnienia lub osłabienia – mówi Jarmołkowicz.

Wartość transakcji zawieranych w jego kantorze systematycznie rośnie. Za zdecydowaną większość, bo ok. 80 proc. obrotu odpowiada euro, na drugim miejscu jest dolar, później funt. Właścicielowi po odliczeniu pensji pracownika i innych kosztów zostaje na ręce kilka tysięcy złotych.
Z tego biznesu można wyciągnąć znacznie więcej, ale w tym celu trzeba otworzyć więcej niż jedną placówkę. Ja mam inne źródła dochodów, toteż w moim przypadku jest to atrakcyjny, dodatkowy biznes. Zwłaszcza, że wystarczy, gdy poświęcam mu około trzech godzin dziennie – mówi franczyzobiorca.

Na pytanie, czy przypadkiem nie można było obejść się bez franczyzy przy otwarciu kantoru, odpowiada, że ten biznes wcale nie jest tak prosty, jak się wydaje.
Jest wiele niuansów, szczególnie dotyczących przeliczania kursów. Nie brak przedsiębiorców, którzy popełniali błędy i się na tym biznesie przejechali. A ja całą wiedzę dostałem podaną na tacy od franczyzodawcy. Informacje, które otrzymałem, były bardzo cenne i uważam, że warto było ponieść koszt opłaty franczyzowej, by je uzyskać – mówi Adam Jarmołkowicz. – Poza tym jako uczestnik sieci mam możliwość pozyskiwanie walut wewnętrznie, od innych partnerów. Czasem zdarza się, że klient poszukuje waluty, której ja nie mam, wówczas mogę dogadać się z innym franczyzobiorcą i zdobyć ją po lepszej cenie niż na rynku.