30.10.2017

Szkoła, której mogło nie być

Niewiele brakowało, żeby szkół języka angielskiego Helen Doron nie było w Polsce. Co się stało?

Joanna Cesarz–Krzystanek potencjał franczyzy dostrzegła jeszcze w latach 90. Z wykształcenia anglistka, pracowała wówczas w nieistniejącym już dziś Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Tychach. Uznała, że skoro popyt na naukę języków, a w szczególności angielskiego, będzie tylko rósł, to warto rozwinąć działalność na szeroką skalę. Od znajomej dowiedziała się, że na zagranicznych rynkach rozwija się nowatorska metoda nauczania, opracowana w Wielkiej Brytanii przez przedsiębiorczą lingwistkę, Helen Doron. Gdy usłyszała, że Brytyjka szuka partnerów, którzy przenieśliby jej koncept na kolejne rynki. Pełna entuzjazmu chwyciła słuchawkę i… oniemiała. – Przedstawiłam się i zaproponowałam, że kupię licencję na polski rynek. W odpowiedzi usłyszałam, żebym dała sobie spokój. Helen Doron wprost powiedziała, że były już próby wprowadzania jej szkół do Europy Środkowo-Wschodniej i że zakończyły się fiaskiem, bo nasz rynek się po prostu nie nadaje – wspomina Joanna Cesarz-Krzystanek. – Ja mam jednak taką naturę, że jak raz coś sobie postanowię, to konsekwentnie dążę do celu. Ostatecznie udało mi się przekonać Helen do udostępnienia mi licencji. I to na dość korzystnych warunkach, co w dużej mierze wynikało z faktu, że właścicielka spodziewała się raczej mojej porażki niż sukcesu i nie chciała dodatkowo obciążać mnie kosztami.

Lekcja angielskiego metodą Helen Doron

Edukacja