22.11.2002

Wzbiera fala handlu dyskontowego

W polskim ustawodastwie nie istnieje jeszcze zapis pozwalający określić, który sklep jest dyskontem, a który np. supermarketem.

Ta ustawa miała chronić małych przedsiębiorców, zwłaszcza właścicieli niedużych sklepów. Miała im dać do ręki skuteczny oręż do walki z wielkimi sieciami handlowymi, które wyrzucają ich z rynku. Miała też chronić producentów przed nieuczciwymi praktykami, jakie stosują ich kontrahenci...

Jeśli prezydent podpisze Ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, sklepy o powierzchni sprzedaży większej niż 400 mkw. nie będą mogły sprzedawać bez marży.

Taki zapis to nie tylko polski wynalazek - podobne zakazy obowiązują w wielu krajach Unii Europejskiej. Całkiem niedawno, bo 1 stycznia 2002 r. takie obostrzenia wprowadzono w Grecji. Jednak są one nieco inne niż w naszym kraju.

- Ale tam zakaz sprzedaży bez marży obowiązuje bez względu na powierzchnię - zastrzega Andrzej Lewiński, prezes Polskiej Izby Handlu. - A w Polsce, nie wiadomo dlaczego, sklepy podzielono. Dodatkowo, te przepisy są bardzo nieszczelne. Ustawodawca nie pokusił się o nakreślenie choćby minimalnej marży, która musi być dodana, aby produkt był sprzedawany zgodnie z prawem.

- w praktyce więc wystarczy, że sklep wyznaczy sobie marżę dla danego towaru na poziomie 1 grosza, i już spełnia wymogi ustawy - mówi Dariusz Chrzanowski z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych. - Choć trudno to sobie wyobrazić, ale legalna marża może być nawet mniejsza. Wystarczy, że sklep zamówi np. 1000 sztuk danego towaru i dla całej dostawy wyznaczy marżę w wysokości 1 grosza.

Problem drugi: własne marki

Ale przepisy o marżach nie są wcale najważniejsze. Rygorystyczne przestrzeganie nowego prawa mogłoby doprowadzić do upadłości kilka sieci dyskontowych, które wyspecjalizowały się w sprzedaży towarów pod własnymi markami. Ustawa ogranicza bowiem ilość takich towarów, które będą mogły sprzedawać sieci handlowe (do 20 proc.).

A marek własnych na sklepowych półkach jest coraz więcej. I coraz więcej jest sklepów, które wyspecjalizowały się w sprzedaży takich artykułów. Dobrym przykładem jest tu sieć Leader Price, która niemal wyłącznie sprzedaje takie artykuły.

Według różnych szacunków, w innych sieciach dyskontowych sprzedaż towarów pod własną marką może sięgać nawet 60 proc. ogólnych obrotów. W przypadku hiper i supermarketów takie towary stanowią co najmniej kilkanaście proc. obrotów.

Ograniczenia w sprzedaży towarów to polski wynalazek. Nie ma ich w krajach Unii Europejskiej. Co więcej, udział własnych marek w unijnym rynku ciągle się zwiększa. Na przykład w Wielkiej Brytanii sięgają już one 40 proc. obrotów sklepów, a w Niemczech 30 proc.

W czasie prac nad ustawą w Sejmie pojawiły się głosy, że poprawka 17d, która ogranicza udział własnych marek, to pomysł dużych koncernów, którym nie podoba się coraz większa sprzedaż nie markowych produktów.

- Poprawka 17d wyraźnie służy interesom wielkich producentów. Ich stać na finansowanie kampanii reklamowych i marketingowych, przekonujących klienta do zakupu markowych towarów - mówi Faliński.

Podobnie jak zakaz marży, także i tan przypis jest trudny do egzekucji. W prawie nie ma bowiem definicji, co to jest sklep dyskontowy.

- Wszyscy mniej więcej wiemy, że sklep dyskontowy to taki, który zarabia na minimalnej marży. Nie zmienia to jednak faktu, że ścisłej definicji pojęcia sieci dyskontowej nie ma - mówi Dariusz Chrzanowski z PKPP.

A co na to przedstawiciele sieci, którzy mogą stracić na skutek nowych przepisów? Na razie są bardzo ostrożni w ocenach.

- Ta ustawa przyniesie złe skutki, bo narusza zasadę równego traktowania przedsiębiorców - powiedziała nam Lidia Deja z firmy Cassino, która jest właścicielem sieci Leader Price. Jednocześnie odmówiła odpowiedzi na pytanie, czy rozważane jest zamknięcie hipermarketów Leader Price w Polsce.

- Droga legislacyjna tej ustawy nie została jeszcze zamknięta. Czekamy na to, co zrobi w tej sprawie prezydent - powiedziała Deja.

Krytycy otwarcie mówią, że nowe prawo nie jest martwe za sprawą poszczególnych przepisów, ale w całości. Po prostu nie ma administracyjnej drogi egzekucji, tylko cywilnoprawna. Nie wyznaczono żadnej instytucji, która ma pilnować przestrzegania ustawy. To inni przedsiębiorcy, albo nawet klienci, będą mogli składać doniesienia o przestępstwie. A to, czy rzeczywiście doszło do naruszenia przepisów nowego prawa, będzie rozstrzygał sąd.

I tu pojawia się problem. Tak naprawdę ani klient, ani konkurent nigdy nie ma pewności, czy rzeczywiście dany towar w sklepie jest sprzedawany bez marży. Czy będzie ryzykował pozew, skoro może się okazać, że duży sklep marżę jednak wyznaczył, ale na bardzo niskim poziomie?

Przeciwnicy ustawy wskazują na jeszcze jeden problem. Sugerują, że sądy mogą zostać zalane pozwami przeciwko sklepom. Pozwy takie mogą stać się po prostu narzędziem nieuczciwej konkurencji - dałyby oręż do ręki nieuczciwym przedsiębiorcom. - Nowe prawo stwarza margines działania patologicznego. Oczywiście, szczerze wierzę w dobre intencje polskich przedsiębiorców, ale takie pozwy mogą skutecznie utrudnić życie sklepom - mówi Chrzanowski.

Problem czwarty: brak okresów przejściowych

Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji ma wejść w życie już po trzech miesiącach od daty ogłoszenia. To - zdaniem przeciwników - stanowczo zbyt szybko.

- Wyobraźmy sobie, że producent zobowiązał się dostarczać towar do sieci, która będzie go sprzedawać pod własną marką. Takie umowy zawiera się na długo, nawet na rok. Co będzie, jeśli nowe prawo wejdzie w życie za kilka miesięcy? - pyta Dariusz Chrzanowski. Brak przepisów przejściowych oznacza też kłopoty dla kampanii promocyjnych. Są one zwykle planowane z dużym wyprzedzeniem. I na dłuższy czas. W obu przypadkach krótkie, 3-miesięczne vacatio legis może oznaczać duże straty dla wielu przedsiębiorców.

Czy prezydent zawetuje?

Już podczas pracy nad ustawą pojawiły się głosy, że nawet jeśli Sejm ją uchwali, to i tak cała sprawa zakończy się wetem Aleksandra Kwaśniewskiego.

Jako pierwsza, jeszcze przed uchwaleniem nowego prawa przez Sejm, o weto zaapelowała Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych. Szefowa PKPP Henryka Bochniarz otwarcie mówiła, że w czasie prac sejmowych ustawa zatraciła swój pierwotny charakter i wcale nie służy ochronie przedsiębiorców przed praktykami nieuczciwej konkurencji. Pracodawcom szczególnie nie podobają się cztery ograniczenia nowego prawa: sprzedaży bez marży, sprzedaży premiowanej, sprzedaży pod własną marką i na koniec - braku okresu dostosowawczego i krótkiego vacatio legis.

- Oczywiście, że prezydent powinien zawetować tę ustawę - mówi nam Andrzej Faliński, sekretarz generalny POHiD. - Zamiast niej powinna powstać jedna, duża ustawa o handlu. Powinna ona oczywiście zawierać rozwiązania polepszające pozycję konkurencyjną małych przedsiębiorców, lecz zupełnie inne niż te, które właśnie uchwalił Sejm.

Jednak wojna lobbystów pod Pałacem Prezydenckim może być zacięta, bo wiele instytucji nie opowiada się za wetem. Takiej konieczności nie widzi Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nie widzi jej też Polska Izba Handlu.

Ale nawet jeśli prezydent nie zawetuje, przeciwnicy nowego prawa nie składają broni. Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych rozważy, czy nie wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności ustawy z konstytucją.

Wiadomości Handlowe, listopad 2002, str.1

Udostępnij artykuł

Komentarze na forum

0