20.01.2004

Amerykanin w Paryżu

W Paryżu otwarto kawiarnię Starbucksa - kolejne miłe miejsce albo – jak kto woli - kolejny przejaw złowieszczej amerykanizacji.

Inauguracji niezbyt rzucającego się w oczy lokalu na reprezentacyjnej Avenue de l'Opera towarzyszyło niebywałe zainteresowanie mediów. Stacje telewizyjne już od kilku dni ustawiały się w kolejkach, napisały o tym wszystkie gazety. Za małą czarną, a tą Francuzi piją najchętniej, zapłacić tu trzeba 1,60 euro (ok. 7,50 zł) - podobnie jak w innych kafejkach i bistrach. Wystrój jest inny - wygodne fotele i stoliki zamiast kontuaru, stołków barowych i sterty niedopałków na podłodze. Turystom się spodoba, zwłaszcza z USA, a to ich Paryż chce przyciągnąć na nowo po tragicznym sezonie 2003 (drogie euro, wojna w Iraku, niechęć wobec Francji za oceanem, groźby terrorystyczne, epidemia SARS). A czy spodoba się Francuzom? To się okaże, ale sądząc z tego, jak bardzo spowszedniały McDonaldy („mak-do" - jak się mówi pieszczotliwie), to problemów nie będzie.

Szef wywodzącego się z Seattle Starbucksa Howard Schulz zapowiada otwarcie kolejnych lokali - za kilka dni w dzielnicy La Defense, potem na Montparnassie. To podobne miejsca jak l'Opera- wokół masa biur i ludzi, którzy wyskakują z pracy z kieszeniami pełnymi drobnych po kubek kawy na wynos.

Pierwszy Starbucks we Francji został otwarty sześć lat po debiucie w Wielkiej Brytanii oraz w kilka miesięcy po Berlinie. Do jego prowadzenia Amerykanie stowarzyszyli się z hiszpańską grupą VIPS - francuscy kontrahenci uznali ich ofertę za mało atrakcyjną. Media donoszą, że kawa będzie tu na pewno bez „dodatków modyfikowanych genetycznie" - tak jakby chodziło o kukurydzę, którą niszczą z furią antyglobaliści na czele z wąsatym przywódcą rolników Jose Bove'em.

Pierwszego dnia wielu ludzi przychodziło do Starbucksa z ciekawości i l porównać, czym się różni kawa amerykańska od francuskiej, którą Francuzi uważają, rzecz jasna, za najlepszą pod słońcem. Poza tym -jak myślą nad Sekwaną - co ci Amerykanie wiedzą o kawie? - pierwszą kawiarnię La Procope otwarto nad Sekwaną ponad 300 lat temu, gdy USA nawet nie były na mapie. Dziś jednak kafejki i bistra upadają w tempie po blisko 1,5 tys. rocznie, podczas gdy bary z kanapkami na wynos kwitną. Starbucks będzie się ścigać z podobną francuską siecią Columbus Cafe. Pośród dziesiątek tysięcy francuskich kawiarenek ich obecność będzie nadal jak kropla w morzu. Ale też jak kropla, która drąży skałę francuskiej wyjątkowości w banalizowaniu się ogólnoświatowej konsumpcji.

Źródło: Robert Sołtyk „Amerykanin w Paryżu”, Gazeta Wyborcza, 17-18.01.2004

Udostępnij artykuł

Komentarze na forum

0