04.06.2016

Tradycja zobowiązuje

Marcin Lewandowski, otwierając własną aptekę, kontynuował tradycję rodzinną. Warunki handlowe przekonały go, by przystąpić do rodziny DOZ Aptek.

Stwierdzenie, że Marcin Lewandowski na własny biznes w branży aptecznej był po prostu skazany, nie będzie nadużyciem. Jego rodzina parała się sprzedażą leków od trzech pokoleń. Dziś prowadzi trzy apteki i jeden punkt apteczny – wszystkie działają pod szyldem DOZ.
- Z DOZ współpracowaliśmy jeszcze zanim zdecydowaliśmy się przystąpić do sieci. W pewnym momencie stało się dla mnie jasne, że wejście do sieci franczyzowej to naturalny krok w rozwoju mojej firmy – mówi Marcin Lewandowski.

Marcin Lewadowski, franczyzobiorca DOZ Fot. Marcin Lewandowski

Sam jeszcze zajmuje się sprzedażą, ale w przyszłości chciałbym, by moja rola ograniczyła się do funkcji menedżerskich i nadzorczych – zapowiada Marcin Lewandowski.

Według niego największa korzyść z przystąpienia do sieci wiąże się z dostępem do atrakcyjnych warunków handlowych przy zakupie leków. Jako franczyzobiorca nie musi tracić czasu na analizowaniu ofert i porównywaniu rabatów producenckich. Duża siła nabywcza franczyzodawcy przekłada się na konkurencyjne ceny, które apteka może zaoferować klientom.
- Korzyści marketingowe również się liczą, ale dla mnie główny atut polega na tym,  że dostaję ofertę podaną jak na tacy – tłumaczy Lewandowski.

Jego apteki działają w Dobrzanach, Baniach, Reczu i Marianowie – niewielkich miejscowościach w województwie zachodniopomorskim. To małe, lokalne rynki, na których konkurencja nie daje się za bardzo we znaki.
- Konkurujemy z dwoma, trzema aptekami – opowiada Lewandowski. – W takim otoczeniu decyduje nie tyle szyld, co wyjątkowe podejście do klienta. Sukces moich aptek zależy od tego, czy jako farmaceuci będziemy potrafili roztoczyć nad klientem opiekę, zrozumieć jego potrzeby i zaproponować mu odpowiedni produkt w rozsądnej cenie. Rola aptek w takich miejscowościach jest zupełnie inna, niż w dużych miastach. Farmaceuci  są osobami, z którymi buduje się osobistą relację i w ten sposób tworzymy zaufanie – do siebie, do danej apteki i do całej marki.

Jego zdaniem to właśnie dobór pracowników przesądza o sukcesie apteki. Wyzwanie stanowią również częste boje administracyjne, które muszą toczyć właściciele placówek sprzedających leki.
- Raz zdarzyło się, że przez nieczytelny druk recepty NFZ zakwestionował trzy recepty, na podstawie których sprzedaliśmy refundowane leki. Musieliśmy zwrócić ok. 800 zł. To niewielka kwota, ale cały czas mamy świadomość, że przez podobne sytuacje możemy być narażeni na znacznie większe straty – ubolewa przedsiębiorca.

Marcin Lewandowski szacuje, że nieco ponad połowa obrotu jego placówek pochodzi ze sprzedaży leków nierefundowanych i suplementów diety. Jeszcze kilka lat temu proporcja była odwrotna.
- Działam w branży od 2009 roku i pamiętam czas, w którym lepiej zarabiało się na lekach refundowanych. W ostatnich latach urósł rynek suplementów, a marże na lekach refundowanych spadły ze względu na zmiany w limitach refundacji – tłumaczy Marcin Lewandowski.

W planach ma uruchomienie jeszcze kilku placówek. Sam jeszcze zajmuje się sprzedażą, ale znaczną część jego dnia wypełniają podróże między placówkami. Żeby biznes działał, trzeba go doglądać osobiście.
- W przyszłości chciałbym, by moja rola ograniczyła się do funkcji menedżerskich i nadzorczych – zapowiada przedsiębiorca.

Ale bezpośredni kontakt z klientem poprawia znajomość rynku. Ta zaś w biznesie jest nieoceniona.