06.08.2016

Mydlarnia dla męża i żony

Franczyza Mydlarni u Franciszka splotła się nierozerwalnie z historią rodziny Łucji i Macieja Paczkowskich.

2011 to był rok dużych zmian w życiu Macieja i Łucji Paczkowskich: wzięli ślub, kupili mieszkanie, w grudniu miał się urodzić ich syn.
- Żona studiowała wtedy zaocznie w Warszawie – opowiada Maciej Paczkowski. - Gdy była w siódmym miesiącu ciąży, razem z teściową zawieźliśmy ją na zajęcia. Żona poszła na uczelnię, a w tym samym czasie teściowa postanowiła odwiedzić sklep Mydlarni. Już od dawna dostawała w prezencie od koleżanki ich produkty i chciała teraz sama coś kupić. Weszła więc do środka, a ja – jak to mężczyzna – stałem na zewnątrz z papierosem. Ale że długo nie wychodziła, postanowiłem sprawdzić, co ją tak zaabsorbowało.
Klimat sklepu i wybór produktów wywarły na nim wrażenie - następnego dnia przyciągnął do lokalu żonę, która podzieliła jego odczucia. I choć oboje pracowali dotąd w innych branżach (on prowadził działalność w branży grzewczej, ona była specjalistą do spraw marketingu) to postanowili zainwestować w kosmetyki naturalne.

Maciej i Łucja Paczkowscy, franczyzobiorcy Mydlarni u Franciszka Fot. Mydlarnia u Franciszka/Maciej i Łucja Paczkowscy

Na otwarcie biznesu Łucja i Maciej Paczkowscy wzięli kredyt. Na szczęście lokal, który wybrali, nie wymagał dużej adaptacji. Franczyzodawca krok po kroku pokazywał im, jak go urządzić, by był utrzymany w klimatycznym stylu retro, właściwym dla Mydlarni.

Mydlarnia za Mydlarnią

Następnego wieczoru wysłali maila do firmy Lorient, franczyzodawcy sklepów pod szyldem Mydlarnia u Franciszka, z pytaniem, czy mogą taki sklep otworzyć. Kilka dni później znaleźli już lokal – w sąsiedztwie szkoły rodzenia, do której chodzili.
- Wysłaliśmy do firmy naszą wizję tego, jak ma wyglądać sklep – opowiada pan Maciej. - Dołączyliśmy do niej oczywiście także obszerną listę pytań: o adaptację lokalu, szczegóły techniczne, finansowe. Zrobiliśmy też biznesplan. Policzyliśmy koszty, które musimy ponieść, szacowaliśmy możliwe przychody. Jasne jest, że nikt nie mógł nam zagwarantować tego, ilu klientów do nas przyjdzie. Przewidywaliśmy więc różne warianty. Franczyzodawca rozmawiał z nami uczciwie: nie „słodził”, nie obiecywał gruszek na wierzbie. Uprzedzał, że to będzie ciężka praca.
Na otwarcie biznesu państwo Paczkowscy wzięli kredyt. Na szczęście lokal, który wybrali, nie wymagał dużej adaptacji. Franczyzodawca krok po kroku pokazywał im, jak go urządzić, by był utrzymany w klimatycznym stylu retro, właściwym dla Mydlarni. Przygotował także cykl szkoleń.
- Szczególny nacisk położony był nie tylko na znajomość sprzedawanych kosmetyków, ale też na obsługę klienta. Te dwie rzeczy w sklepach Mydlarni muszą idealnie współgrać – tłumaczy Maciej Paczkowski. - Nasi sprzedawcy to raczej doradcy. Muszą umieć dobrać kosmetyk dla każdego klienta, dopasować do jego potrzeb, rodzaju cery, ewentualnych problemów.

Sklep przy ul. Rayskiego w Szczecinie ruszył dokładnie 30 listopada 2011 roku. Niespełna dwa miesiące od dnia, w którym Łucja i Maciej Paczkowscy po raz pierwszy przestąpili próg warszawskiej Mydlarni. Moment otwarcia okazał się bardzo dobry - grudzień, który właśnie się rozpoczynał, to w końcu najlepszy w roku czas dla handlu. Ale małżonkowie nie poprzestali na jednym otwarciu. W 2014 roku znaleźli atrakcyjną lokalizację przy głównej ulicy miasta, alei Niepodległości.
- I żeby zachować pewną tradycję, to otwarcie nowego sklepu zbiegło się w czasie z narodzinami naszego kolejnego dziecka, córeczki – śmieją się.

Gdy nowa Mydlarnia się rozkręciła, pomyśleli o kolejnej. Ruszyła w tym roku, w lipcu. Tym razem na lokalizację wybrali centrum handlowe w prawobrzeżnej części Szczecina.

Małżonkowie dzielą się zadaniami. Łucja zarządza personelem, Maciej zajmuje się logistyką, sprawami finansowymi. Oboje nadal stają też za ladą. W tej chwili zatrudniają w sumie sześć osób. Choć nie można wykluczyć, że za kilka miesięcy pomyślą o następnym sklepie...