Poniedziałek
26.10.2020
Przedstawiamy franczyzy, które z powodzeniem można otworzyć w mieście – zarówno dużym, jak i małym.
 

W miastach ludzie więcej zarabiają i więcej wydają. Zwłaszcza w tych dużych. Siła nabywcza statystycznego warszawiaka jest aż o 87 proc. wyższa od średniej krajowej. Ale myli się ktoś, kto sądzi, że warto inwestować tylko w aglomeracjach. Mieszkańcy średnich i mniejszych miast też są złaknieni atrakcyjnej oferty, i to w każdej dziedzinie życia. Przedstawiamy wybór konceptów franczyzowych, które mogą okazać się atrakcyjnym biznesem dla miejskiego przedsiębiorcy.

Sushi dla każdego

Pochodzące z Japonii sushi na stałe wpisało się w jadłospis Polaków. I nie jest już kojarzone z elitarnym jedzeniem, na które stać tylko garstkę klientów. Spowszedniało, ale w korzystnym dla restauratorów znaczeniu tego słowa. Co więcej, jest też bardzo popularne w grupie najmłodszych, nastolatków i studentów, co dobrze rokuje na przyszłość.

Marka Koku Sushi na rynku działa od 2004 roku. Swoją sieć rozwija nie tylko w dużych miastach, ale też w tych średniej wielkości. W tej chwili otwiera lokale już w trzech różnych formatach: standard, premium i sushi point. Różnią się przede wszystkim kwotą inwestycji, ale też ofertą. Sushi bar w wersji standard wymaga powierzchni od 70 do 120 m2. Kapitał potrzebny na start to 150-200 tys. zł. Z kolei restauracje premium są większe, bardziej eleganckie i nowocześniejsze w designie. Wzbogacone są również o wyselekcjonowaną ofertę alkoholi wysokoprocentowych (w tym japońskich). Nadają się na organizację większych imprez, np.: biznesowych lunchów, uroczystości rodzinnych, spotkań towarzyskich. Na ten format potrzebny jest lokal wielkości 100-180 m2. Na inwestycję należy zaplanować kwotę rzędu 450 tys. zł. W tej sumie zawierają się koszty adaptacji i wyposażenia.

Jednorazowa opłata za przystąpienie do sieci w obu przypadkach wynosi 25 tys. zł. Najnowszym dzieckiem Koku Sushi jest model sushi point. Jego koncepcja powstała w trakcie narodowej kwarantanny.

– Dwumiesięczny przestój wymusił na nas zastosowanie wielu nadzwyczajnych środków – mówi Urszula Olechno, współwłaścicielka Koku Sushi. – Od początku wiedzieliśmy, że uratować nas mogą głównie dowozy. Skupiliśmy całe swoje siły na tym, by je rozwinąć. Dzięki temu, żaden z 26 lokali Koku nie został zamknięty, a niektóre podniosły nawet swoje obroty w porównaniu z wcześniejszym okresem. To dało nam do myślenia i jeszcze w trakcie kwarantanny wymyśliliśmy nowy koncept, nastawiony tylko na rynek delivery.

To model wymagający zdecydowanie niższych nakładów inwestycyjnych – według szacunków centrali wystarczy kapitał w wysokości 40 tys. zł, plus pieniądze na remont lokalu. Franczyzodawca podkreśla, że ta opcja jest dostosowana do trudniejszych, kryzysowych warunków gospodarczych.  – Koszty uruchomienia Koku Sushi Point są niższe niż otwarcie restauracji w wersji podstawowej, ponieważ nie ma tu potrzeby urządzania sali konsumpcyjnej, metraż jest mniejszy (ok. 40 m2), nie zatrudniamy obsługi kelnerskiej, nie kupujemy naczyń – wyjaśnia Mariusz Olechno, drugi ze współwłaścicieli Koku Sushi.

Lokal zaprojektowany jest stricte pod dostawy. Zamiast części barowej posiada moduł, w którym posiłki są przygotowywane, pakowane i segregowane. Jest też miejsce dla kurierów. Jednorazowa opłata licencyjna w tym przypadku wynosi 15 tys. zł.

Franczyzodawca Koku Sushi pomaga licencjobiorcom w wyborze dobrej lokalizacji. Przygotowuje  aranżację wnętrza, projekty technologiczne, potrzebną dokumentację. Przedstawia listę zaufanych dostawców sprzętu, produktów i naczyń. Zapewnia także czterotygodniowe szkolenia pracowników, podczas których poznają oni receptury i uczą się przyrządzania dań.

Elegancka pizza

Pizza cieszy się niesłabnącą popularnością na całym świecie. Idealna w dowozie, może być też jednak gwiazdą eleganckiego lokalu. Tak jak w pizzerii Drewno i Ogień. Właściciele tej marki  swoją pierwszą restaurację otworzyli w Olsztynie w 2016 roku. Najpierw mieściła się w nieco mniejszym lokalu, później, gdy gości przybywało, przeniosła się do większego.

– Zagląda do nas też wielu turystów. I właśnie oni pytali, czy naszą pizzę można też zjeść w innych miastach. Wtedy pomyśleliśmy, że warto byłoby otworzyć lokale franczyzowe – mówi Edyta Bakuła, współwłaścicielka Drewno i Ogień.

Sercem pizzerii jest piec opalany drewnem, w którym wypiekana jest pizza w stylu neapolitańskim. – Tym wyróżniamy się na rynku, na którym faktycznie konkurencja wśród pizzerii jest bardzo duża. Bazujemy na oryginalnych włoskich produktach, importowanych z Włoch – podkreśla Edyta Bakuła. – Sami wytwarzamy ciasto, z włoskiej mąki. Dzięki 48-godzinnemu procesowi dojrzewania ciasta i wysokiej temperaturze wypieku, pizza zyskuje niepowtarzalny smak.

Drewno i Ogień chce otwierać lokale w formacie restauracyjnym, z eleganckim wnętrzem, przytulnym klimatem, wyborem alkoholi, pełną obsługą kelnerską. Pierwsza taka franczyzowa restauracja na początku września otwiera się w Radomiu. Marka widzi swoje szyldy w miastach liczących minimum 50 tys. mieszkańców. Lokal najlepiej znaleźć w centrum miasta lub w innym miejscu o dużym natężeniu ruchu. Minimalna powierzchnia to 150 m2. Ważna jest też możliwość wystawienia ogródka sezonowego. Niezbędny warunek to również dostępność komina z rurą ze stali kwasoodpornej. Franczyzodawca pomoże ocenić, czy miejsce jest odpowiednie i ma właściwy potencjał. Przygotuje też projekt wnętrza restauracji, projekt technologiczny, pomoże w zrobieniu projektów branżowych. Licencjobiorca może liczyć również na wsparcie w doborze sprzętu gastronomicznego i wyposażenia lokalu.

Według szacunków właścicieli konceptu, planując inwestycję, trzeba szacować, że wydatki na przygotowanie lokalu to od 800 zł za 1 m2 (w przypadku adaptacji lokalu po gastronomii koszty mogą być niższe). Jednorazowa opłata licencyjna wynosi 10 tys. zł netto. Miesięczna opłata franczyzowa to 6 proc. od przychodu.

Franczyzodawca zapewnia darmowe szkolenia dla personelu, wszystkie receptury, marketing marki. – Nieskomplikowana technologia oraz brak konieczności zatrudniania wykwalifikowanych kucharzy pozwalają zminimalizować koszty prowadzenia lokalu i uzyskać szybki zwrot z inwestycji – podkreśla Edyta Bakuła.  

Pub przez całą dobę

Miasta lubią się bawić. Zwykle ich mieszkańcy mają przy tym w czym wybierać, bo oferta rozrywkowo-gastronomiczna, zwłaszcza w dużych ośrodkach, jest spora. Trzeba więc umieć się wyróżnić. Seta Disco to puby nawiązujące stylistyką do okresu PRL-u, ale w nowoczesnym wydaniu. Co to oznacza? Że np. można tu zjeść zarówno tradycyjne przekąski typu śledzie w oleju, smalec z ogórkiem czy żurek, jak i bardziej współczesne dania. To samo dotyczy alkoholi. Jest czysta wódka, ale także modne drinki i shoty.

Pierwszy lokal z szyldem Seta Disco powstał cztery lata temu w Bydgoszczy. Dziś działa też franczyzowy pub w Gdańsku, a wkrótce otworzą się dwa kolejne. – Nasz koncept jest przeznaczony dla dużych miast, liczących powyżej 200 tys. mieszkańców – informuje Dariusz Naklicki, franczyzodawca marki seta Disco. – Ale teraz przygotowujemy m.in. franczyzowy lokal w Pniewach koło Poznania (kilkutysięcznej miejscowości – przyp. red.). Nie ma tam żadnego innego pubu. Wierzymy, że nasz koncept sprawdzi się także w takich realiach. Drugie z planowanych otwarć odbędzie się w Krakowie. Dostajemy coraz więcej zapytań o naszą franczyzę, więc liczba lokali na pewno będzie rosła.

Pub Seta Disco można prowadzić w dwóch formatach. Na pierwszy z nich potrzebny jest lokal o wielkości powyżej 120 m2, bo musi się w nim zmieścić parkiet do tańca. W piątki i soboty w Seta Disco odbywają się bowiem taneczne imprezy przy muzyce z lat 80. i 90. Franczyzodawca szacuje, że przy lokalu wielkości 120 m2 inwestycję można zamknąć już w kwocie 95 tys. zł. W drugim z proponowanych formatów nie ma parkietu (ani imprez tanecznych), więc i wymagana wielkość lokalu jest mniejsza, do 100 m2. Według licencjodawcy, minimalna kwota inwestycji w tym przypadku to 60 tys. zł. W żadnym z formatów nie trzeba inwestować w kuchnię, bo serwowane w lokalu dania dostarcza zewnętrzny catering.

Zalecane lokalizacje to miejsca, gdzie toczy się nocne życie danego miasta: na starówkach, przy ulicach, gdzie są inne puby, kluby, blisko uczelni. Licencjodawca pomaga w wyborze lokalizacji, a także w przygotowaniu projektów technicznych i aranżacji wnętrza. Wspiera też licencjobiorcę marketingowo przy promocji nowo otwieranego lokalu.

Kandydaci na franczyzobiorców nie muszą mieć doświadczenia w gastronomii. Natomiast powinni osobiście angażować się w prowadzenie lokalu. Puby Seta Disco, niezależnie od formatu, są czynne 24 godziny na dobę. Trzeba o tym pamiętać, zatrudniając personel. Pracowników musi wystarczyć do obsadzenia trzech zmian. Jednorazowa opłata za przystąpienie do sieci wynosi 2,5 tys. zł. Miesięczna opłata franczyzowa wynosi 1 tys. zł.

Bąbelki we franczyzie

Bubble tea to zimna herbata z kulkami tapioki, która przywędrowała do Polski z Tajwanu. Marka Crazy Bubble od 2012 roku buduje sieć punktów z taką właśnie ofertą. Współpracę z firmą można nawiązać albo w systemie partnerskim, albo we franczyzie. Obecnie Crazy Bubble ma ok. 35 placówek partnerskich i 25 franczyzowych.

Punkty partnerskie to np.: kawiarnie, restauracje, przyczepy gastronomiczne, które po prostu dodają bubble tea do swojej oferty. Natomiast decydując się na współpracę franczyzową, mamy możliwość uruchomienia wyspy handlowej lub niewielkiego lokalu. – Wyspy handlowe są zdecydowanie popularniejszym formatem – zauważa Monika Jencz, menedżer sieci franczyzowej Crazy Bubble. – A co za tym idzie, także lokalizacje, które wybierają franczyzobiorcy, czyli galerie handlowe. Chociaż my jesteśmy otwarci również na punkty przyuliczne, np. przy deptakach czy na starówkach.

Wszystkie punkty franczyzowe są całoroczne, także większość partnerskich. Sezonowo działają zwykle te prowadzone w popularnych miejscowościach wakacyjnych. Franczyzobiorca sam powinien znaleźć lokalizację dla swojego biznesu. Natomiast licencjodawca przygotuje pod klucz wyspę handlową i dostarczy ją we wskazane miejsce. Koszt takiej wyspy to 50 tys. zł netto. Centrala przygotuje ją zgodnie z wymogami konkretnego centrum handlowego, dostosowując wysokość, wielkość, układ mebli. Do wydatków na starcie trzeba jeszcze doliczyć pierwsze zatowarowanie.

W tym roku Crazy Bubble wprowadziło też do oferty format mobilny, czyli wózek, z którego można serwować kilka rodzajów herbaty z kulkami tapioki. Jego koszt to 12 tys. zł netto. – Można ustawić go na stałe lub zmieniać miejsce w razie potrzeby. Może być też wykorzystywany np. na eventy – mówi Monika Jencz. – Traktowaliśmy ten format jako rozwiązanie sezonowe, ale jeden z naszych franczyzobiorców chce po sezonie letnim wstawić go do galerii handlowej, aby móc pracować przez cały rok. Możliwości jest więc sporo. Franczyzobiorca i jego pracownicy przechodzą darmowe szkolenia w jednym z działających punktów Crazy Bubble. Marka nie pobiera opłaty za przystąpienie do sieci. Miesięczna opłata franczyzowa wynosi 500 zł.

(Nie)słodka nisza

Fit Cake to koncept oparty na sprzedaży słodyczy bez cukru i glutenu oraz bez złych kalorii. Firma powstała w 2016 roku, dziś pod tym szyldem działa 13 placówek, z czego większość na licencji. Twórcy konceptu postawili na specjalizację w tej dziedzinie nie tylko dlatego, że sami prowadzą zdrowy tryb życia. Zauważyli na rynku gastronomicznym niszę.

– Z naszych obserwacji wynika, że tradycyjne cukiernie i kawiarnie nie są zainteresowane menu bez cukru – stwierdza Ewelina Choińska, prezes zarządu firmy Fit Cake. – To szansa dla nas, żeby wejść mocno w rynek, a specjalizacja jest naszą ogromną przewagą. Zbudowaliśmy w tym segmencie kompetencje i na rynku gastronomicznym już teraz mamy status eksperta w kategorii słodyczy bez cukru, glutenu i laktozy – dodaje.

Według informacji firmy, Fit Cake jest stosunkowo niskokosztowym biznesem. Opiera się bowiem na prostych składnikach i zakłada produkcję własną w lokalu. Właściciel mówi, że na każde 10 zł za sprzedane batony zaledwie 1,5 zł stanowi koszt produktu. Krótko mówiąc tzw. food cost dla batonów wynosi zaledwie 15 proc. Koszt materiałowy ciast pod marką Fit Cake jest tylko nieznacznie wyższy i wynosi 20 proc.

Zgodnie z założeniami franczyzy Fit Cake, „niecukiernie” to biznes zarówno dla dużych, jak i mniejszych miast. Lokal łączący kawiarnię z częścią produkcyjną powinien liczyć około 70 m2 i znajdować się w centrum miasta, w pobliżu parkingu. Możliwy jest również wariant, w którym franczyzobiorca wynajmuje dwa mniejsze lokale w różnych częściach miasta. Jeden z lokali (z dala od centrum) przystosowany jest do produkcji i posiada niewielką część do wydawania zamówień, zaś drugi (w galerii lub przy ulicy handlowej) pełni funkcję kawiarni, w której klienci mogą spędzić czas przy słodyczach Fit Cake i kawie.

– Dzięki takiemu rozwiązaniu franczyzobiorca, stosunkowo niewielkim kosztem, pojawia się w dwóch punktach miasta, docierając do większej liczby klientów. Takie lokalizacje powstają już w Toruniu, podobny zamysł ma nasz franczyzobiorca z Gdyni – mówi Rafał Kościuk, twórca konceptu Fit Cake.

W sieci obowiązuje zasada, że franczyzobiorca zainteresowany mniejszym miastem, otrzymuje wyłączność na prowadzenie lokali Fit Cake w jego obrębie. W największych miastach wyłączność terytorialna obejmuje poszczególne dzielnice i ewentualnie przylegające do nich przedmieścia. Rafał Kościuk mówi, że Fit Cake sprawdza się zarówno w metropoliach, jak i mniejszych miastach, choć nieco inaczej może wyglądać prowadzenie tego biznesu. Franczyzodawca wskazuje, że w małym mieście nieco niższe będą koszty wynajmu oraz koszty pracy. Mniejsze jest też ryzyko, że w okolicy pojawi się konkurencja naśladująca Fit Cake.

– W dużych miastach jest szansa na większy ruch, ale też klient bywa mniej lojalny i podatny na mody. W mniejszych miejscowościach taki biznes jest bardziej relacyjny, więc znacznie łatwiej o wiernych klientów     – dodaje Kościuk. Kwota inwestycji w Fit Cake nie zależy od wielkości miasta, tylko od powierzchni i wyposażenia lokalu. Rafał Kościuk zakłada, że franczyzobiorca powinien zmieścić się w 70 tys. zł, ale uznaje to za absolutne minimum.

Firma na terapii

Terapia hiperbaryczna to zabieg leczniczy, którego działanie opiera się na wykorzystaniu czystego tlenu, przy odpowiednio wysokim ciśnieniu. Najbardziej kojarzone przypadłości, leczone w takich komorach to choroba dekompresyjna czy zaczadzenie tlenkiem węgla. Ale jest wiele innych schorzeń, które leczy się tlenoterapią, np. dolegliwości reumatyczne, stopa cukrzycowa, problemy bólowe, skórne, trudno gojące się rany, owrzodzenia. – Terapia hiperbaryczna hamuje starzenie się skóry. W Stanach Zjednoczonych czy w Japonii w komorach hiperbarycznych leczy się boreliozę – wylicza Arkadiusz Kuran, franczyzodawca Oazy Tlenu. – Niestety, w Polsce wiedza na ten temat wciąż jest mała, podobnie jak dostępność komór.

Arkadiusz Kuran razem ze wspólnikiem kupił taką komorę i na początku tego roku w Grodzisku Mazowieckim uruchomił Oazę Tlenu. – Nasza komora jest pięcioosobowa, przystosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych i mających ograniczenia ruchowe. Została wykonana przez polskiego producenta, którego obecnie jesteśmy jedynym dystrybutorem – mówi Arkadiusz Kuran. – Cały proces tlenoterapii jest w pełni zautomatyzowany. Nie trzeba mieć wykształcenia medycznego, aby obsługiwać komorę, nie trzeba też uzyskiwać statusu placówki medycznej.

Teraz Oaza Tlenu buduje sieć gabinetów tlenoterapii we franczyzie. Koncept chce się rozwijać w miastach liczących min. 20-30 tys. mieszkańców. Do otwarcia gabinetu tlenoterapii potrzebny jest lokal o wielkości min. 50 m2, na parterze, łatwo dostępny dla osób z trudnościami w poruszaniu się. Koszt jego adaptacji franczyzodawca wycenia na 14-15 tys. zł. Cena komory hiperbarycznej to 400 tys. zł. – Mamy jednak wynegocjowany rabat u producenta – podkreśla Arkadiusz Kuran. – Zalecamy też skorzystanie z leasingu. Przy rozłożeniu spłaty na pięć lat, miesięczna rata wynosi 5 tys. zł.

Nie ma opłaty za przystąpienie do sieci ani miesięcznych opłat franczyzowych. Licencjodawca organizuje szkolenia dla franczyzobiorców i ich pracowników. Uczą się na nich kwestii technicznych, związanych z obsługą komory, ale oprócz tego poznają też zagadnienia medyczne: jakie schorzenia można leczyć w komorach, jakie są przeciwwskazania, jak przeprowadzać wywiad z pacjentami, jak obserwować ich reakcje na terapię. Jest też szkolenie z pozyskiwania klientów, nawiązywania kontaktów z lekarzami, przychodniami.

Według wyliczeń franczyzodawcy, miesięczne koszty stałe prowadzenia działalności to 11-12 tys. zł, wliczając w to ratę leasingu i jednego pracownika. Aby na to zapracować, trzeba mieć pięciu klientów dziennie. – Partner może osiągnąć taki poziom już w pierwszym miesiącu działania oddziału Oazy Tlenu – zapewnia Arkadiusz Kuran. – A przyjąć można 35 osób dziennie, w dziewięciogodzinnym czasie pracy oddziału.

Licencja na gładko

O urodę dbają wszystkie panie, ale nie da się ukryć, że w mieście grupa docelowa tego rodzaju usług jest po prostu większa. Choć wcale nie musi to być duże miasto, jak to zauważył franczyzodawca DepilConcept.

DepilConcept to największy w Polsce franczyzodawca wyspecjalizowany w usługach depilacji i fotodepilacji. Pierwszy polski gabinet powstał w marcu 2011 roku. W ciągu dziewięciu lat firma zbudowała sieć 58 placówek prowadzonych przez franczyzobiorców (i jedną własną). DepilConcept to niewątpliwie miejski biznes, ale nie tylko dla metropolii. Firma swoje gabinety otwiera bowiem w miastach powyżej 40 tysięcy mieszkańców.

Mariusz Włoczkowski, dyrektor rozwoju DepilConcept, mówi, że jeszcze kilka lat temu DepilConcept był franczyzą przeznaczoną do miast powyżej 100 tys. mieszkańców. Z czasem okazało się, że również klientki mniejszych miejscowości potrzebują usług w skali zapewniającej rentowność biznesu. Menedżer dodaje, że franczyzowe gabinety pod szyldem DepilConcept z powodzeniem funkcjonują w miastach znacznie mniejszych, liczących 60 lub 40 tys. mieszkańców.

– Wbrew stereotypowym opiniom, obecność w dużym mieście nie gwarantuje sukcesu – mówi Mariusz Włoczkowski. – To na pewno trudniejszy rynek – większa konkurencja i budżety reklamowe oraz wyższe koszty prowadzenia biznesu – głównie czynsz i wynagrodzenia pracowników. Tymczasem w małych miastach nasz gabinet jest często pierwszym lokalem tego typu, właścicielka zyskuje więc opinię specjalistki w swojej dziedzinie, a wysoka jakość usług i polecenia szybko roznoszą wieść o tym biznesie.
Menedżer tłumaczy, że rozwój sieci w mniejszych ośrodkach wynika z faktu, że zabiegi depilacji stały się usługami czysto higienicznymi, że gładka skóra wymaga dbania oraz powtarzania zabiegów. Związany z tym biznes nie opiera się więc na jednorazowej usłudze. To usługa powtarzalna i budująca lojalność klientek. Włoczkowski dodaje, że najlepsze gabinety funkcjonują w 70 proc. dzięki stałym klientkom.

– Bez względu na lokalizację biznesu grupą docelową gabinetów DepilConcept są przede wszystkim kobiety w wieku od 18 do 60 lat, którym ta usługa poprawia komfort i jakość życia oraz oszczędza czas i pieniądze – mówi Mariusz Włoczkowski.

Optymalny lokal na gabinet DepilConcept powinien liczyć 50-70 m2. Najlepiej sprawdzają się lokale na ruchliwych ulicach, w pobliżu centrum miasta lub w pasażach handlowych na dużych osiedlach. Kwota inwestycji w gabinet DepilConcept oscyluje wokół 100-150 tys. zł, w zależności od kosztów przystosowania lokalu. Ta kwota jest podobna dla mniejszych miast i metropolii, a ewentualne różnice mogą wynikać z kosztów adaptacji oraz późniejszych kosztów utrzymania lokalu, które w mniejszych miejscowościach prawdopodobnie będą niższe.

Otwieramy salon barberski

Jeszcze kilka lat temu mało kto słyszał o barber shopach. Dziś stały się bardzo popularne. Wielu mężczyznom nie wystarczy już błyskawiczne strzyżenie maszynką „na jeża”. – W 2016 roku, kiedy zaczynaliśmy, klienci byli o wiele mniej świadomi i wymagający – mówi Andrzej Tokarski, franczyzodawca Sztos Barber Szop. – Teraz ma wyraźne wymagania i oczekiwania.

Wbrew pozorom nie jest to wcale usługa, która sprawdzi się tylko w dużym mieście. Z takiego założenia wychodzi przynajmniej franczyzodawca Sztos Barber Shop. – Nigdy nie celowaliśmy w duże ośrodki. Chcemy otwierać salony już w miastach liczących od 30 tys. mieszkańców – podkreśla Andrzej Tokarski. – W dużym mieście konkurencja jest większa, bo barberzy stali się ostatnio bardzo popularni. A w mniejszych miastach najczęściej otwieramy salon jako pierwsi w branży, co daje większą łatwość rozwoju.

Kandydaci na franczyzobiorców nie muszą mieć doświadczenia w branży fryzjerskiej, ale dobrze, żeby mieli doświadczenie w prowadzeniu biznesu. Na inwestycję trzeba przeznaczyć do 100 tys. zł. Trzeba znaleźć lokal wielkości min. 50 m2. Powinny się w nim zmieścić przynajmniej trzy stanowiska barberskie. – Pomożemy w wyborze najlepszego miejsca. Z doświadczenia wiemy, że lokalizacja nie ma aż takiego znaczenia, bo klient dojedzie do salonu, jeśli wie, że usługa jest tego warta – mówi Andrzej Tokarski. – Salon, przy pełnej mobilizacji, można przygotować nawet w miesiąc, a góra w 2-3 miesiące. W wystroju stawiamy przede wszystkim na naturalne materiały i prostotę samego wykończenia. Każdy klient, który odwiedza nasz salon, jest częstowany whisky. W zwykłych salonach drażniło mnie to, że nie było nawet prasy dla mężczyzn. W barber shopach dbamy o każdy detal, aby klient czuł się swobodnie.

Franczyzodawca zapewnia wsparcie na każdym etapie współpracy, aranżację lokalu, kosmetyki marki własnej, a także dwuetapowe szkolenie. – Pierwszy etap to szkolenie pokazowe, drugi to część praktyczna, która trwa kilka dni. Następnie przyszli barberzy odbywają praktyki w naszym salonie pod okiem barberów z wieloletnim doświadczeniem – dodaje Andrzej Tokarski.

Równolegle do prac w salonie prowadzona jest akcja marketingowa, która ma na celu przyciągnięcie klientów już od pierwszego dnia. Jak mówi licencjodawca, przy trzech stanowiskach i 12-godzinnym dniu pracy można obsłużyć kilkudziesięciu klientów dziennie. W Sztos Barber ceny usług wahają się od 25 do 100 zł. Na zwrot z inwestycji czeka się około roku.

Spokojny sen biznesmena

Miasta liczące przynajmniej ok. 100 tys. mieszkańców to dobre rynki dla sklepów Senpo, specjalizujących się w wyposażeniu sypialni. Marka powstała w 2010 roku w Poznaniu. Dziś ma 13 salonów sprzedaży w całej Polsce, w tym sześć franczyzowych. – Nie chcemy konkurować z wielkimi meblowymi sieciami czy z IKEA – podkreśla Seweryn Kuchta, franczyzodawca marki Senpo. – Nasza oferta to średnia i wyższa półka produktów. Cztery lata temu zmieniliśmy aranżację salonów. Teraz ekspozycja ma formę kompletnych pokoi, z sufitami, ściankami działowymi, tapetami, dodatkami, aby na tym tle ładnie wyeksponować łóżka i jednocześnie zainspirować klientów. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.

Sieć współpracuje z blisko 10 producentami łóżek i materacy. Oprócz tego w asortymencie sklepów są też m.in.: komody, szafki nocne, pościel. Najlepsze lokalizacje dla salonów Senpo to miejsca, gdzie są też inne sklepy meblowe, parki handlowe, w których funkcjonują, np. sklepy z wyposażeniem wnętrz, farbami, gdzie jest znana marka, przyciągająca klientów. Sklep powinien mieścić się na parterze, mieć dostęp do parkingu. Optymalna powierzchnia potrzebna na salę sprzedażową to 150-200 m2. – Magazyn nie musi być duży, bo towar dla klientów dostarczamy z naszego magazynu centralnego – wyjaśnia Seweryn Kuchta. – Materace dostępne są od ręki, natomiast na meble, jeśli klient chce, aby były zrobione w  konkretnych wymiarach, trzeba trochę poczekać. Ale za to jesteśmy w stanie dostosować je do potrzeb każdego.

Franczyzobiorca sam wybiera lokalizację i przesyła propozycję do centrali, która sprawdza m.in., czy miejsce dobrze rokuje, czy czynsz jest akceptowalny. – Dostosowujemy projekt sklepu do potrzeb konkretnego lokalu – informuje Seweryn Kuchta. – Przygotowujemy listę produktów, rekomendowanych dla danego miejsca, na podstawie analizy lokalnego rynku, dostosowując m.in. półkę cenową.

Koszty inwestycji mieszczą się mniej więcej w widełkach 150-250 tys. zł. Zawierają się w nich wydatki na remont (trzeba zrobić m.in. podwieszane sufity, panele, wykładzinę, odpowiednie oświetlenie), urządzenie stanowiska do obsługi klientów i ekspozycji. – Chętnie widzimy franczyzobiorców z doświadczeniem w branży meblarskiej, wykończenia wnętrz, ale nie jest to warunek konieczny – dodaje Seweryn Kuchta. – Szukamy osób, z którymi można długo i spokojnie współpracować. Obecnie mamy dwóch franczyzobiorców. Jeden prowadzi pięć sklepów, drugi na razie jeden, ale będzie otwierał kolejny. Dopuszczamy, aby licencjobiorca nie pracował na stałe w salonie, ale musi doglądać biznesu. Szkolimy jego pracowników, ale warto, aby on sam brał udział w szkoleniach produktowych i poznał asortyment sprzedażowy.

Jak mówi licencjodawca Senpo, wysoki sezon sprzedażowy zaczyna się jesienią i wtedy najlepiej otworzyć sklep. – Zyski pojawiają się już od drugiego miesiąca prowadzenia placówki, a po 3-4 są już naprawdę satysfakcjonujące – zapewnia Seweryn Kuchta. – Na zwrot z inwestycji najczęściej trzeba czekać od 8 do 12 miesięcy, choć zależy to od konkretnego miasta.

Miesięczna opłata franczyzowa wynosi 800 zł. Franczyzobiorcy Senpo zarabiają na marży od sprzedawanych produktów. – Chcemy, aby dzięki naszej franczyzie przedsiębiorcy mogli zarabiać więcej, niż gdyby otworzyli salon niezrzeszony, samodzielnie – podkreśla Seweryn Kuchta. – I tak się właśnie dzieje.

Sklep dla domu

DDD Dobre Dla Domu to marka z 15-letnią historią, która pozycjonuje się jako specjalista w segmencie podłóg, drzwi i akcesoriów ze średniej i wyższej półki cenowej. Obecnie w sieci funkcjonują 34 salony, z czego 33 prowadzą franczyzobiorcy.

Sklepy DDD Dobre Dla Domu powstają w miastach powyżej 20 tys. mieszkańców. Zapytany o różnice w biznesie małomiasteczkowym i wielkomiejskim, Paweł Soroka, dyrektor wsparcia działu sprzedaży, mówi, że pierwszą z takich różnic są na pewno koszty prowadzenia działalności. Franczyzobiorca z dużego miasta na pewno musi się liczyć z wyższym czynszem, w niektórych przypadkach nawet o 60 proc. Z drugiej strony w metropoliach łatwiej o klienta z bardziej zasobnym portfelem. Występuje też zjawisko ruchu spontanicznego klientów, które w małych miejscowościach jest raczej rzadkością. Według Pawła Soroki, sklep zlokalizowany w dużym mieście lub na jego obrzeżach ma również szansę na współpracę z deweloperami, o co znacznie trudniej w małych miastach.

Wśród przewag lokalizacji w mniejszych miastach, menedżer wymienia nieco niższe koszty inwestycji, które najczęściej wynikają z powierzchni sklepu oraz tańszej ekspozycji. Niższe są również koszty prowadzenia działalności. Do zalet małomiasteczkowych lokalizacji menedżer zalicza również bliższe relacje z klientami oraz mniejszą konkurencję.

– Teoretycznie klient z mniejszego miasta bardziej mógłby chętniej odwiedzać sklepy typu DIY (red.: do it yourself), ale często ze względu na odległość, fachowość oraz dostępność usług montażowych, wybiera lokalny sklep DDD, bo podróż do marketu budowlanego mu się nie opłaca – mówi Paweł Soroka.

Na otwarcie sklepu pod marką DDD Dobre Dla Domu przyszły franczyzobiorca musi przeznaczyć 65-100 tys. zł, w zależności od wielkości lokalu (koszty ekspozycji i zatowarowania). Partner może liczyć na projekt aranżacji salonu, plan sklepu oraz wizualizację zewnętrzną. Firma konsultuje z franczyzobiorcą ofertę handlową sklepu, rekomendując konkretne modele podłóg i drzwi. Odbywa się to w oparciu o analizę danych sprzedażowych z analogicznych lokalizacji w całej Polsce. Dzięki temu maleje ryzyko, że franczyzobiorca zamówi towar, który nie trafi w gusta klientów. Pierwsze zatowarowanie i ekspozycja drzwi to wydatek 50-60 tys. zł. Według szacunków centrali, już w 3-4 miesiącu od otwarcia sklep powinien zacząć zarabiać – oczywiście przy zaangażowaniu partnera w pozyskiwanie klientów oraz działaniach zgodnych ze standardami. Najlepsze sklepy osiągają zwrot z inwestycji już po pierwszym roku swojej działalności.

Kochane zwierzaki

W większych miastach klienci szukają dobrych produktów i są w stanie wydać na nie wyższe kwoty. Dotyczy to nie tylko wydatków na podstawowe potrzeby czy na rozrywkę. Tak samo jest też np. w przypadku zakupów dla zwierząt domowych.

Sklepy zoologiczne pod szyldem Daisy działają obecnie w Tarnowie, Rzeszowie, Nowym Sączu i w Gdańsku (dwa). W sierpniu i we wrześniu otworzą się dwa następne: w Krakowie i kolejny w Tarnowie. – Jak widać, do tej pory otwieraliśmy sklepy raczej w dużych miastach, ale interesują nas także te mniejsze, już od 20 tys. mieszkańców – mówi Remigiusz Sonik, franczyzodawca marki Daisy Sklepy zoologiczne.

Właściciele konceptu nie wymagają od kandydatów na franczyzobiorców specjalistycznej wiedzy na temat zwierząt. Atutem może być natomiast ich posiadanie. – Franczyzobiorcy, którzy sami są właścicielami zwierząt, mogą lepiej zrozumieć potrzeby naszych klientów. Nie jest to oczywiście wymóg konieczny. My przekazujemy im wiedzę potrzebną do prowadzenia sklepu. Zanim zaczną pracę, przechodzą szkolenia, otrzymują podręcznik operacyjny, który krok po kroku opisuje, jak prowadzić sklep – tłumaczy Remigiusz Sonik.

Na sklep potrzebny jest lokal o powierzchni od 25 do 80 m2. Dobrą lokalizacją będzie galeria czy pasaż handlowy, ale też duże osiedle lub centrum miasta. Wysokość wstępnej opłaty licencyjnej zaczyna się od 27,9 tys. zł netto. W zamian franczyzodawca całkowicie wyposaża pomieszczenia: w regały systemowe, meble, sprzęt fiskalny, zapewnia obrandowanie. – Franczyzobiorca musi dysponować pustym lokalem, z pomalowanymi na biało ścianami, położoną podłogą i zamontowanym oświetleniem. My wchodzimy do środka i urządzamy go według indywidualnego projektu – podkreśla Remigiusz Sonik. – Towar licencjobiorcy otrzymują w depozyt.

W ofercie sklepów znajdują się artykuły dla zwierząt domowych: suche i mokre karmy, akcesoria, kosmetyki, suplementy, preparaty lecznicze czy legowiska oraz ubranka. Franczyzobiorca otrzymuje 30 proc. prowizji od sprzedaży. Wysokość opłaty franczyzowej zależy od osiąganych przez sklep obrotów. Partnerzy, których obroty nie przekraczają 30 tys. zł netto miesięcznie, płacą 890 zł netto. Ci z obrotami do 50 tys. zł netto oddają na rzecz franczyzodawcy 1290 zł netto. Jeśli przychody przekraczają 50 tys. zł netto, opłata miesięczna wzrasta do 1790 zł netto. Nie ma dodatkowej opłaty marketingowej, natomiast licencjodawcy koordynują wszelkie działania związane z marketingiem. Właściciele marki Daisy szacują, że zwrot z inwestycji w punkt franczyzowy nastąpi 1-2 latach od otwarcia, choć zdarza się, że następuje to szybciej. – Warto podkreślić, że podczas lockdownu nasze sklepy w galeriach handlowych nie zostały zamknięte, bo sprzedawany w nich asortyment uznano za produkty pierwszej potrzeby, do których klient musi mieć stały dostęp – dodaje Remigiusz Sonik.

Artykuł został opublikowany w numerze 09-2020 miesięcznika "Własny Biznes FRANCHISING".


POPULARNE NA FORUM

Franczyzobiorcy zabki

Witam, jestem studentką FIR i proszę o wypełnienie ankiety na temat "franczyza jako źródła finansowania przedsiębiorstwa". Link...

1 wypowiedzi
ostatnia 31.10.2020
Klient może spać spokojnie

czy dotyczy to umów frnczyzowych podpisanych listownie

1 wypowiedzi
ostatnia 11.09.2020
Monitoring sklepu w niewielkiej miejscowości

Teraz alarm to podstawa, nie wyobrażam sobie sklepu bez systemu alarmowego. My tez oczywiście go mamy.

36 wypowiedzi
ostatnia 07.09.2020
Planuję założyć własną działalność - od czego zacząć?

Z mojego doświadczenia wynika, że najważniejszy jest program do pełnej księgowości to zdecydowanie był świetny zakup.

31 wypowiedzi
ostatnia 20.05.2020
Prośba o pomoc w wypełnianiu ankiety do pracy licencjackiej

Szanowni Państwo, prowadzę badania wśród franczyzobiorców do pracy licencjackiej. Jeśli ktoś z Państwa zechciałby wypełnić moją krótką ankietę byłabym bardzo...

1 wypowiedzi
ostatnia 01.04.2020
Własny biznes z małym kapitałem

Szanowni Państwo, prowadzę badania wśród franczyzobiorców do pracy licencjackiej. Jeśli ktoś z Państwa zechciałby wypełnić moją krótką ankietę byłabym bardzo...

126 wypowiedzi
ostatnia 01.04.2020
Własny biznes z małym kapitałem

Drodzy, wielka prośba do osób, które prowadzą swoją działalność. Możecie wypełnić poniższą ankietę? Zajmie Wam to maks 1 min. Przygotowuje narzędzie, które ma...

126 wypowiedzi
ostatnia 23.03.2020
Praca magisterska - licencjacka o franchisingu

Witam, jestem studentką III roku finansów menedżerskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach i prowadzę badania do pracy licencjackiej na temat źródła finansowania...

208 wypowiedzi
ostatnia 18.02.2020