Poniedziałek
18.05.2020
Ekologiczny salon fryzjerski, stylizacja paznokci, szkoła gotowania, przedszkole a może firma budowlana albo szkoła nauki jazdy? Kobiety mogą się sprawdzić w wielu biznesach.
 

Określenie słaba płeć odeszło do lamusa. Kobiety są są dziś aktywne we wszystkich dziedzinach życia, także w biznesie. Statystyki mówią, że co trzecią polską firmę założyły i prowadzą kobiety. Panie są kreatywne, dobrze zorganizowane, wiedzą, czego chcą, mają dobrze sprecyzowane cele, w negocjacjach częściej wykorzystują zasadę win-win. Decydując się na otwarcie biznesu często wybierają branże związane z potrzebami kobiet lub dzieci – w nich po prostu czują się pewniej. Co wcale nie oznacza, że nie mogą osiągnąć sukcesu w segmentach rynku uznawanych stereotypowo za typowo męskie. Bohaterki tego tekstu udowadniają, że sukces nie musi mieć ojca – może mieć matkę.

W artykule przedstawiamy:

  1. Produkcja torebek pomysłem na biznes.
  2. Zakładamy firmę krawiecką.
  3. Inwestujemy w salon stylizacji brwi lub paznokci.
  4. Nauka jazdy dla kobiet.
  5. Jak prowadzić firmę budowlaną.
  6. Zarabiamy na fotografii dziecięcej.
  7. Pomysł na ekologiczny salon fryzjerski.
  8. Otwieramy przedszkole w biurowcu.
  9. Czy warto zainwestować w szkołę gotowania dla dzieci.
  10. Zyski z projektowania ogrodów.

Produkcja torebek pomysłem na biznes

Dla Marianny Rucińskiej, właścicielki firmy Mammania inspiracją do stworzenia biznesu było macierzyństwo. 
– Jeszcze będąc w ciąży wyjechałam do Izraela. Mój syn Noah urodził się w Tel Awiwie – opowiada Marianna Rucińska. – To był grudzień, w Izraelu piękny słoneczny miesiąc. Chodziłam z synkiem na spacery i widziałam, jak bardzo inne niż w Polsce jest w tym kraju podejście do macierzyństwa. Kobiety traktują to z większym luzem, nie są męczennicami, są zadbane, wychodzą na spotkania towarzyskie, do restauracji. Zastanawiałam się, dlaczego w Polsce kobiety po urodzeniu dziecka jakby zapominają o własnych potrzebach, mało o siebie dbają.

Na początku Marianna Rucińska myślała o sprowadzeniu do Polski którejś z tamtejszych marek odzieżowych, dla kobiet ciężarnych i młodych mam. Ale gdy po kilku miesiącach wróciła do kraju, przypadek zadecydował o jej późniejszej biznesowej decyzji. 
– Pewnego dnia, wkładając synka do auta, postawiłam koło samochodu swoją ulubioną torbę. I ktoś mi ją ukradł – opowiada właścicielka Mammanii. – Mogłam kupić drugą, ale doszłam do wniosku, że nie chcę kolejnej “typowej” torebki dla mam, która już niedługo nie będzie mi potrzebna, bo synek urośnie. Postanowiłam sama zaprojektować i uszyć torebkę, która będzie mi mogła posłużyć przez kolejne lata.

Z pomocą pani kaletnik Marianna Rucińska zaprojektowała i uszyła torbę, która od razu wpadła w oko jej znajomym. 
– Była ładna, a do tego funkcjonalna, z dobrze zorganizowanym wnętrzem, pozwalającym posegregować i pomieścić wszystkie potrzebne młodym matkom rzeczy. Do tego wybrałam materiał w szalonym kolorze – opowiada. – Torebki zawsze były moim modowym fetyszem. Ten projekt sprawił mi wiele radości.

Widząc, jak duże zainteresowanie wzbudza jej autorska torebka, Marianna Rucińska postanowiła przygotować mini-kolekcję, aby sprawdzić jak produkty będą się sprzedawać. 
– Nie chciałam przeinwestować, zanim poznam zapotrzebowanie rynku, dlatego zdecydowałam się na początek ograniczyć liczbę sztuk – wyjaśnia. – Choć nie było łatwo znaleźć firmę, która uszyje tylko 20 torebek. Ale wreszcie mi się udało.

Gotowe torebki Marianna Rucińska pokazała w mediach społecznościowych. Sprzedały się bardzo szybko. Wtedy zaczęła produkcję na większą skalę. Przygotowała stronę internetową, sesje z modelkami. Teraz w sumie szyje pięć różnych modeli, w różnych wersjach kolorystycznych. Torebki są wykonane z naturalnych skór, w sprzedaży są również plecaki z eko-skóry. 
– To nie są torebki na pierwsze dwa lata życia dziecka – podkreśla Marianna Rucińska. – Owszem, mają takie udogodnienia, jak termoizolacja, wnęki na pieluchy, ubranka, miejsce na smoczek. Ale są na tyle eleganckie i oryginalne, że spokojnie nadają się również do pracy i na spotkania towarzyskie. Wszystkie projekty najpierw testuję osobiście.

Na razie torebki są dostępne w sklepie internetowym, ale właścicielka marki Mammania chce wkrótce wejść we współpracę ze sklepami stacjonarnymi.

Zakładamy firmę krawiecką

Kilka lat temu Natalia Hulbój dostała w prezencie od męża maszynę do szycia. Najpierw sama próbowała na niej szyć jakieś proste rzeczy, później zapisała się na kurs. Pierwsze ubranka zaprojektowała i uszyła dla swojego małego synka. 
– Wstawiłam ich zdjęcia na swój profil na Facebooku i ludzie zaczęli się nimi interesować – opowiada Natalia Hulbój.

To był impuls do założenia własnej firmy. Z Urzędu Pracy Natalia Hulbój dostała dotację na otwarcie działalności gospodarczej i tak narodziła się marka Go for Colors.
– Życie mocno zweryfikowało moje początkowe wyobrażenia o prowadzeniu firmy – uśmiecha się dziś Natalia Hulbój. – Myślałam, że ja po prostu będę szyć, klienci będą kupować moje ubrania i tak się to wszystko będzie samo kręcić. A tymczasem prowadzenie firmy wymaga wiele pracy. Klienci nie przyjdą sami, trzeba o nich zabiegać, dbać o marketing. Prowadzenie sklepu internetowego też wymaga profesjonalizmu: trzeba mieć dobrze przygotowaną stronę, dobre zdjęcia, ciekawe opisy. Trzeba ewidencjonować, przygotowywać i wysyłać zamówienia. No i do tego dochodzi jeszcze produkcja, czyli szycie ubrań. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że dla jednej osoby to zbyt wiele.

Dzisiaj właścicielka Go for Colors sama także nadal szyje ubrania, ale korzysta również z pomocy wykwalifikowanych krawcowych. Oprócz ubrań dziecięcych w ofercie jest też odzież dla kobiet – bluzy, bluzki, t-shirty, wykonane z polskich tkanin. Marka stawia na wyraziste kolory i odważne kwiatowe wzory.
– Docelowo chcę właśnie zająć się szyciem ubrań dla pań, choć zdaję sobie sprawę, że działam w bardzo konkurencyjnej branży – mówi Natalia Hulbój. – Jestem małą, lokalną manufakturą, która nie może konkurować cenami z Pepco czy Zarą. Ale oczekiwania polskich klientek się zmieniają. Coraz bardziej zwracają uwagę na jakość i oryginalność, nie chcą jednakowych ubrań, zalewających sieciówki.

Marka mocno stawia na marketing internetowy, m.in. w social mediach, ubrania promuje też jedna ze znanych blogerek.

Swoją pracownię właścicielka Go for Colors od początku ma w domu rodziców. 
– Dzięki temu mogę codziennie zabierać do pracy swojego trzyletniego dziś synka, który zawsze może liczyć na opiekę dziadków – dodaje Natalia Hulbój.

Inwestujemy w salon stylizacji brwi lub paznokci

Aleksandra Głos i Eliza Moczydłowska od niemal dwudziestu lat są przyjaciółkami i zawsze chciały stworzyć wspólny biznes.
– Zawsze chciałyśmy mieć ładne, naturalne i zadbane brwi. W Polsce była to usługa traktowana po macoszemu. Kosmetyczki do dziś wykonują zabiegi regulacji pęsetą za 25 zł przy okazji innych zabiegów kosmetycznych. My uznałyśmy, że brwiom należy się większy szacunek – opowiada Aleksandra Głos. Postanowiły otworzyć brow-bar, czyli salon stylizacji brwi. Wcześniej poleciały do Londynu, gdzie brow-barów jest mnóstwo i tam podpatrywały ich działanie. Ich pierwszy salon pod szyldem Eyebar rozpoczął swoją działalność w 2016 roku w Warszawie. Dziś mają już pięć placówek. Stylizacja brwi stanowi 60 proc. przychodów tego biznesu. W ofercie są także dodatkowe usługi, jak makijaż, fryzura, stylizacja rzęs i paznokci.

Ta ostatnia usługa to z kolei specjalność Kingi Kowalczyk, właścicielki Stylizatorni.
– Do branży trafiłam przypadkiem, trzy lata temu. Wcześniej użyczałam swoich paznokci osobom, które uczyły się stylizowania. Polubiłam to, więc poszłam na kurs, a potem zatrudniłam się w salonie kosmetycznym – opowiada Kinga Kowalczyk. Szybko jednak doszła do wniosku, że wolałaby pracować na własny rachunek. Miała już bazę klientek, które ceniły jej usługi, dzięki czemu start w samodzielnym biznesie był łatwiejszy.
– Oprócz bazy klientek dysponowałam akcesoriami do stylizacji paznokci. Ponadto nie wynajmuję samodzielnie lokalu, tylko podnajmuję stanowisko w salonie fryzjerskim. Dlatego początkowa inwestycja we własną firmę pochłonęła zaledwie kilka tysięcy złotych – dodaje Kinga Kowalczyk.

Nauka jazdy dla kobiet

Czy da się podzielić zawody na typowo męskie i damskie? Katarzyna Kowalczyk udowadnia, że nie. Swoją pierwszą firmę prowadziła już na pierwszym roku studiów.
–To był rodzinny biznes, którym zajmowałam się razem z wujkiem – opowiada Katarzyna Kowalczyk. – Mieliśmy sieć kiosków z prasą. Kiedy kilka lat później urodziłam dziecko, moje obowiązki w firmie przejął mąż. I kiedy dziecko podrosło, a ja chciałam wrócić do pracy, to okazało się, że właściwie nie mam tam co robić.

Zaczęła więc szukać nowego pomysłu na siebie. W jednej z gazet znalazła ogłoszenie o kursie dla instruktorów nauki jazdy. 
– Od razu w głowie zapaliła mi się żaróweczka, że to coś dla mnie – śmieje się. – Pomyślałam nie tylko o tym, że chcę zostać instruktorem, ale że chcę też założyć własną szkołę nauki jazdy. Skonsultowałam się tylko z tatą, który powiedział: rób to.

Była jedyną kobieta na kursie i jedną z dwóch, które zdawały wtedy egzamin państwowy. Po uzyskaniu uprawnień zaczęła pracować w tej samej szkole, w której robiła kurs instruktorski. 
– Z jednej strony kursanci bardzo sobie chwalili zajęcia z kobietą. Z drugiej strony widziałam, że kobiet – instruktorek jest tyle, że da się je na palcach jednej ręki policzyć – wspomina Katarzyna Kowalczyk. – Doszłam do wniosku, że skoro już otwieram szkołę to może powinnam skupić wokół siebie kobiety wykonujące ten zawód.

Przez rok obmyślała szczegóły, aż wreszcie, 15 lat temu, szkoła ruszyła. 
– Na początku działała pod inną nazwą, bo trochę się bałam przykleić jej łatkę „kobieca” czy „babska”. Ale po dwóch miesiącach postanowiłam to zrobić. Tak powstała nazwa Babska Autoszkoła, która funkcjonuje do dziś – dodaje nasza rozmówczyni.
Z racji przymiotnika „babska” o szkole zrobiło się głośno, pojawiły się informacje w mediach a telefon Katarzyny Kowalczyk nie przestawała dzwonić. Kursantek było tyle, że dwie instruktorki – właścicielka i jej koleżanka – nie nadążały z prowadzeniem zajęć, jeździły od świtu do nocy. Dziś w Babskiej Autoszkole jest 11 instruktorek i dwóch instruktorów. 
– Ale jeśli klient czy klientka nie chce mieć zajęć z mężczyzną, to szanujemy ten wybór – podkreśla Katarzyna Kowalczyk.

Na początku 95 proc. klientów stanowiły kobiety. Dziś ten odsetek to ok. 75 proc. 
– Coraz mniej panów ma problem z tym, że kobieta uczy ich jeździć – mówi właścicielka Babskiej Autoszkoły. – W końcu to w większości mamy w dzieciństwie woziły ich do przedszkola i szkoły, więc są przyzwyczajeni do kobiet za kierownicą. Za to ciągle mamy niedobór instruktorek. Gdybym mogła zatrudnić ich więcej, moglibyśmy też obsłużyć o wiele więcej klientów.

Jak prowadzić firmę budowlaną

Z pozoru typowo męski zawód wybrała też Sylwia Kucharczyk. Stworzyła firmę Budles – Kobieca Ekipa Remontowa. Skąd taki pomysł? 
– Zawsze lubiłam coś naprawiać, remontować. To dla mnie wielka frajda, bo od razu widać efekt pracy – mówi Sylwia Kucharczyk. – U nas w domu to mama miała dryg to takich rzeczy: lutowała, naprawiała mi zabawki. Ja to po niej odziedziczyłam. Wbrew pozorom od naprawienia zabawki do wyremontowania łazienki droga wcale nie jest długa – dodaje ze śmiechem.
Więc chociaż studiowała resocjalizację, to szybko doszła do wniosku, że to nie jest zajęcie dla niej. Firmę Budles założyła 15 lat temu. Na początku pracowała sama, później udało się jej zebrać ekipę ośmiu kobiet. Z czasem do zespołu dołączyli też mężczyźni. 
– Teraz mam mieszany zespół, korzystam też z usług podwykonawców – wyjaśnia właścicielka Budles.

Firma zajmuje się kompleksowym wykończeniem wnętrz: pracami budowlanymi, hydraulicznymi, elektrycznymi, położeniem glazury itd. – od stanu deweloperskiego po przygotowanie mieszkania właściwie pod klucz. 
– Wbrew pozorom jako kobiecie wcale nie było mi trudno przebić się tej branży, wręcz przeciwnie – zapewnia Sylwia Kucharczyk. – Kobieca ekipa to było coś nowego, a ludzie lubią takie nowinki. I raczej nie wątpili w nasze umiejętności, skoro decydowali się nas zatrudniać.

Na początku bywało, że Sylwia Kucharczyk spędzała w pracy prawie całą dobę. Teraz grafik nadal ma ciasno wypełniony zleceniami, ale nauczyła się już inaczej organizować swój czas i nie wszystko robić sama. 
– Spędzam w pracy średnio 10 godzin dziennie i nie zarywam już nocy – mówi.
Klienci firmy Budles to indywidualni właściciele mieszkań i domków jednorodzinnych. Hossa w budownictwie trwa już od kilku lat, więc zleceń nie brakuje. Budles ma zarezerwowane terminy na rok w przód. Sylwia Kucharczyk najchętniej przyjmuje klientów z polecenia. 
– Niestety zdarza się, że po wykonanej pracy są problemy z wyegzekwowaniem zapłaty. Dlatego wolę, jeśli klient jest znajomym znajomego, albo osoby, dla której już kiedyś robiłam zlecenie. To pozwala uniknąć takich nieprzyjemnych sytuacji – wyjaśnia właścicielka Budles.

Mówi, że pomimo że jest kobietą nikt jej nie traktuje protekcjonalnie. A nawet jeśli – to wystarczy kilka minut rozmowy, aby udowodniła, że jest fachowcem w swojej dziedzinie. 
– To wcale nie jest praca tylko dla mężczyzn. Nie trzeba dźwigać całego worka kleju, jeśli się nie ma siły, można odsypać trochę do wiaderka. Owszem, skuwanie czy wynoszenie gruzu to ciężka robota, ale to akurat robią teraz w naszej firmie panowie – śmieje się Sylwia Kucharczyk. – Na pewno jednak nie da się w tym zawodzie utrzymać wypielęgnowanych dłoni i długich paznokci.

Zarabiamy na fotografii dziecięcej

Anna Arciuch-Mosdorf fotografią interesowała się już w szkole. Ale póki co była to pasja, nie zawód. Pod koniec urlopu macierzyńskiego, po urodzeniu pierwszego dziecka poszła na kurs fotografii studyjnej. 
– Nauczyłam się pracować ze światłem, sprzętem studyjnym – opowiada Anna Arciuch-Mosdorf. – Spodobało mi się to. Zaczęłam szlifować swoje umiejętności, fotografując znajomych.

Zainwestowała w sprzęt studyjny: lampę, dyfuzory, statywy, tło, wyzwalacz (taki podstawowy zestaw można kupić już za 2 tys. zł). 
– Miałam małe dziecko i chyba z tego względu zainteresowałam się fotografią rodzinną, ciążową, sesjami z dziećmi – mówi Anna Arciuch-Mosdorf. – Na początku robiłam zdjęcia za darmo, aby mieć okazję potrenować i zbudować portfolio.
Później zbudowała swoją stronę internetową aniafotografuje.pl, zrobiła cennik i zaczęła zarabiać na fotografowaniu. Mimo to nie zrezygnowała ze swojej etatowej biurowej pracy, którą zresztą wykonuje do dziś. 
– Pracuję w firmie, która pozwala mi elastycznie ustalać grafik, po urodzeniu kolejnego dziecka zmniejszyłam też wymiar godzin pracy. Dlatego mogę łączyć te dwie działalności – wyjaśnia Anna Arciuch-Mosdorf. – Zresztą wielu fotografów ma dwie prace.

Na początku pakowała dwa plecaki sprzętu i jechała do domu klientów lub w wyznaczone miejsce w plenerze. Ale to był duży wysiłek fizyczny, więc po mniej więcej dwóch latach Anna Arciuch-Mosdorf zdecydowała się wynająć lokal na studio (choć zdjęcia w plenerze robi nadal). W miesiącu robi kilka-kilkanaście sesji, bo na tyle ma czas w związku z tym, że łączy fotografowanie z pracą zawodową. Na brak klientów nie narzeka, sesje ma umówione na miesiąc w przód, zdarza się, że musi nawet odmawiać.
– Zapotrzebowanie na tego rodzaju fotografię jest bardzo duże – zauważa nasza rozmówczyni. – Wielu klientów wraca do mnie: najpierw robią sesję ciążową, potem noworodkową, na roczek, okazji jest dużo.

U fotografa dziecięcego – jak podkreśla Anna Arciuch-Mosdorf – ważna jest cierpliwość i luz.
– Potrzebna jest umiejętność dostosowywania się do sytuacji, bo nie wszystkie dzieci są otwarte, od razu chcą współpracować. Czasem trzeba czekać długo, aby noworodek zasnął – wyjaśnia fotografka. – No i trzeba zaakceptować fakt, że od czasu do czasu coś z naszego wyposażenia może się zniszczyć, kiedy np. biegające po studio kilkulatki coś przewrócą.

Pomysł na ekologiczny salon fryzjerski

Na warszawskiej Woli jest salon fryzjerski Zielony Warkocz, którego właścicielkami są dwie przyjaciółki: Sylwia Milewska i Małgorzata Zielonka. Salon nie jest standardowy – wyróżnia go ekologiczne podejście do fryzjerstwa. Ekofryzjerzy dbają tutaj, aby do pielęgnacji, koloryzacji i jakiejkolwiek stylizacji włosów używać tylko najwyższej jakości i w 100 procentach naturalnych produktów, ekomasek i płukanek na bazie naturalnych olejków. 
– W naszej ofercie nie ma żadnych konserwantów, emulgatorów PEG, pochodnych ropy naftowej, silikonów, czy innych substancji podrażniających skórę – zapewnia Sylwia Milewska, współwłaścicielka Zielonego Warkocza.

Jak mówi, nie ma wielu firm, o których można powiedzieć, że naprawdę produkują ekologiczne kosmetyki. 
– Owszem, są produkty roślinne, nie testowane na zwierzętach, ale i tak zawierające chemiczne dodatki – twierdzi Sylwia Milewska. – My kosmetyki do pielęgnacji włosów sprowadzamy z Tajwanu. Byłyśmy z wizytą w tamtejszej fabryce, widziałyśmy proces produkcji, oparty na recyclingu. Ekologiczne jest tam wszystko, łącznie z biodegradowalnymi opakowaniami. Natomiast producenta farb znalazłyśmy w Danii. Przy farbach naturalnych ważne jest, aby dobrze pokrywały siwe włosy. I nasze tak działają, jednocześnie nie wysuszając ich.

Ekologiczne podejście przejawia się nie tylko w stosowanych kosmetykach. Meble w salonie wykonane są ze starych, odnowionych desek, dużo tu roślinności, właścicielki dbają o segregację śmieci, używają przyjaznych środowisku środków czyszczących. 
– Przeszłyśmy ekologiczny audyt, wykonywany przez specjalizującą się w tym firmę i uzyskałyśmy ekocertyfikat – podkreśla Sylwia Milewska.
Czy klienci doceniają te starania? 
– Na początku działalności salonu było ciężko – przyznaje współwłaścicielka Zielonego Warkocza. – Moja wspólniczka, Małgorzata Zielonka jest fryzjerką i trychologiem, miała więc już wcześniej swoją bazę klientek, które bez problemu zdecydowały się korzystać z naszych nowych kosmetyków. Zwłaszcza, że koleżanka zawsze polecała im naturalne produkty. Natomiast nowych klientów przybywało wolniej, niż dzieje się to w standardowym salonie. Klientki bały się, że farba nie pokryje dobrze włosów, że efekt pielęgnacyjny nie będzie natychmiastowy, bo przy kosmetykach naturalnych jest to dłuższy proces. Ale świadomość ekologiczna wśród Polaków rośnie. Poza tym spora część naszych klientów to osoby z alergiami, które muszą unikać chemicznych kosmetyków.

Otwieramy przedszkole w biurowcu

Karina Trafna, właścicielka ogólnopolskiej sieci dwujęzycznych żłobków i przedszkoli działających pod marką Kids & Co., przez wiele lat pracowała w korporacji. Kiedy została matką dwóch synów, coraz trudniej było jej połączyć pracę z obowiązkami rodzica.
– Wspólnie z mężem stwierdziliśmy, że idealnym rozwiązaniem dla wielu pracowników byłoby przedszkole w miejscu pracy. W tamtych czasach nie było takich możliwości, dlatego nasze doświadczenia zdobywaliśmy na pierwszym naszym przedszkolu, które otworzyliśmy na parterze budynku mieszkalnego. To przedszkole prowadzimy do dzisiaj – opowiada Karina Trafna.

To było w 2006 roku. Pięć lat później biznes rozwinął skrzydła i żłobki oraz przedszkola pod marką Kids & Co. zaczęły powstawać przy biurowcach oraz w firmach na wyłączność pracodawców. Dzisiaj sieć liczy 11 placówek i działa w dwóch modelach. W jednym z nich proponuje otwarcie przedszkola w biurowcu, z którego mogą korzystać wszyscy najemcy budynku i osoby z zewnątrz. Tego typu przedszkola działają już m.in. w centrum Warszawy w Generation Park, Warsaw Spire, Warsaw Trade Tower. Jedna placówka działa też we Wrocławiu w Sagittarius Business House, w Krakowie w Enterprise Park.

Natomiast drugi model to przedszkola i żłobki prowadzone na wyłączność dla pracodawców. W takim wypadku pracodawcy inwestują w wykończenie lokalu lub budowę placówki, a Kids & Co. jest odpowiedzialne za nadzór nad całym przedsięwzięciem od projektu architektonicznego po przejęcie na siebie pełnej odpowiedzialności za prowadzenie przedszkola. Placówki tej marki działają już przy fabrykach mebli „FORTE” w Ostrowi Mazowieckiej i Suwałkach, w biurowcu West Link dla dużego wrocławskiego pracodawcy z branży IT. W Łodzi dwie placówki – żłobek i przedszkole – ma Infosys BPO Poland.

– Przedszkola firmowe to rozwiązania korzystne dla firm oraz ich pracowników. Przedsiębiorcy w takim modelu dofinansowują pracownikom czesne, dzięki czemu nasze przedszkole może być dla nich nawet tańsze niż publiczne – podkreśla Karina Trafna. – Jako firma, zapewniamy przy tym kompleksowa usługę. Ustalamy optymalny rozmiar placówki, przygotowujemy szczegółowy biznesplan, szukamy miejsca, odpowiadamy za projekt budynku, jego wykończenie, prowadzimy negocjacje z deweloperami, robimy wszystkie odbiory. Prowadzimy też zapisy do przedszkola i dobieramy kadrę, a następnie zarządzamy placówką. Dzięki temu pracodawca w ogóle o tym nie myśli – dodaje.

Czy warto zainwestować w szkołę gotowania dla dzieci?

Katia Roman-Trzaska od 12 lat prowadzi szkołę gotowania dla dzieci Little Chef, a od 2017 roku fundację Samodzielność od Kuchni. Oferta obejmuje zajęcia dla dzieci i młodzieży w wieku 4-16 lat.
– Z zawodu jestem prawnikiem, z miłości „edukatorką kulinarną”. Częściej mówię, że inspiruję młodych ludzi, aby czuli supermoc płynącą z gotowania, doceniali wspólnotę wokół stołu – opowiada Katia Roman-Trzaska.
Od zawsze marzyła też o prowadzeniu własnej firmy – koniecznie związanej z kulinariami i z kontaktem z ludźmi.
– Na szczęście zrezygnowałam z myśli o otwarciu restauracji – śmieje się. – Bo do tego oprócz dużych chęci potrzebne jest też solidne przygotowanie, którego ja nie miałam.

Kierując się miłością do gotowania i do dzieci, Katia Roman-Trzaska postanowiła stworzyć szkołę gotowania dla najmłodszych. Początki nie były łatwe.
– Dwanaście lat temu pomysł na dzieci w kuchni kwitowany był pełnym niedowierzania stwierdzeniem: „nie gotuje się z dziećmi, ale dla dzieci” – opowiada.
Zaczynały we dwie, z przyjaciółką Francuzką. Pierwsi klienci byli wyłącznie anglojęzyczni: uczniowie szkoły amerykańskiej, brytyjskiej. Właścicielka Little Chef przyjmowała ich w swoim domu. Dzieci gotowały w jej kuchni, a rodzice czekali na kanapie. Niedługo potem wynajęła małą kuchnię już poza mieszkaniem. A od sześciu lat szkoła mieści się na 100-metrowej przestrzeni, zaprojektowanej specjalnie na warsztaty z dziećmi w dzień, a dla dorosłych wieczorami. Do dziś z oferty Little Chef skorzystało już ponad 80 tys. dzieci. Nie tylko w ramach zajęć dla osób zgłaszających się indywidualnie. Little Chef ma też oferty zajęć dla szkół i przedszkoli.
– Łączymy podstawę programową z gotowaniem – mówi Katia Roman-Trzaska.
Na czym to polega?
– W czasie gotowania można się uczyć np. ułamków, ustalając, jak przygotować obiad dla większej lub mniejszej grupy osób, można uczyć się fizyki, historii – wyjaśnia właścicielka Little Chef. – Lekcję o odkryciach geograficznych można doskonale połączyć z informacjami o kuchni różnych krajów. Albo ugotować to, co jedli Piastowie za czasów Mieszka I i Dobrawy. Pomysłów mamy naprawdę mnóstwo.

Oprócz standardowych warsztatów w ofercie szkoły są również m.in. urodziny, półkolonie, obozy kulinarno-żeglarskie, warsztaty gotowania dla dorosłych oraz eventy dla firm.
– Na początku myślałam, że praca będzie mi zajmować kilka godzin tygodniowo, że będzie taką odskocznią – wspomina Katia Roman-Trzaska. – Ale szybko okazało się, że dzieci bardzo chcą gotować. To nie było tak, że wysyp klientów nastąpił nagle albo że po tym, jak w telewizji pojawiły się programy z gotującymi dziećmi u nas telefon zaczął się urywać. Relacje z klientami buduje się latami. Pracuje nad tym nasz zespół zaangażowanych, pozytywnie nastawionych ludzi.
Katia Roman-Trzaska sama jeździła od szkoły do szkoły, od przedszkola do przedszkola, aby przekonać dyrekcję i nauczycieli do swojej oferty. Stawia na reklamę szeptaną – zadowoleni rodzice opowiedzą o warsztatach kolejnym albo namówią swoją szkołę do wysłania uczniów na zajęcia.

Zyski z projektowania ogrodów

Dbałość o estetykę z domu przenosi się też do ogrodu – jeśli ktoś oczywiście go ma. Rośnie więc popyt nie tylko na usługi firm wykonawczych, dbających o pielęgnację, ale też projektantów zieleni.

Joanna Struzik miała zostać architektem wnętrz, ale w trakcie zdawania matury złamała rękę. A wiadomo, że na egzaminach wstępnych na architekturę trzeba dużo rysować. 
– W ostatniej chwili przeniosłam więc papiery na architekturę krajobrazu, bo tam rysunku na egzaminach było zdecydowanie mniej. Teraz wiem, że to był dobry wybór – opowiada ze śmiechem Joanna Struzik.

Już na studiach dostała pierwsze zlecenia na projekty ogrodów. Wprawdzie po skończeniu uczelni przez kilka lat razem z przyjaciółką prowadziła firmę florystyczną, ale w końcu postanowiła wrócić do projektowania. Od początku inwestowała w reklamę i pozycjonowanie w internecie, obecność w mediach społecznościowych.
– Internet to dla mnie ważne źródło klientów. Teraz wielu mam też z polecenia – mówi Joanna Struzik.
Rocznie wykonuje do 20 projektów. Czasem są to małe ogródki, przy mieszkaniach na parterze bloku, a czasem wielohektarowe ogrody. Przygotowanie projektu na ogród wielkości ok. 1 tys. m2 trwa ok. 8 tygodni.
– Choć zdarzył mi się projekt, nad którym pracowałam ponad rok – wspomina Joanna Struzik. – Wymagał uzgodnień m.in. z konserwatorem zabytków, z nadleśnictwem.

Czasem projekty dotyczą działki, która jest zupełnie pusta, czasem trzeba przearanżować już istniejący ogród. Projektantka najpierw ogląda teren, poznaje oczekiwania klienta i później przygotowuje wycenę. Jeśli klient ją akceptuje, zabiera się do pracy. Każdy projekt składa się części opisowej i graficznej. Zawiera m.in. podział na strefy np. trawników, rabat, ścieżki, altany, spis roślin, wyliczone powierzchnie traw, kory, czy drewna na taras, kosztorysy, zdjęcia, rysunki. 
– Zazwyczaj to kilkudziesięciostronicowa książka – podkreśla Joanna Struzik. – Wszystko w odpowiedniej skali, zwymiarowane tak, aby łatwo było przenieść projekt w teren.

Joanna Struzik jest freelancerem. Nie prowadzi firmy, podpisuje z klientami umowy o dzieło z przekazaniem praw autorskich. 
– Zimą zwykle spada liczba zleceń, więc w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej nie ma przychodów – wyjaśnia. – Choć w związku ze zmianami klimatu sezonowość w naszej branży też zanika. Ludzie przez cały rok myślą o przygotowywaniu ogrodów. Mają też świadomość, że projekt trzeba zamówić odpowiednio wcześniej, aby w marcu można było zaczynać prace. Dlatego teraz mam zlecenia także jesienią i zimą. Zauważyłam, że na przestrzeni ostatnich 15 lat liczba klientów w naszej branży rośnie, podobnie zresztą jak konkurencja na rynku. Polacy mają coraz mniej czasu i po prostu chcą coraz więcej rzeczy zlecać fachowcom.


Produkty dla mam / Marianna Rucińska produkuje torebki dla młodych mam.

POPULARNE NA FORUM

Klient może spać spokojnie

czy dotyczy to umów frnczyzowych podpisanych listownie

1 wypowiedzi
ostatnia 11.09.2020
Monitoring sklepu w niewielkiej miejscowości

Teraz alarm to podstawa, nie wyobrażam sobie sklepu bez systemu alarmowego. My tez oczywiście go mamy.

36 wypowiedzi
ostatnia 07.09.2020
Planuję założyć własną działalność - od czego zacząć?

Z mojego doświadczenia wynika, że najważniejszy jest program do pełnej księgowości to zdecydowanie był świetny zakup.

31 wypowiedzi
ostatnia 20.05.2020
Prośba o pomoc w wypełnianiu ankiety do pracy licencjackiej

Szanowni Państwo, prowadzę badania wśród franczyzobiorców do pracy licencjackiej. Jeśli ktoś z Państwa zechciałby wypełnić moją krótką ankietę byłabym bardzo...

1 wypowiedzi
ostatnia 01.04.2020
Własny biznes z małym kapitałem

Szanowni Państwo, prowadzę badania wśród franczyzobiorców do pracy licencjackiej. Jeśli ktoś z Państwa zechciałby wypełnić moją krótką ankietę byłabym bardzo...

126 wypowiedzi
ostatnia 01.04.2020
Własny biznes z małym kapitałem

Drodzy, wielka prośba do osób, które prowadzą swoją działalność. Możecie wypełnić poniższą ankietę? Zajmie Wam to maks 1 min. Przygotowuje narzędzie, które ma...

126 wypowiedzi
ostatnia 23.03.2020
Praca magisterska - licencjacka o franchisingu

Witam, jestem studentką III roku finansów menedżerskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach i prowadzę badania do pracy licencjackiej na temat źródła finansowania...

208 wypowiedzi
ostatnia 18.02.2020
Franczyza

Jakie sieci handlowe nie blokują decyzji podejmowanych przez partnera? Chciałbym wejść na rynek, bo mam już pewne doświadczenie, ale właśnie boję się mocnego...

1 wypowiedzi
ostatnia 10.02.2020