W biznesie jak w drużynie

Przyjemne z pożytecznym / "Volley Station to polski program do statystyk siatkarskich, z którego korzysta wiele drużyn na całym świecie. Zainwestowałem w ten pomysł i razem z kilkoma osobami pracujemy nad nim".
Niedziela
04.07.2021
– Mam to szczęście, że w biznesie działam ze wspólnikiem, który jest moim przyjacielem od lat dziecięcych i któremu ufam bezgranicznie. Widzę, jak nasza firma się rozwija pod jego skrzydłami – mówi Andrzej Wrona, siatkarski mistrz świata, przedsiębiorca, dziennikarz.
 

Dlaczego czołowi tenisiści, golfiści i piłkarze zarabiają więcej od siatkarzy?

Zarobki wynikają z popularność dyscypliny. W piłkę nożną grają prawie wszyscy, korty tenisowe są niemal wszędzie. Nigdy nie byłem na igrzyskach olimpijskich, ale z tego, co słyszałem od kolegów, to najbardziej rozchwytywanymi sportowcami w wiosce olimpijskiej są tenisiści i koszykarze. Dlatego najczęściej mieszkają poza wioską. To ikony światowego sportu. Transmisje Wielkich Szlemów, meczów NBA czy prestiżowych turniejów golfowych ogląda cały świat. Ci sportowcy spotykają się na co dzień z dużo większą presją. Taki Robert Lewandowski co trzy dni gra w meczu pokazywanym na całym świecie. Dodatkowo na stadionie jest prawie 100 tys. kibiców. W porównaniu z innymi dyscyplinami siatkówka finansowo nie wypada tak źle. Jestem daleki od tego, żeby narzekać, że ktoś zarabia więcej, mimo że reprezentuje niższy poziom sportowy. Chociaż trudno porównać poziom sportowy siatkarza i piłkarza. 

Pamiętasz swój pierwszy kontrakt i pierwsze zarobione pieniądze?

Pierwszy kontrakt podpisywałem w obecności mojej mamy, trenera Wojtka Szczuckiego i prezesa AZS Częstochowa, który przyjechał do Warszawy, bo trzech zawodników w tym samym czasie podpisywało kontrakty. W AZS-ie wtedy już od roku grał Piotrek Nowakowski. Pierwszą pensję wydałem w restauracji, do której na kolację zaprosiłem rodziców, brata, babcię. Oczywiście, nie wszystko, bo część pieniędzy musiałem przeznaczyć na wynajem mieszkania w Częstochowie i na bieżące wydatki.

Jak stałeś się profesjonalnym siatkarzem i kiedy zdecydowałeś, że to będzie twój sposób na życie?

Decyzja o tym, czy się przechodzi na zawodowstwo, nie leży po stronie zawodnika, tylko klubów, które ewentualnie zaproponują kontrakt. W momencie, kiedy ma się już oferty, to można wybierać. Gdy zaczynałem grać w siatkówkę, nie miałem pojęcia, że to będzie w przyszłości źródło mojego dochodu. To było moje hobby, które przerodziło się w coś regularnego – codzienne treningi w Klubie Sportowym Metro w Warszawie i zdobywanie medali w kategoriach młodzieżowych. 

Zaczęło się bardzo zwyczajnie. Trener Wojciech Szczucki odwiedzał różne szkoły podstawowe na warszawskim Ursynowie i zapraszał najwyższych chłopaków z różnych klas na trening. Byłem najwyższy w swojej klasie, dlatego dostałem taką propozycję. W tym czasie kończyłem trenować pływanie i szukałem innej drogi sportowej, bo zawsze wiedziałem, że chcę uprawiać sport. Wtedy pojawiła się siatkówka na horyzoncie, której popularność rosła dzięki udziałowi Polski w Lidze Światowej. Poszedłem na pierwszy trening i tak już zostało. Od tego czasu minęło ok. 22 lat. Chłopaków, którzy jak ja trenowali przez te wszystkie młodzieżowe lata, spotkałem na drodze tysiące, a obecnie w polskiej lidze z mojego rocznika będzie pewnie 10-20 zawodników.

Masz menedżera lub prawnika, który doradza przy podpisywaniu kontraktu?

Obecnie nie, bo stwierdziłem, że mogę sam rozmawiać z ludźmi zarządzającymi klubem. Wcześniej przez kilka lat pracowałem z jednym menedżerem, ale teraz jestem na takim etapie życiowym, że ważna dla mnie jest stabilizacja, którą umiem sobie sam zapewnić. Jestem w stanie dogadać się z ludźmi, z którymi negocjuję. Jeśli chodzi o kwestie prawne, zawsze mam możliwość skorzystania jednorazowo z takiej opinii. W swoim życiu podpisywałem już kilka kontraktów i wiem, na co zwracać uwagę. Nie zdarzyły mi się w karierze problemy z podpisywaniem i rozwiązywaniem umów, a gdyby takie się pojawiły, to zawsze mogę skorzystać z usług znajomych prawników.

Czy doradzałbyś początkującym sportowcom, żeby na początku profesjonalnej drogi radzili się menedżerów i prawników przed podpisaniem umów?

Na pewno menedżer z wiedzą prawniczą lub taki, który zatrudnia prawnika, jest ważny w przypadku młodych adeptów sportu. Jest kilka pułapek w świecie zawodowego sportu, na które trzeba uważać. Nie wszyscy są fair i czasami prezesi próbują wykorzystać niewiedzę młodych zawodników. Menedżer i prawnik wynegocjują lepsze warunki finansowe, bo mają doświadczenie i wiedzą, kiedy można mocniej „przycisnąć”. Niektórzy zawodnicy krępują się przy negocjacjach, gdy pojawiają się wyższe kwoty. Dobrze mieć taką osobę w pierwszych latach zawodowstwa.

Czy można policzyć, ile trwa średni tydzień pracy siatkarza? Czy treningi, mecze i inne obowiązki zajmują więcej czy mniej niż etatowe 40 godzin?

Ciężko to policzyć w przypadku sportowców. Pracownik etatowy po wyjściu z pracy o godzinie 17 może się od tej pracy odciąć i to, co będzie robił od tej 17. do 9. rano następnego dnia, to jego wybór. Sportowcy w pewnym sensie cały czas są w pracy. Nawet teraz, po zakończeniu sezonu, gdy mam trzy miesiące przerwy w grze i tak muszę trenować codziennie, dbać o formę, doleczyć kontuzje. Mogę pozwolić sobie w tym czasie na więcej luzu, ale muszę tak samo zdrowo się odżywiać i dbać o siebie. Im jestem starszy, tym jest to ważniejsze. Chodzę spać w regularnych godzinach, aby organizm się regenerował. Jem o wyznaczonych porach. Po treningach chodzę do fizjoterapeuty na różne zabiegi, żeby schłodzić organizm, żeby mięśnie odpoczęły. W domu przechodzę różne zabiegi z własnym sprzętem do regeneracji. Jeżeli trening poranny i popołudniowy trwa po 2,5 godziny, to nie znaczy, że pracuję 5 godzin dziennie. Sportowcy są cały czas w pracy. A nawet jeśli jesteśmy poza pracą, to dużo osób przypomina nam o tej pracy. Rozmawiamy z dziennikarzami, mamy obowiązki reklamowe, obowiązki wobec sponsorów. Ciężko to ubrać w ramy czasowe „od do”. Dodatkowo trenerzy i menedżerowie ustawiają nam grafik pracy. Trudno tu mówić o 40 godzinach pracy tygodniowo.

W czasach tzw. home office pracownicy podobno pracują jeszcze więcej niż wspomniane 40 godzin. 

To tak, jakby się nie wychodziło z tej pracy. Łatwiej mają osoby prowadzące w domu na przykład własny gabinet, bo jednak wychodząc z gabinetu do kuchni, mogą się odciąć od obowiązków zawodowych. Gdy w tym samym miejscu pracujemy, jemy posiłki, spędzamy czas z rodziną, to ta granica się zaciera. To nie jest najlepsze dla zdrowia. Korzystają z tego tylko szefowie. 

Od ilu lat jest pan kapitanem Vervy Warszawa Orlen Paliwa? Jak zdefiniowałby pan cechy dobrego kapitana?

W ciągu czterech lat kapitanem byłem trzy sezony. Najważniejsze w roli kapitana to być wzorem do naśladowania: przykładać się do treningu, dawać z siebie maksimum, wkładać serce w pracę, w pełni się angażować. Kapitan powinien wymagać od siebie więcej niż od innych. Powinien motywować zespół, a także stać na straży zawodników. Jeśli w klubach pojawiają się problemy finansowe i organizacyjne, wtedy trzeba bronić praw zawodników. Trzeba być łącznikiem między zawodnikami a zarządzającymi zespołem – trochę negocjatorem, trochę dyplomatą. Trzeba dbać o dobre relacje ze wszystkimi. Szczerość w tych relacjach jest ważna, bo koledzy muszą wiedzieć, że z kapitanem można porozmawiać na każdy temat i omówić każdy problemem. Czasami pomagam młodym zawodnikom, którzy potrzebują rady od tych bardziej doświadczonych. Sam byłem takim zawodnikiem, który chodził do starszych i pytał.
 
Negocjujesz także premie dla zawodników za zwycięstwa i trofea?

Zależy, jaki jest przyjęty schemat w klubie, bo czasami zawodnicy podpisując kontrakt, mają już ustalone premie za zrealizowane cele. Wtedy moja rola jest żadna. Jeśli jednak te bonusy są później ustalane, to rolą kapitana jest doprecyzować tę kwotę, którą potem trzeba podzielić na zespół po konsultacji z trenerem i dyrektorem sportowym. Oby tylko takie problemy były, że trzeba dzielić premie za sukcesy.

Dwa lata temu w warszawskim klubie pojawił się problem ze sponsorem. Mówiono, że to m.in. twoja zasługa, że klub się nie rozpadł i zawodnicy cierpliwie poczekali na nowego sponsora (Orlen – przyp. red.). 

Przypisywanie mi tych zasług to przesada. Rzeczywiście, było jednak takie spotkanie, gdzie świat nam się walił i palił. Wielu zawodników myślało, gdzie odejść i z kim podpisać kolejny kontrakt. Powiedziałem wtedy, że warto jeszcze chwilę poczekać z takimi decyzjami, że warto ten zespół ratować i sam się też tego podjąłem. Opłacało się gasić ten pożar, bo kilka tygodni później klub się przeorganizował i udało się znaleźć sponsora tytularnego. Od tego momentu zdobyliśmy medale mistrzostw Polski, a w tym sezonie brązowy. 

Lepiej się gra w klubie z dużym i stabilnym sponsorem?

Grając w Warszawie przez ostatnie pięć lat, brakowało takiej stabilności. Te problemy sprzed dwóch lat mamy już za sobą. Teraz w kuluarach klubu toczą się inne rozmowy – głośniej lub ciszej komentowane w świecie biznesu i siatkówki.

Pojawiły się pogłoski o przejęciu klubu przez Michała Kubiaka i Wilfredo Leona.

Od kiedy jestem w warszawskim zespole, to klub ma już chyba czwartą nazwę, czwartego właściciela i różnych dyrektorów sportowych. To jednak dalekie od stabilizacji. Porównując do gry w Skrze Bełchatów przez trzy lata, tam faktycznie istniała pewność dotycząca wypłat, zabezpieczenia finansowego, organizacji klubu od strony technicznej i marketingowej. Wtedy można było się skupić tylko na siatkówce. Życzyłbym sobie, żeby Warszawa też była takim klubem.

Myślisz, że to dobry pomysł, gdy zawodnik staje się właścicielem klubu? Takim przykładem ze świata piłki nożnej jest na przykład Jakub Błaszczykowski i Wisła Kraków.

Nie wrzucałbym wszystkich takich sytuacji do jednego worka. Sportowcy w pewnym sensie są także biznesmenami i często dysponują dużymi środkami, które pozwalają im na różne inwestycje. Dzięki temu, że przez wiele lat pracowali w różnych klubach, wiedzą, jak powinno wyglądać zarządzanie nimi. Michał Kubiak jest przykładem zawodnika, który prowadzi z sukcesami także biznesy niezwiązane z siatkówką. Nie widzę przeciwwskazań, żeby czynni zawodnicy byli właścicielami klubu. Michał Kubiak ma zresztą chyba udziały w klubie siatkarskim Paris Volley, w który wcześniej zainwestował wraz ze Stephanem Antigą. Inwestycja w Vervę Warszawa nie byłaby jego pierwszą. Paris Volley gra na dobrym poziomie, a to znaczy, że Michał Kubiak okazał się dobrym inwestorem. Jeżeli faktycznie zawodnicy zainwestują w warszawski klub, to myślę, że potencjał marketingowy takiego projektu może być jeszcze większy niż obecnie. To z pewnością byłby atrakcyjny produkt dla sponsorów, kiedy po drugiej stronie stołu do rozmów biznesowych zasiadają mistrzowie świata. 

Podobno siatkarze najczęściej inwestują w nieruchomości. Czy sam również jako właściciel dwóch mieszkań interesujesz tym rynkiem?

O sytuacji na rynku nieruchomości dowiaduję się najczęściej w momencie poszukiwania najemców. Najbardziej mnie to  interesuje, gdy przygotowuję się do negocjacji z nimi. Na co dzień nie zagłębiam się w rynki finansowe. Nie jestem z tych, którzy budują tzw. poduszkę finansową na najmie mieszkań.

Za to interesujesz się rynkiem IT, bo wraz ze wspólnikiem zarządzacie firmą tworzącą oprogramowanie i aplikację do prowadzenia siatkarskich statystyk.

Projekt pod nazwą Volley Station trwa już kilka lat. To polski program do statystyk siatkarskich, z którego korzysta wiele drużyn na całym świecie. Jesteśmy oficjalnym partnerem polskiej ligi i Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Zainwestowałem w ten pomysł i razem z kilkoma osobami pracujemy nad nim i ciągle go rozwijamy. Fakt, że najlepsze drużyny uniwersyteckie w USA i zawodowe ligi były obsługiwane przez nasz program świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Czy to biznesowa nisza?

Kilka lat temu istniał tylko jeden taki program, który nadal jest naszą konkurencją. Z tego włoskiego programu korzystały kiedyś wszystkie zespoły. Pracując na nim jako zawodnik wraz ze statystykami widziałem, że nie jest on idealny. Pomysł narodził się przy piwie z moim kolegą, z którym grałem w siatkówkę w Klubie Sportowym Metro w Warszawie w czasach juniorskich. Kiedy ja podpisywałem kontrakt z AZS Częstochową, on wybrał studia w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Po paru latach spotkaliśmy się. Łukasz skończył studia, ja nadal grałem. Wypracowałem sobie w tym czasie pewne oszczędności i wpadłem na pomysł, aby zainwestować je w program do statystyk siatkarskich. 

Jakie stawiacie przed firmą kolejne cele?

Wszystko opiera się na nowych kontraktach z klubami, uniwersytetami lub całymi ligami. Szukamy też partnerów biznesowych z tej branży. Nie do końca jeszcze wiemy, co finalnie możemy osiągnąć. Rozwijamy się szybko, ciągle rozbudowujemy nasz projekt, pojawiają się nowe rozwiązania, które sprawiają, że podpisujemy kolejne umowy. Wygrywamy także obsługą klienta.

Pomaga wam fakt, że twarzą biznesu jest Andrzej Wrona? Czy to wasz atut?

Podejrzewam, że na etapie pierwszych rozmów, szczególnie na polskim rynku, to było nawet kluczowe. Spotykaliśmy się z tymi samymi ludźmi na negocjacjach, których od lat widywałem na halach sportowych przy okazji różnych meczów – reprezentacyjnych i klubowych. Znając ich, łatwiej było mi dotrzeć z prezentacją programu. Gdyby ktoś anonimowy chciał pokazać program, to nie miałby aż tak łatwej drogi do zgromadzenia w jednej sali wszystkich najważniejszych osób polskiej siatkówki. W początkowej fazie nazwisko było bardzo pomocne. W momencie kiedy już mamy kontrakt z ligą, w której grają mistrzowie świata, czyli w Polsce, łatwiej nam o kolejne umowy także za granicą. Tam na przebieg rozmów niekoniecznie ma już wpływ, że to ja jestem inwestorem. W tym momencie produkt broni się sam. Nie trzeba popierać go nazwiskami inwestorów.

Swój wizerunek budujesz od kilku lat – na parkietach siatkarskich i poza nimi. Myślisz, że Andrzej Wrona to już rozpoznawalna marka?

Każdy sportowiec jest niemal jak jednoosobowa firma. Zarówno w przenośni, jak i formalnie. Oprócz tego, że świadczę usługi sportowe, prowadzę także jednoosobową działalność gospodarczą i świadczę usługi reklamowe. Nie narzekam, bo dosyć dużo firm chce ze mną współpracować. Daleko mi oczywiście do takiej marki, jaką jest Robert Lewandowski, ale myślę, że w swojej siatkarskiej skali moje nazwisko jest rozpoznawalne. Nigdy nie byłem czołowym zawodnikiem reprezentacji Polski. Grałem w niej jednak przez kilka lat i zdobyłem z nią mistrzostwo świata w 2014 roku, mimo że nie odegrałem wtedy pierwszoplanowej roli. Wizerunkowo i marketingowo jestem jednym z tych zawodników, którzy to lepiej wykorzystali. Teraz pomaga też fakt, że moja żona jest rozpoznawalna (Zofia Zborowska – przyp. red.). Kumuluje się to w sferze social mediów. 

Markę Andrzej Wrona miałem okazję sprawdzić namacalnie, bo wspólnie z Karolem Kłosem pod logo Kłos vs Wrona sprzedawaliśmy ciuchy, z których cały dochód przeznaczaliśmy na Fundację Herosi. Był to sklep z czapkami, koszulkami i gadżetami. To była marka poparta naszymi nazwiskami. 

Dlaczego działała krótko?

Zmieniłem klub i rozjechały nam się z Karolem Kłosem sportowe drogi. Ciężko było prowadzić sklep na odległość, bo nie mieliśmy sztabu ludzi do obsługi, tylko sami tym się zajmowaliśmy z pomocą przyjaciół. W tym czasie zrobiliśmy sporo dobrego, bo ok. 100 tys. zł przekazaliśmy na Fundację.

To pokazuje, że swoją rozpoznawalność wykorzystujecie też w akcjach dobroczynnych. Czy to wynika z poczucia obowiązku?

To bardzo ważne, żeby swój wolny czas poświęcić na zrobienie czegoś dobrego. Takie gesty dużo znaczą. Marcin Gortat czy Anna i Robert Lewandowscy zasilają konta fundacji olbrzymimi kwotami. Czasami sama nasza obecność daje radość dzieciom i ich rodzicom oraz pozwala zapomnieć o trudach życia codziennego. Misją sportowców jest także pomagać. Oni mają moc, która potrafi spowodować u innych uśmiech. 

Czym się sugerujesz przy wyborze partnerów biznesowych, których reklamujesz? Rodzajem produktu i stawką?

Do takich spraw mam menedżera, specjalistę w tych tematach. Razem dokonujemy wyborów. Jest pewna grupa ludzi śledząca mnie w internecie, a ja staram się być wiarygodny. To oznacza, że nie mogę reklamować rzeczy, których na co dzień bym nie użył lub są niezgodne z moją filozofią. Moją, a teraz także mojej żony, która jest bardzo restrykcyjna w podejściu do życia. Dba o środowisko, promuje weganizm i wegetarianizm, więc naturalnie ja nie mógłbym promować kosmetyków firm testujących je na zwierzętach albo olbrzymich koncernów produkujących słodzone napoje, których plastikowe opakowania zaśmiecają naszą planetę. Odmawiam wielu reklamodawcom i nie sugeruję się tylko kwotami. 

Ostatnio prowadziłeś cykliczny podcast radiowy w Newonce Radio. Czy chciałeś się sprawdzić w roli dziennikarza, zanim przejdziesz na sportową emeryturę?

Nawet dzisiaj przygotowywałem post podsumowujący ostatni rok, bo tyle trwała przygoda z cyklem audycji, które zakończyły się wraz z końcem sezonu. Bardzo lubię media, wywiady radiowe i telewizyjne. Zawsze moim marzeniem było spróbować się w roli dziennikarza. Nie wiedziałem, jak to zrobić i gdzie zacząć. Na początku pandemii zobaczyłem tygodniową ramówką stacji na Instagramie u Piotrka Kędzierskiego, który jest jednym z udziałowców i twórców Newonce Radio. Były tam różne programy: koszykarskie, piłkarskie, sporty walki, ale nie było siatkówki..  Napisałem wiadomość do Piotrka, którego kiedyś poznałem, że bardzo fajna inicjatywa, ale nie widzę tutaj siatkówki. On tylko odpisał: „Chcesz?”, a ja odpowiedziałem: „Jasne”. Wymieniliśmy się wtedy mailami i telefonami. Odezwał się do mnie dyrektor programowy, spotkaliśmy się w Warszawie na kawie i wymieniliśmy pomysłami na temat programu. Tworzyliśmy go przez 32 tygodnie i mieliśmy kilkaset tysięcy odsłuchań podcastów. W ten sposób, dzięki uprzejmości kilku osób i dzięki wyjściu ze swojej strefy komfortu, spełniłem radiowe marzenie. To było prawie jak efekt motyla – w jednym miejscu zatrzepotał swoimi skrzydełkami, a w drugim miejscu na ziemi wywołało to tajfun… Niewykluczone, że wrócimy do programu po letniej przerwie w rozgrywkach. 

Czyli na liście potencjalnych zajęć po zawieszeniu butów na kołku masz dziennikarstwo. A czy w roli trenera lub działacza sportowego też byś się odnalazł?

Chyba od razu mógłbym wyeliminować stanowisko trenera, bo najmniej mnie kręci. Mam duży szacunek do pracy trenerów, ale to nie jest coś, co chciałbym robić. Poświęcam bardzo dużo czasu siatkówce, a wydaje mi się, że trener poświęca go trzy razy więcej. Ja przychodzę na trening, rozgrywam mecze, dbam o siebie, ale trener musi dodatkowo przygotować ten trening, podsumować go, przeanalizować – mam nadzieję, że za pomocą mojego programu (śmiech). Potem musi przygotować taktykę na mecz, cały plan gry przedstawić zawodnikom. Obserwuje nowych utalentowanych zawodników, rozmawia z ich menedżerami. To bardzo ciężka praca. Jeśli miałbym zostać przy siatkówce – przy klubie, lidze lub związku – to jako ten tzw. działacz.

A w jakiej roli ja mógłbym tam wystąpić? Pokazałem przez lata pracy, że zawsze mi na tej dyscyplinie sportu zależało. Chciałem, żeby kluby młodzieżowe i ich trenerzy rozwijali się i otrzymali na przykład dostęp do programu do statystyk. Zawsze jednak w kręgu moich zainteresowań były media. Wiem, że trudno sportowców, którzy kilka razy pojawili się w studio i przeprowadzili wywiady, nazwać dziennikarzami, ale taka rola eksperta przy różnych sportowych wydarzeniach byłaby ciekawym dodatkiem do emerytury. Dzięki temu zostaje się przy swojej ulubionej dyscyplinie. Nie trzeba się od niej tak z dnia na dzień odcinać. 

Jak się odnajdujesz w prowadzeniu firmy? Uprawiasz sport zespołowy, a czy w biznesie też działasz w teamie, czy wolisz jednak wszystkiego dopilnować sam?

Mam to szczęście, że w biznesie działam ze wspólnikiem, który jest moim przyjacielem od lat dziecięcych i któremu ufam bezgranicznie. Widzę, jak nasza firma się rozwija pod jego skrzydłami. Dla mnie na pewnym etapie to była zwykła inwestycja biznesowa. Ze względu na czas, jaki spędzam na parkiecie, nie ma mnie fizycznie w biurze zbyt często. Obserwuję, jak firma pod jego nadzorem działa sprawnie i ja spokojnie z perspektywy zawodnika mogę się temu przyglądać. Mamy regularne cotygodniowe zebrania online, na których rozmawiamy o aktualnych projektach. Nie nazwałbym jednak tego kontrolą tylko burzą mózgów. Nie muszę wykazywać się tutaj jakimś indywidualizmem. Jestem po prostu częścią Volley Station. Czasem tylko stoję z boku i się przyglądam, a czasem mam swoje pomysły i się nimi dzielę. Łukasz, mój wspólnik oraz pozostali pracownicy także uprawiali sport lub działali w klubach. Mają osiągnięcia, na które ciężko pracowali. Takie osoby to idealny zespół, bo potrafią pracować pod presją, wspierać się, są bardzo zdyscyplinowani. Jest wiele plusów współpracy z ludźmi, którzy coś osiągnęli w sporcie zawodowym. 

W oczekiwaniu na kolejny siatkarski sezon chyba już wszyscy liczą na powrót publiczności na sportowe trybuny.

Będzie zupełnie inna atmosfera gry oraz wyższe przychody dla klubów. Pojawiło się niedawno rozporządzenie o wpuszczaniu na hale sportowe części publiczności. Ten ostatni sezon, który prawie w całości rozegraliśmy bez kibiców, dobitnie pokazał, że gra się właśnie dla nich. Rywalizacja straciła dużą część magii, brakowało emocji. Graliśmy trochę bardziej w atmosferze treningowej, bo słyszeliśmy wszystko co do siebie mówimy, o czym rozmawiają przeciwnicy. Ta cisza jest przejmująca. Jeśli sami w sobie się nie zawzięliśmy, to trudno było nam wyciągnąć się z dołka w trakcie meczu. Normalnie zrobilibyśmy to z pomocą kibiców. Mam nadzieję, że to był ostatni taki sezon w karierze. Szkoda, że nie mogliśmy świętować naszego brązowego medalu z kibicami na trybunach, ale wierzę, że od kolejnego sezonu wróci wszystko do normalności. 

Były już w klubowych mistrzostwach Polski srebro i brąz, czas na złoto?

Brakuje tego najcenniejszego kruszcu dla Warszawy. Zdobywałem go już w innych klubach, ale z racji tego, że teraz gram dla Warszawy, to ten złoty medal i Puchar Polski chciałbym przed zakończeniem kariery jeszcze zdobyć. To mnie mocno motywuje i właśnie taki cel mi przyświeca na ten ostatni okres mojej kariery. Zostało mi kilka lat grania i chciałbym jeszcze te najważniejsze trofea dla Warszawy zdobyć.

Rozmawiał Daniel Wilk

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Własny Biznes FRANCHISING".


Gra o zwycięstwo i pieniądze / "Niektórzy zawodnicy krępują się przy negocjacjach, gdy pojawiają się wyższe kwoty. Dobrze mieć koło siebie prawnika i menedżera w pierwszych latach zawodowstwa".

PRZECZYTAJ ARTYKUŁY

Franczyza z Pascalem /01.06.2021

– Nasz plan na najbliższy rok zakłada pozyskanie pierwszych pięciu partnerów franczyzowych, z którymi uruchomimy Pascal Today – mówią Pascal Brodnicki oraz Marek i Jan Rogala, którzy wspólnie budują franczyzowy koncept gastronomiczny Pascal Franchise.

Biznes na rajskiej wyspie /01.05.2021

– Nic na Zanzibarze nie jest do końca proste. A z drugiej strony można tutaj wiele rzeczy rozwiązać naprawdę szybko i skutecznie – mówi Katarzyna Werner, była dziennikarka TVN24, która dzisiaj prowadzi na Zanzibarze hotel i firmę, organizującą wycieczki.

Firma jak maraton /01.04.2021

– Wchodzimy w erę załatwiania większości spraw przez internet. Mnie również pandemia zmotywowała do działania. Rozwijam aplikację do treningu online – mówi Artur Kozłowski, właściciel firmy SportQuality IT, wielokrotny medalista i mistrz Polski w bieganiu długodystansowym.

Przepis na restaurację według Marcina Kocha /02.03.2021

– Gdybym miał dzisiaj otwierać restaurację, to postawiłbym na taką, która z założenia ma szybką rotację gości i koncentruje się na prostym menu – mówi Marcin Koch, właściciel Bazaru Kocha i restauracji Talerzyki.

Pasja, która przynosi zyski /01.03.2021

Na arenie rajdowej osiągnął już wiele, ale wciąż ma cele do zdobycia. O ile w świecie sportu to on prowadzi drużynę do zwycięstwa, o tyle w biznesie oddaje kierownicę profesjonalistom. Z jakim efektem? O rozwoju firm asygnowanych jego nazwiskiem rozmawiamy z Krzysztofem Hołowczycem, polskim rajdowcem.