Artystyczne przedszkole Olka Klepacza

Olek Klepacz
Olek Klepacz / "Przez pierwsze lata musieliśmy do przedszkola dokładać, później bilans zaczął wychodzić na zero. Można powiedzieć, że po jakichś pięciu latach zaczęliśmy oglądać zyski".
Czwartek
01.08.2019
– Nie mogę wywindować cen czesnego tylko dlatego, że uważam swoje przedszkole za wyjątkowe i mam znane nazwisko – mówi Olek Klepacz, lider zespołu Formacja Nieżywych Schabuff.
 

Lubi pan dzieci?
Lubię w dzieciach pewne cechy. Przede wszystkim to, że są prawdziwe, nie ma w nich fałszu. Czasem są szczere aż do bólu, ale to właśnie w nich cenię. Albo cię akceptują, albo nie i od razu ci o tym mówią. Oczywiście, są czasem głośniejsze niż dorośli, ale w ten sposób wyrażają emocje. Picasso powiedział, że wszystkie dzieci są artystami. Później, niestety, jest już gorzej, bo zaczynają wchodzić w stereotypy, konwenanse. Nasz najważniejszy cel, to zachować w dziecku tę dziecięcą naiwność.

Ma pan pedagogiczne wykształcenie, ale chyba nigdy nie wiązał pan swoich zawodowych planów z pracą w szkole?
Można powiedzieć, że wyssałem szkolnictwo z mlekiem matki. Moi dziadkowie byli nauczycielami, jeszcze przedwojennymi. Moi rodzice całe życie przepracowali w szkołach. Ja też mam pedagogiczne wykształcenie. Ale na wcześniejszym etapie życia pasja do muzyki okazała się silniejsza. Poza tym zawsze deprymowała mnie systemowość oświaty w Polsce.

Ale jednak zdecydował się pan wejść w ten system.
Nie do końca. Owszem, podlegamy pod nadzór kuratorium, obowiązuje nas podstawa programowa, ale dużo ważniejsze są dla nas działania autorskie. Kilkanaście lat temu szukaliśmy w Częstochowie, gdzie mieszkamy, przedszkola dla naszej córki, która dziś ma już 17 lat. Marzyliśmy o miejscu  nastawionym na wspieranie małego człowieka, rozwój jego predyspozycji, a nie formatowanie go według ogólnych schematów. Edukacja przedszkolna jest najistotniejsza w rozwoju człowieka, wtedy kształtuje się jego podświadomość. Niestety, nie mogliśmy znaleźć żadnej placówki, która by nas satysfakcjonowała. Ostatecznie córka poszła do publicznego przedszkola, a my z żoną pomyśleliśmy wtedy, że może warto byłoby stworzyć wartościowe miejsce dla dzieci.

Sprawdziliście, czy jest na to zapotrzebowanie na rynku? Jaka była wtedy – w 2010 roku – konkurencja w Częstochowie?
Może nie zabrzmi to zbyt profesjonalnie, ale nie zrobiliśmy żadnego rozpoznania rynku. Otwieraliśmy przedszkole nie dlatego, żeby zrobić na tym biznes. Edukacja to nie jest produkcja butów. Moim zdaniem, biznes prowadzony tylko dla pieniędzy rzadko się udaje. Pieniądze są tylko środkiem, a nie celem. Taki ze mnie biznesmen (śmiech). Za to żona jest świetna w kwestiach biznesowych. W naszych przedszkolach staramy się czerpać z najlepszych wzorców: edukacji skandynawskiej, pedagogiki waldorfskiej, Montessori. Cały czas my i nasi nauczyciele szkolimy się, podnosimy kwalifikacje, uczestniczymy w Erasmusach, Comeniusach. Nasi nauczyciele nie skupiają się na zaliczaniu stopni awansu zawodowego, ale na codziennej pracy z dziećmi. Mamy dziś w Częstochowie sporą konkurencję, ale robimy swoje.

Znane nazwisko pomaga?
Na początku na pewno bardzo pomogło. Nie tylko nazwisko, ale też po prostu mój charakter, sposób bycia. To, że ludzie darzą mnie sympatią, szacunkiem.

Pierwsze przedszkole od razu zdobyło klientów?
Artok – bo tak się nazywa nasze pierwsze przedszkole – otworzyliśmy w 2010 roku. I trzeba powiedzieć, że to było mocne otwarcie. Już na starcie mieliśmy ponad 30 dzieci. Później co rok ich przybywało. A że budynek mógł pomieścić maksymalnie około 80 dzieci, zdecydowaliśmy, że otworzymy drugą placówkę. Bo chętnych było o wiele więcej i szkoda nam było rodziców i dzieci odchodzących z kwitkiem. Klepaczówka działa od ubiegłego roku. W obydwu przedszkolach mamy teraz prawie 150 dzieci. I listy kolejkowe. Dzwonią już mamy w ciąży, by zapisać do nas swojego jeszcze nienarodzonego malucha.

Nie ma więc potrzeby inwestowania w marketing?
Najlepszy i najbardziej wiarygodny jest oczywiście marketing szeptany, czyli dobre opinie o przedszkolu, przekazywane sobie przez rodziców. Ale bardzo dbamy o wizerunkową stronę naszego przedsięwzięcia. Prowadzimy witryny internetowe, w czym pomaga nam profesjonalna firma. Na bieżąco uzupełniamy aktualności, staramy się, aby to była nasza wizytówka.

Zyski też przyszły szybko?
Przez pierwsze lata musieliśmy do przedszkola dokładać, później bilans zaczął wychodzić na zero. Można powiedzieć, że po jakichś pięciu latach zaczęliśmy oglądać zyski. Ale prawda jest taka, że przedszkole to worek bez dna, do którego można wrzucić każde pieniądze. Zwłaszcza gdy zdecydowaliśmy o otwarciu kolejnej placówki. To była ogromna inwestycja, do której teraz będziemy dokładać przez kolejne kilka lat. Właściwie żyjemy z mojej muzyki, bo ciągle gram koncerty.

Czym się pan zajmuje w przedszkolach? Prowadzi pan zajęcia z dziećmi?
Zajęć nie prowadzę, choć edukacja to moja pasja. Mam jednak masę innych obowiązków. Organizuję dla dzieci spotkania z artystami i innymi ciekawymi ludźmi. Byli u nas m.in.: dziennikarze, muzycy, pisarze, malarze. Dzieci to uwielbiają. Przyjeżdża np. Sebastian Karpiel-Bułecka i opowiada, jakie książki czytał w dzieciństwie, jakich lubił bohaterów. A nasi podopieczni patrzą na niego nie jak na pana z telewizji, ale jak na osobę, która była takim samym dzieckiem jak oni. Oczywiście, oprócz organizowania takich spotkań robię też wiele innych rzeczy. Jestem hydraulikiem, zaopatrzeniowcem, ślusarzem, młotkowym – jak w piosence (śmiech). Po prostu panem od wszystkiego. Oboje z żoną w każdym z przedszkoli jesteśmy codziennie. Podzieliliśmy się obowiązkami. Ona wzięła na siebie wszelkie kwestie finansowe, biznesowe. Jest w tym doskonała. W życiu udaje jej się zrobić rzeczy niemożliwe! Jest osią naszych wszystkich działań.

Ma pan jeszcze czas na muzykę?
Praca w przedszkolach pochłania mi praktycznie całą dobę w ciągu tygodnia. Placówki są czynne od godziny siódmej do 18.00, ale ja pracuję od ósmej do 21.00, mamy nawet z żoną problem, by wypić wspólnie kawę w ciągu dnia. Trochę cierpi na tym nasza córka, no ale za to ma rodziców, dla których praca jest pasją. Jak wspomniałem, nadal gram koncerty. Mam na to czas w weekendy, kiedy przedszkola są zamknięte. Choć też staram się już nie grać za wszelką cenę. I nie mam na myśli pieniędzy. Po prostu staranniej wybieram miejsca, w których gram, i imprezy, na które jestem zapraszany.

Rozmawiała Monika Wojniak-Żyłowska

Fragment wywiadu opublikowanego w nr. 7-2019 miesięcznika "FRANCHISING"


POPULARNE NA FORUM

Z korepetytora na dyrektora

Fajny artykuł o ciekawej historii. Trzeba przyznać, że pomysł jest dość oryginalny i na pewno jest na to zapotrzebowanie. Sama chodziłam na korepetycje z matmy, więc...

3 wypowiedzi
ostatnia 21.09.2018
Z korepetytora na dyrektora

Hm, ciekawe - i pracować z dziećmi mogą osoby bez przygotowania pedagogicznego? Trochę to dziwne...

3 wypowiedzi
ostatnia 05.09.2018
Szkolenia biznesowe?

Jasne, że się opłaca! W ogóle branża szkoleniowa daje dużo satysfakcji - i organizatorom, i uczestnikom :)

2 wypowiedzi
ostatnia 05.09.2018
Firma szkoleniowa - pomysły na aktywizację uczestników

Jest dużo metod - praca projektowa, case study. Dobre efekty daje też odrobina rywalizacji na zajęciach :)

5 wypowiedzi
ostatnia 05.09.2018
Półkolonie dają zysk

Fakt, na półkoloniach mozna się dorobić. Z tym, że sezonowo. Chyba, że ktoś myśli nad dodatkową organizacją także warsztatów całorocznych :)

2 wypowiedzi
ostatnia 05.09.2018
Szkolenia biznesowe?

The more taught we are the less demanding it is to settle on educated choices and our aptitudes and capacities are much looked for after by businesses. An a valid example would...

2 wypowiedzi
ostatnia 15.08.2018
Półkolonie dają zysk

Moja córka w tym roku jedzie na półkolonię do Warszawy, organizowana przez Akademię Nauki. Jest tematyczna 'Tytus, Romek i Atomek', są terminy na lipiec i sierpień. Jak...

2 wypowiedzi
ostatnia 22.05.2018
Szkolenia inżynierskie?

Moja znajoma kiedys korzystala i z tego co pamiętam to była zadowolona:)

1 wypowiedzi
ostatnia 24.04.2018